czwartek, 7 czerwca 2018

***
 
Jan Satunowski


jestem tchórz, tchórz, tchórz

(napisać to na kartce),

jestem podły tchórz

(i zapomnieć, podrzeć, zapomnieć,

wyrzucić do ubikacji).


23 listopada 1965 roku

Przełożył z języka rosyjskiego Jerzy Czech

czwartek, 16 czerwca 2016

Serce miejscem umarłych

Moje serce

Elpida Kara Amarantou

Moje serce miejscem umarłych.
Moje serce jak mały zatrwożony księżyc.

Jak obcy człowiek na niegościnnej ziemi.
Moje serce pomyłką
w doskonałym świecie.

Falą, która ginie
nową falą, która gaśnie
w ciemnościach – we wnętrzu nocy!

Przełożył Nikos Chadzinikolau

środa, 15 czerwca 2016

Miejsce w Autobusie Wdów

Niemieckie Requiem

(fragment)

John Fenton

(Dla T.J.G-A.)

To nie to, co zbudowali, ale to, co zburzyli.
To nie domy. To przestrzenie między domami.
To nie ulice, które istnieją. To ulice, których już nie ma.
To nie twoje wspomnienia, które cię prześladują.
To nie to, co zapisałaś.
Lecz to, co zapomniałaś, co musisz zapomnieć.
Co musisz zapominać przez całe życie.
A z odrobiną szczęścia niepamięć odnaleźć powinna obrządek.
Odkryjesz, że nie jesteś sama w tym przedsięwzięciu.
Wczoraj nawet meble zdawały się robić ci wyrzuty.
Dziś zajmujesz swoje miejsce w Autobusie Wdów.

Przełożył Jerzy Jarniewicz

***

Komentarz Kornelii: Topiący czytelnika w smutku wiersz urodzonego w 1949 roku angielskiego poety, krytyka literackiego i dziennikarza. Trzy inne fragmenty Requiem zamieściłam już w 2013. John Fenton napisał ten utwór, gdy był korespondentem w Berlinie. Poemat opowiada o destrukcyjnych skutkach wojny, o próbach przepracowania żałoby. Oto niemieckie wdowy co rok czy dwa wynajmują autobus i jadą, aby odwiedzić groby swych poległych mężów. Te rytuały cmentarne mają nieco ukoić ból:

A z odrobiną szczęścia niepamięć odnaleźć powinna obrządek

Rozumiem Requiem także jako uniwersalną opowieść o ludzkim dramacie i cierpieniu, o prześladujących wspomnieniach tragicznych wydarzeń z przeszłości. Wiersz świetnie ilustruje także moją historię, osobistą, nie związaną z powszechnym nieszczęściem. W końcu to ja zburzyłam i daremnie usiłuję zapomnieć:

To nie twoje wspomnienia, które cię prześladują.
To nie to, co zapisałaś.
Lecz to, co zapomniałaś, co musisz zapomnieć.

To znaczy właściwie zapomniałam, niczego nie pamiętam. Zapominam przez całe swoje życie. Czy to się kiedyś skończy? Dlaczego właśnie ja?

Ale cmentarne rytuały i odwiedzanie grobów wcale mi nie pomagają, wręcz przeciwnie. Wcale nie chcę tam chodzić. Niekiedy muszę, ponieważ mama lamentuje, że jest stara i już nie może, a ktoś musi wyczyścić pomnik. Ale nie cierpię tego, ponieważ siłą rzeczy sobie przypominam.

W Autobusie Wdów się znalazłam, na szczęście w sposób tylko symboliczny. Gdybym naprawdę musiała z innymi wdowami jeżdzić po cmentarzach, to z pewnością bym się zabiła. Nie znoszę społeczności, grup. Innych ludzi. Meble, to znaczy otoczenie, cały świat, zdają się robić mi wyrzuty. Ale nie zamierzam ich słuchać ani się bronić. Niczego nie pamiętam. Nie chciałam tego. To tylko złudzenie. Tak musiało się stać.

Przyszły chmury, na chwilę mi lepiej.

piątek, 10 czerwca 2016

Dłonie czarne od oboli

Charon

Louis MacNeice

Dłonie konduktora były czarne od pieniędzy;
Trzymajcie się biletów, powiedział, umysł kontrolera
Jest czarny od podejrzeń, i trzymajcie się
Tej zanikającej mapy. Jechaliśmy przez Londyn
Widzieliśmy gołębie przez szybę, lecz nie mogliśmy
Słyszeć ich wojennych plotek, widzieliśmy
Zabłąkanego psa, lecz za nic nie mogliśmy wiedzieć
Że jego szczekanie jest przenikliwe jak pianie koguta,
Jechaliśmy trzęsąc się, na każdym przystanku
Na żądanie tłum agresywnie pustych
Twarzy, wciąż jechaliśmy, wieczność
Pyszniła się w obrotowych światłach
A potem dotarliśmy do Tamizy i wszystkie
Mosty były zburzone, dalszy brzeg
Ginął we mgle, więc spytaliśmy konduktora
Co mamy robić? Powiedział: Weźcie prom
Faute de mieux. Błysnęliśmy fleszem
i był tam przewodnik, jakiego widzieli
Wergili i Dante. Patrzył na nas chłodno
A jego oczy były martwe, a dłonie na wiośle
Były czarne od oboli a łydki
Pomarszczone przez żylaki i powiedział do nas chłodno:
Jeżeli chcecie umrzeć, musicie zapłacić.

Przełożył Bohdan Zadura

****

Komentarz Kornelii: Jeszcze jeden metafizyczny wiersz wybitnego poety z Irlandii. Louis MacNeice (1907-1963) przenosi akcję „Boskiej komedii” Dantego do współczesnego Londynu. Ale dziwna to stolica Anglii – jej mieszkańcy są martwi – chociaż niektórzy zapewne jeszcze o tym nie wiedzą. Może miasto spustoszyła wojna – mosty na rzecze są zburzone, a gołębie roznoszą wojenne plotki. Ci, którzy jeszcze żyją, są opętani chciwością i agresją. Konduktor ma czarne dłonie – a kontroler biletów nikomu nie okaże miłosierdzia. Pies już nie szczeka, ale cieniutko wyje – oznacza to, że pozostała tylko gorzka rozpacz.

Charon, posępny przewodnik, jak z mitologii greckiej i rzymskiej, „Eneidy” czy eposu Dantego. Złowrogi martwy demon przy tym również chciwy na mamonę – dłonie czarne od oboli. Żąda od pasażerów:

Jeżeli chcecie umrzeć, musicie zapłacić

Niektórzy interpretują ten utwór jako potępienie wszechwładnego pieniądza, bez którego we współczesnym świecie nie można nawet zakończyć ziemskich trosk.

Jak dla mnie to upiorna opowieść o zagładzie ludzkości, ale także o grozie naszej egzystencji. Za życia podróżujemy ku śmierci, nieszczęśni pasażerowie widmowego autobusu, właściwie jesteśmy już martwi. Nie ma wielkiego znaczenia, jak długo potrwa ta jazda poprzez rozpadającą się rzeczywistość. Jeszcze tylko kilka opadnie powieka i będzie po wszystkim. Ale wcześniej musimy się trudzić i mozolić, żeby zdobyć pieniądze na bilet – opłacenie rachunków, zaspokojenie elementarnych potrzeb. Wielkiego znaczenia to nie ma, ponieważ już czeka Charon o martwym spojrzeniu – zwiastun śmierci i przewoźnik zmarłych. I trzeba będzie zapłacić za trumnę, pogrzeb, grób.
Dla mnie Charon to przede wszystkim demon i symbol nieuchronnego końca. Mam wrażenie, że wraz z innymi trupami jadę posępnym autobusem, boję się tych istot i pędzącego ku zagładzie świata. I jeszcze mozolę się w pracy, żeby mieć na sushi i spłacać kredyt. Ale absurd…

Ale płacić demonowi nie zamierzam. Życie i tak zgaśnie. Niech mnie służby komunalne pochowają pod płotem na koszt podatnika. I niech moją duszę Charon zostawi nad Styksem, przynajmniej uniknę osądzenia.

czwartek, 9 czerwca 2016

Absurd pociąga w dół

W dół

Reiner Kunze

Jena, pogrzeb Ulricha Zwienera

Ostatnie dwa metry

Tamci wprawnie zwijają
z powrotem sznury

Triumfuje absurd – on pociąga w dół

Zwłaszcza tych, co z miłości skaczą
pod głaz toczący się z góry

Przełożył Jakub Ekier

***

Komentarz Kornelii: Absolutnie grobowy i jednoznacznie cmentarny wiersz urodzonego w 1933 roku w Rudawach niemieckiego poety, syna górnika. Przepisałam z tomu: „Remont poranka”. Ulrich Zwiener (1942-2004) to niemiecki lekarz i filozof z Jeny, twórca wielu inicjatyw współpracy akademickiej z państwami dawnego bloku wschodniego, także z Polską. Niestety, mimo wielostronnej aktywności, cierpiał na depresję. 18 czerwca 2004 roku trafił do kliniki psychiatrycznej uniwersytetu w Jenie. Nazajutrz wyskoczył. Poeta opisał to w innym wierszu:

Skok

Reiner Kunze

Pamięci U.Z.

Podobno pierwszy raz się pozbył
tak znamiennego niepokoju, osiągnął
równowagę

Na dziesiątym piętrze kliniki
przy otwartym oknie

Przełożył Jakub Ekier

Cóż, z wysokiego okna w klinice zapewne też bym skoczyła: – nie ma papieru toaletowego, duszno, natarczywe współpacjentki domagają się papierosów i drobnych, przepychanki przed telewizorem, prysznice brudne, nie ma prywatności, żeby się spokojnie przebrać, brrr…. Musiałabym w tych okropnych warunkach skoczyć, tak, że nieszczęsnemu Ulrichowi się nie dziwię – aczkolwiek w klinice w Jenie zapewne sytuacja bytowa przedstawiała się lepiej. W każdym razie staram się nie wyć w miejscach publicznych, aby nie trafić do wariatkowa – tym bardziej, że o mnie nikt by wiersza nie napisał.

Taki skok to rzeczywiście znakomita metoda na pozbycie się niepokojów, lęków, fobii – tym niemniej z przyczyn, które wielokrotnie wyłuszczałam, ja jej nie zastosuję. Niech Ozyrys czy inny srogi i samozwańczy sędzia jeszcze zaczeka.

Pierwszy utwór opisuje najbardziej dramatyczną chwilę pogrzebu – spuszczenie trumny do otwartego grobu. Staram się unikać pogrzebów, tym niemniej w kilku musiałam partycypować.
Niezwykła sprawność grabarzy także mnie fascynowała:

Tamci wprawnie zwijają
z powrotem sznury

Tych „ostatnich dwóch metrów” się nie zapomina. Żałobnicy płaczą, szlochają, krzyczą, mdleją. Posępna muzyka gra, ksiądz wznosi modły, w tle rzępoli trębacz jazzowy, makabryczne widowisko. Z tego, co sobie przypominam, w powyższej grobowej sytuacji rządziłam taki popis lamentowania i erupcji łez, że właściwie mogłabym zatrudniać się jak zawodowa płaczka.

Triumfuje absurd – on pociąga w dół

To prawda, życie, podobnie jak i śmierć, to jaskrawe manifestacje absurdu. Wstajesz rano, krzątasz się koło swoich spraw, przejmujesz problemami i swą żałosną rolą, leczysz się intensywnie, a w końcu i tak cię pogrzebią. Na ten absurd śmierci nawet miłość, do której podobno niektórzy są zdolni, nie znajduje żadnego lekarstwa.

Właściwie nie mam już wiele do powiedzenia. Usiłuję wyobrazić sobie własny pochówek – grabarz i może jeszcze urzędnik władz komunalnych jako kondukt pogrzebowy. Ciekawe, czy urnę z popiołami też spuszcza się na sznurach? Zapewne tak, przecież tak po prostu jej nie wrzucą.

Jak znajdą mnie późno, na co liczę, mieszkanie będzie tak cuchnęło, że nikt nie będzie mógł odziedziczyć wysokowartościowego locum i się wprowadzić :).

Nie mogę wytrzymać tego słońca. W Niemczech i we Francji ulewy, deszcze i tornada, a u nas świetlna pustynia. Ciśnienie wreszcie powoli spada, ale nie czynię sobie wielkich nadziei. Nie przetrwam tego lata. Z powodu koszmarnie krótkich nocy nie mogę spać i budzę z płonącym bólem nie tylko głowy, ale właściwie całego ciała. Może zawieszę wpisy blogowe aż do jesieni. Wiosną i latem nie mam na nic siły.

niedziela, 5 czerwca 2016

Terror, hatred, murder

The Massacre of The Cathars

Paradox

(The hatred that was shown by the crusaders
For people who were basically peaceful
And the extremes of torture and murder
To rid France of the heretics)

Look out Sentry
We’re in a killing mood
Don’t stand in our way
Don’t try to slow us down
This is war, seek Divinity
We only want to stop heresy
Terror, hatred, murder
Error, fateful, mistake

No need to shout boy
It won’t save your skin now
It’s best to prepare
The time must come for all

Terror, hatred, murder
Error fateful, mistake

Don’t stop carry on ahead
Don’t stop till they are all dead

Minerve die
Cathars fly

Don’t stop just swing that sword boy
No one to resist you just forge on

Massacre, Heretics, Cathars
Murder, in the name of the Lord

Blood flows like fire in my brain
Blood flows like water reddened rain
Won’t you come and join us
Praise and rejoice us more

If we don’t act
And win this war
These heretic bastards
Will be knocking at your door

Massacre, Heretics, Cathars
Murder, in the name of the Lord

If we don’t end this blasphemy
The war will reign for centuries
Keep our church free, we will
Massacre these Cathars and make sure

sobota, 4 czerwca 2016

Jak przetrącone skrzydło

Welon

János Pilinszky

Nie ma słońca. Nie ma księżyca.
I nie ma dzieciństwa.
I zwłaszcza ziemi nie ma, ojczystej ziemi.

Nie ma trumny i nie ma ojczyzny.
Nie ma kołyski i nie ma posłanego łóżka
— podłożonej nam pod głowę śmierci.

Na ostrzu igły wiruje wszystko, co żyje,
a nasz spokój to nic innego,
jak przetrącone skrzydło, które omdlewa
niczym zdjęty, albo nawet nie zdjęty,
welon panny młodej, umierający na gwoździu.

Zwisa.
Zwisamy.
Nie ma dla nas nawet cmentarza.

Przełożył Jerzy Snopek

piątek, 3 czerwca 2016

Żmija z rozdwojonym językiem

****

Marie Lundquist

Tak często pytałam
o winę

że zapomniałam
skąd jest:

żmija, która mówi
rozdwojonym językiem

i martwa
natura w błogiej
gliniance

Przełożył Zbigniew Kruszyński

***

Komentarz Kornelii: Promieniujący melancholią krótki wiersz urodzonej w 1950 roku szwedzkiej poetki i dramatopisarki. Nie jestem pewna, jak interpretować, może utwór nie do końca depresyjny, dlatego zaistnieje poza kategorią. Lubię twórczość Marie Lundquist, ponieważ, podobnie jak ja, autorka zmaga się z problemem winy. Kiedy Marie była nastolatką, jej matka zginęła z własnej ręki. Zazwyczaj oskarżamy się o samobójczą śmierć osób najbliższych. O moich osiągnięciach wolę nie wspominać.

Poetka dręczy się pytaniami o winę. Czas upływa, dramatyczne wydarzenia zacierają się w pamięci. Ale przecież wciąż tkwią w umyśle, jak:

żmija, która mówi
rozdwojonym językiem

albo jak martwa natura, symbol śmierci. Glinianka wydaje się błoga, bowiem życie toczy się dalej, przezwyciężyliśmy traumę i trwamy nadal, nawet osiągając stan pewnej przyjemności. Tym niemniej natura jest nieodwołalnie martwa. Zapomnienie pomaga tylko pozornie i niczego nie zmieni.

Cóż, także zapominam dawne zaszłości. Właściwie nie wierzę, że to zdarzyło się naprawdę. Ale żmija ma naprawdę rozdwojony język, mówi i oskarża. Ból został i niekiedy się budzi wraz z pamięcią. Jestem martwa, wraz z całym światem, który przetwarzam zmysłami. Nie ma ucieczki.

Wróciłam znad morza, krótki wyjazd był błędem, nie zaaklimatyzowałam się, teraz kołacze mi głowa, czuję się, jakbym miała szpilki wbite w oczy. Nie mogę w ogóle spać. Obrzydliwa pora roku, prawie nie zapada noc. Nie mogę uciec w ciemność. Przepełzłam jakoś przez maj, miesiąc, który zazwyczaj najbardziej mnie dręczył, ale czerwiec zapowiada się jeszcze bardziej tragicznie. Kiedy wreszcie zaczną skracać się dni?!?!

Podczas mojej nieobecności złodzieje włamali się do domu rodziców. I teraz mamusia oskarża mnie, że powinnam z nią siedzieć i pilnować domostwa, a nie snuć pod dalekich plażach. Znowu mam się czuć winna? Ale bryndza…

Zamknę się w łazience i zaczekam na zmrok…

środa, 1 czerwca 2016

Krzyk pod czarnym księzycem

Pieśń jeźdźca

Federico García Lorca

W księżycu włóczęgów
czarnym z samotności
śpiewają ostrogi.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

…Stalowe ostrogi
martwego włóczęgi,
który lejce zwolnił.

Koniu chłodnej sierści,
jakiż zapach ma nóż, który okwitł?

W zaćmionym księżycu
rozkrwawiło pasmo
gór Sierra Morena.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

Noc o czarnych bokach
gwiazd ostrogą wspięta
cwałuje przez niebo.

Koniu chłodnej sierści,
jakiż zapach ma nóż, który okwitł?

Pod czarnym księżycem
krzyk i blask szeroki
weselnego ognia.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

Przełożyła Halina Poświatowska

poniedziałek, 30 maja 2016

Samotność chwieje się jak maszt

Wyspa

Nikos Chadzinikolau

Oderwana od muszli morza.
Skamieniała od środka jak rozbitek,
który nie słyszy plusku wioseł.
Bieleje kośćmi…

Z takiej wyspy nie ma ucieczki
i żadne sygnały
nie znajdują potwierdzenia.

Samotność chwieje się jak maszt
na niezamierzonej wodzie.

Komentarz Kornelii: Gorzki wiersz nowogrecko-polskiego poety. Opowieść o samotności i śmierci. Skamieniała wyspa to symbol osamotnienia, to obraz naszej rozpaczliwej egzystencji, która jest tylko oczekiwaniem na śmierć.

Skamieniała od środka jak rozbitek,
który nie słyszy plusku wioseł.
Bieleje kośćmi…

bezsilni rozbitkowie, nie możemy liczyć na żadne ratunek. Pomoc nie przybędzie. Zostaną po nas tylko zeschłe kości. Nie ma ucieczki – nie wyrwiemy się z ograniczeń materialnych i czasowych i bezsensu naszego żałosnego bytowania. Sygnałów rozpaczy nikt nie będzie słuchał. Pozostaje samotne oczekiwanie na koniec wśród odmętów absurdu.

Cóż, również czuję się jak więźniarka na takiej skamieniałej wyspie. Zastanawiam się, jak za kilkadziesiąt lat będzie wyglądała materia, tworząca obecnie moją godną ubolewania powłokę cielesną. jestem kilka dni nad morzem, Budzi mnie wrzask mew, kojarzą mi się z płaczkami wieszczącymi pogrzeb. Pójdę wkrótce na spacer szlakiem zaprzyjaźnionych tawern.

niedziela, 29 maja 2016

Leżę ze śmiercią w sercu

* * *

Gunnar Ekelöf

Morze jest największym rzeźbiarzem
Morze jest największym jubilerem
Morze i śmierć
Nie ma kamienia tak chropawego
by morze go nie oszlifowało
albo nie starło na piasek
lub jeszcze drobniejszy pył
Morze rodzi korale i migotliwe stwory
złe i dobre
Rodzi światłocień i połysk powierzchni
i mrok głębiny
Śmierć wygładza zło i dobro
Nie ma tak chropawego losu, by nie wygładziła go śmierć
Morze, które oddycha, które wzdycha za moim oknem
Gdzie leżę ze śmiercią w sercu
czekając aż zajdą Plejady.

Przełożył Zygmunt Łanowski

czwartek, 26 maja 2016

Trzaskają i straszą mnie

Niepokój

Dora Gabe

Drga świerszczy śpiewanie,
tańczą młode drzewka
wiatrem przeginane.

Noc niespokojna.

Okiennice otwarte trzaskają
i straszą mnie.
Czuję, jak ziemia się kręci,
jak mrówka nie ustaje.

Kiedy one spoczną?
Kiedy?
„Nie wzruszaj się” – mówię sercu.
„Nie ma odpoczynku” – ono mi odpowiada.

Czemu nie wstrzymują się gwiazdy w swym biegu?
Czy także i one nie mogą świecić
spokojnie i szczęśliwie,
a wciąż drgają i drgają…

Przełożył Jan Zych

***

Komentarz Kornelii: Pełen mrocznego szarmu wiersz mojej ulubionej poetki z Bułgarii. Utwór o nocnym niepokoju, czy też raczej o lęku.
To strach przed nocnymi odgłosami, szmerami, dźwiękami:

Okiennice otwarte trzaskają
i straszą mnie.

ale także przed absurdem egzystencji, nieustannej jałowej aktywności istnienia i kosmosu:
.
Czuję, jak ziemia się kręci,
jak mrówka nie ustaje.

Nie ma ucieczki przed światem i własnymi dręczącymi uczuciami:

„Nie wzruszaj się” – mówię sercu.
„Nie ma odpoczynku” – ono mi odpowiada.

Nawet gwiazdy, pozornie symbol niebiańskiej harmonii, drgają i drżą przejęte trwogą. Nie ma nadziei na ukojenie.

Cóż, wiersz opowiada także o mnie. Od czasu, gdy zaczęłam na własne nieszczęście kreować ten blog, poziom lęku nieco mi opadł, ale i tak nocą, zwinięta w kulkę, trzęsę się pod kołdrą. Przed dźwiękami bronią mnie zatyczki w uszach i melatonina, ale przecież odczuwam trwogę, przed porannym wstawaniem, zwykłymi, codziennymi rzeczami do załatwienia, ale także ogólnie przed życiem i powracającymi obrazami przeszłości. Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę się stało i że doszłam do tego punktu i to wszystko mam za sobą, rzeczy nie do odwrócenia i nie do naprawienia. Nie muszę dodawać, że śmierci też się boję i hipotetycznej KARY. Przejechałam do rodziców, gdzie noce są cichsze, niż w bloku, ale i tak mi niedobrze. Może jutro przejadę nad morzem, ochłodzę nieco rozpaloną duszę wiatrem i winem.

środa, 25 maja 2016

Twarz na siedem lat smutku

Oszczędność

William Stanley Merwin

Po co rozbijać lustro.
Oto potrzaskana twarz,
W sam raz na siedem lat smutku.

Przełożył Franek Wygoda

sobota, 21 maja 2016

Śmierci i plewy

***

Natalia Gorbaniewska

Źle zbudowana jest moja głowa,
rodzi nie myśli, lecz tylko słowa,
choćby ich sama nie narodziła,
w tym rzecz, że sprawa jest zawiła

W rozmiękłą glebę ziarno rzucone
zamiast dojrzewać spokojnie, w stronę
światła, spod spodu zrywa się z siłą,
aby się przebić na wskroś, na wylot.

Gdy źle zmielona mąka, to w grudę
spieka się niby męczennik, z trudem
poszukujący tego, co znika
chcąc odciętego użyć języka

Doktor prześwietlił i wiem już teraz
Co wnętrze mojej głowy zawiera:
śmierci i plewy, spróchniałe złoża
To za me grzechy jest kara boża.

Przełożyła Katarzyna Krzyżewska

***

Komentarz Kornelii: Dziwny, smętkowy wiersz mającej także polskie obywatelstwo rosyjskiej poetki-poetki (1936-2013). Jak należy go interpretować? Niełatwo o odpowiedź. Wydawało mi się, że to studium obłędu, ale raczej obraz jakiejś neurozy, rozpadu osobowości, wewnętrznego chaosu. A może to obraz demencji?

Źle zbudowana jest moja głowa,
rodzi nie myśli, lecz tylko słowa,
choćby ich sama nie narodziła,
w tym rzecz, że sprawa jest zawiła

Bohaterka nie jest już zdolna do logicznego myślenia, w jej umyśle wirują słowa, burzy się nietwórczy zamęt. Sprawa zawiła – czyli wieloprzyczynowość tego stanu rzeczy.

Dwa następne czterowiersze to, moim zdaniem, także świadectwo mentalnych zaburzeń. Słowa zrywają się jak obłąkane ziarna, nie powstanie z nic nic dobrego. Nie ma nadziei, łąka została źle zmielona, język odcięty – nic już nie zostanie ułożone w spójną myśl, nie zostanie powiedziane.

Rozstrzygające jest zakończenie:

Doktor prześwietlił i wiem już teraz
Co wnętrze mojej głowy zawiera:
śmierci i plewy, spróchniałe złoża
To za me grzechy jest kara boża.

„Doktor prześwietlił” – to raczej sama Natalia dokonała analizy swej psyche, zobaczyła śmierć i rozkład. Uznała, że destrukcja umysłu jest karą boską za popełnione zło.
W 1970 roku w ramach represji poetka została uznana za chorą umysłowo i osadzona w szpitalu psychiatrycznym w Kazaniu, potem w osławionym więzieniu na Butyrkach w Moskwie. Może w tym wierszu są też echa jej cierpień?

W każdym razie początek i koniec utworu doskonale do mnie pasują. Nie potrafię wykreować myśli, zatapia mnie pustka, albo też tylko pojedyncze słowa wirują pod moją czaszką jak wściekłe osy. Tłukę się po mieszkaniu jak obłąkana, mówię do siebie. Przejechałam do rodziców – na moim pięterku czynię to samo.
Doktor mnie badał, ale wiele lat temu, nie wykrył nic – niekiedy myślę, że mam guza mózgu albo schizofrenię. A raczej to wczesna demencja – nieuleczalna.

Noszę w mojej głowie śmierć i próchno. Może to naprawdę kara boska za grzechy. Znajdzie się się ich dość. Jeśli w ogóle Bóg istnieje, i jeśli zniża się do wymierzania kary ludzkim efemerydom. A może to unicestwiają mnie cienie przeszłości, której nie mogę zmienić?

Nie wiem. Ciekawe, jak jeszcze długo utrzymam się na powierzchni. Nie pamiętam już niczego. Ach, cóż… Wsiądę na rower, zmęczę się, będę lepiej spała.

czwartek, 19 maja 2016

środa, 18 maja 2016

Zimna obcięta ręka

Czaszka

Tasos G. Anagnostou

Żal mi tej czaszki
nie pochowanej w ziemi
wybielonej niepogodą.

Jakbym to ja był bez oczu
a w oczodołach nurzała się zimna
obcięta ręka
drążąc
lekceważoną duszę.

Poddana mojej ostatniej klęsce
Czaszka
dumna jeszcze – tak bardzo
z a m y ś l o n a

Przełożył z greckiego Nikos Chadzinikolau

wtorek, 17 maja 2016

Młode liście jak szarańcza

Wiosna

Gwyneth Lewis

Nim zdążyliśmy wrócić, załatwiły ulicę
stada szpaków, kompletnie zalane, a przy tym
agresywne. Żeby ich uniknąć, trzy razy
obeszłam kwaterę kamienic. Miejscowy

kocur robił demolkę. Drzewa w okolicy
wypuszczały ponownie liście jak owady:
urodzaj szarańczy, która chce się wedrzeć
do rozjarzonych na maślano wnętrz. Kalendarzyki

dawały nam nadzieję, że wiosenna gorączka i te rany
szybko znikną. Nie ma co pytać czemu, kiedy ptaki
samochodowych alarmów głoszą po niebie miłość
Ryba jak burzowa chmura połknęła nam księżyc.

Przełożyła Magda Heydel

***

Komentarz Kornelii: Lekko humorystyczny wiersz urodzonej w 1959 roku w Cardiff angielsko-walijskiej poetki. Nie jest zbyt gorzki, zatem zamieszczam poza kategorią. Przepisałam, ponieważ mam dziś dobry nastrój, pochmurno, chłodno, zimne szkwały spędzają ludzi z ulic. Ładnie zmokłam w lesie. Te kilka dni majowych chłodów pozwoliły mi odetchnąć. Wkrótce znowu słońce i gorąco, ale cieszę się z tego, co jest teraz.
Utwór znalazł moje uznanie, ponieważ, aczkolwiek nieco śmieszny, jest także antywiosenny. Także
Gwyneth Lewis ma najwidoczniej dosyć tej „najpiękniejszej pory roku”, kiedy przyroda rozkwita i zmusza ludzi przygnębionych trudami i bezsensem codziennej egzystencji do aktywności i sztucznej pogody ducha. Symbolem tej eksplozji są stada zawianych, agresywnych szpaków, zmuszające do ucieczki, jak również szalejące kocisko.
Młode liście drzew są jak szarańcza, wciskają się nawet do mieszkań, nie pozwalają na wytchnienie. Ratunkiem jest upływ czasu:

Kalendarzyki
dawały nam nadzieję, że wiosenna gorączka i te rany
szybko znikną.

Cóż, znikną, ale nie tak znowu szybko. Do listopada jeszcze wiele miesięcy. Trzeba trwać z zaciśniętymi zębami.

Nie ma co pytać czemu, kiedy ptaki
samochodowych alarmów głoszą po niebie miłość

Jak dla mnie te „ptaki samochodowych alarmów” to alegoria absurdu wiosennych zbliżeń fizycznych, na szybko, w autach. To przecież ciasnota i tylko alarmy wyją.

Zakończenie nie w pełni jest miłe:

Ryba jak burzowa chmura połknęła nam księżyc.

Ryba to symbol pozbawionego jakiegokolwiek znaczenia naszego bytowania. Poczucie tego bezsensu niszczy delikatne, kojące światło Księżyca, oznaczające uspokojenie i harmonię.

Cóż, właściwie można tylko przyklasnąć, wśród westchnień przepojonych rezygnacją. Ale dziś upajam się zimnem, deszczem i chmurami :)

niedziela, 15 maja 2016

Palce zaciśnięte na prześcieradle

Odwiedzając umarłych

Ciarán Carson

Kiedy ją znaleziono,
Z dziąseł sterczał język;
Twarz była koścista,
Palce zaciśnięte na prześcieradle.

Teraz jej skóra wygładziła się
Jak uprana tkanina, na której zmarszczki nikną
Pod sykiem żelazka.
Ubrano ją w czysty len.

Pijemy herbatę z jej najlepszych filiżanek.
Na górze rozplątuje się sznur żałobników;
Schodzi ciotka, stara panna, szlochając miękko
W wykrochmaloną chusteczkę.

Kiedy znoszono jej ciało,
Trumna uwięzła na zakręcie schodów.
Zawahaliśmy się, niezdarni w naszych najlepszych garniturach,
Po czym ruszyliśmy na pomoc i uwolniliśmy ją.

Przełożył Piotr Sommer

piątek, 13 maja 2016

Twój krzyk nie obudzi nikogo

**

Jean-Michel Maulpoix

Nigdzie nie znajdziesz stosownego nieba
Ani ziemi co czeka na twoje kości
Ani ciała które cię wyzwoli
Ani duszy w którą mógłbyś się ubrać
Żyjesz w szczelinie
Między garstką prochu a bogami
Włożyłeś palce między drzwi
Twój krzyk nie obudzi nikogo

Przełożyła Krystyna Rodowska

***

Komentarz Kornelii: Wstrząsający wiersz urodzonego w 1952 roku w Montbéliard francuskiego twórcy. Zdecydowanie gorzki, poznawiony nadziei.
Nie znajdziemy ukojenia ani w ziemi ani na niebie, nie przyniesie spokoju hołdowanie materii ani oddawanie się sprawom ducha.

Żyjesz w szczelinie
Między garstką prochu a bogami

Interpretuję to jako uznanie tragedii ludzkiej egzystencji, krótkiego, bezsensownego błysku świadomości między dwoma strefami mroku. Ci bogowie to tylko abstrakcja. Nawet, jeśli poeta uznaje ich istnienie, i tak nic nam nie pomogą, lodowo obojętni.

Włożyłeś palce między drzwi
Twój krzyk nie obudzi nikogo

Ten palec włożony między drzwi to alegoria bogatego w cierpienie ludzkiego życia. Jak dla mnie nie do końca słuszna – w końcu nikt nie wszedł w życie poprzez akt swej świadomości. Ten nasz palec, włożony między drzwi, został wepchnięty tam przez kogoś innego. Nie potrafię rozstrzygnąć, czy przez jakąś pozbawioną dobrego smaku, ironiczno-złośliwą Wyższą Inteligencję czy też na skutek zrządzenia ślepego losu. A może to włożenie oznacza jałowe trwanie przy życiu – tym razem już z własnej woli?

W każdym razie możemy wrzeszczeć, wyć, krzyczeć czy płakać – nic nas nie uratuje. Inne byty są bezradne lub obojętne, jeśli nie wrogie.

Cóż, mogę tylko powiedzieć, że całkowicie się z wymową tego wiersza zgadzam. Dochodzę do konkluzji, że nie ma sensu wyć z rozpaczy, to i tak nie przyniesie ulgi ni ratunku. Ale co pozostaje oprócz wycia?

Przyszło wreszcie trochę chmur, aczkolwiek, jak dla mnie, za mało. Ciśnienie spadło, czekam stęskniona na burze, ulewy i gradobicia.

czwartek, 12 maja 2016

Słońce nad parkingiem cierpienia

Ulotka

Tomas Tranströmer

Cicha wściekłość gryzmoli w głąb po ścianie.
Kwitnie sad, nawołuje kukułka.
To narkoza wiosny. A cicha wściekłość
maluje swe hasła na wspak w garażach.

Widzimy wszystko i nic, ale sterczący jak peryskopy
obsługiwane przez strachliwą załogę podziemia.
To wojna minut. Prażące słońce
stoi nad lazaretem, parkingiem cierpienia.

My żywe gwoździe powbijane w społeczeństwo!
Pewnego dnia oderwiemy się od wszystkiego.
Poczujemy powiew śmierci pod skrzydłami
i będziemy łagodniejsi i drapieżniejsi niż tutaj.

Przełożył Leonard Neuger

***

Komentarz Kornelii: Naprawdę wyborny wiersz wybitnego szwedzkiego poety, laureata Literackiej Nagrody Nobla. Zamieszczam bez kategorii, ponieważ zakończenie jest zbyt optymistyczne:

My żywe gwoździe powbijane w społeczeństwo!
Pewnego dnia oderwiemy się od wszystkiego.
Poczujemy powiew śmierci pod skrzydłami
i będziemy łagodniejsi i drapieżniejsi niż tutaj.

Oznacza to, że mimo wszelkich udręk i bólu naszej egzystencji śmierć skrzydlata przyniesie wybawienie lub ukojenie.

Cóż, pragnę, aby tak było, ale pewności przecież więc nie mogę. Niekiedy dręczy mnie wizja, że po tamtej stronie czeka naprawdę cuchnące bagno i trzeba będzie zapłacić za wszystko. Może również stać się tak, że aberracyjne życie zacznie się od podczątku.

Ale utwór Tomas Tranströmer znalazł moje uznanie, ponieważ zdał mi się jednoznacznie antywiosenny.

Cicha wściekłość gryzmoli w głąb po ścianie.
Kwitnie sad, nawołuje kukułka.
To narkoza wiosny. A cicha wściekłość
maluje swe hasła na wspak w garażach.

Czyli ten jakoby cudowny krzyk budzącej się do życia przyrody tak naprawdę wywołuje cierpienia, powoduje wściekłość i gniew. Garaże to symbol mrocznego smutku – hasła na wspak czyli wściekłość jest płonna i daremna. Jest cicha, ponieważ zdajemy sobie sprawę z jej daremności.

Widzimy wszystko i nic, ale sterczący jak peryskopy
obsługiwane przez strachliwą załogę podziemia.

Rozumiem to tak, że wiosenny czas burzy nam zmysły, zaburza percepcję, podsyca drzemiące w nas strachy i neurozy.

To wojna minut. Prażące słońce
stoi nad lazaretem, parkingiem cierpienia.

Wojna minut, czyli wiosną każda minuta może przyprawić o szaleństwo, skłonić do podjęcia ostatecznej decyzji. Prażące słońce nie daje wytchnienia, przekształca życie w jeden wielki lazaret chorób bolesnych i nieuleczalnych.

Cóż, mogę tylko po raz setny już chyba powiedzieć, że ja wiosną też chodzę wściekła, o wiele bardziej niż zwykle. Po prostu nie mogę znieść palącego kontrastu między tym słonecznym, kwiatowym, młodozielonym światem, a własną mroczną i gnijącą duszą. Tak, odczuwam swe bytowanie jak rozpalony parking cierpienia.

W zasadzie powinnam albo się powiesić albo zaprzestać tych godnych ubolewania jeremiad.
A może rytualne lamenty chronią mnie przed stryczkową solucją? Nie wiem.

Dziś znowu koszmarne słońce. Czuję się jak na Saharze. Podobno mają przyjść chmury i deszcz, ale jak dotąd wciąż tylko ten torturujący blask. Kupiłam wielki barometr i usiłuję wywołać wzrokiem spadek ciśnienia.