czwartek, 17 października 2013

Kornelia kroczy we mgle

      Wieczorem czytałam dzienniki Sylvii Plath. Nie jest to lektura, która może ukołysać do makowego snu. Już w wieku 18 lat genialna i mrówczo pracowita poetka miała równie niezwykłe prawdziwe przemyślenia: „I wiesz, że ze wszystkich namacalnych rzeczy, które naprawdę posiadasz, żadnej nie będziesz mogła zatrzymać, bo one też ulegną rozkładowi i prześlizną się przez sztywniejące, zrogowaciałe palce. A więc zgnijesz w grobie i jak mówisz, niech to cholera. Kogo to obchodzi”.



Piołunowosmutne jest, że Sylvia uległa procesowi gnicia o wiele szybciej, niż można było oczekiwać. Mogłaby przecież wciąż jeszcze wędrować pod słońcem żywych. A jakie boskie powstałyby wiersze!



A może nie potrafiłaby już tworzyć rzeczy wielkich, wypalona po megaerupcji talentu w młodości?



W każdym razie proteinowo-wapniowy skafander Kornelii też stanie się łupem rozkładu. Mogłabym poprosić (ale kogo?) o skremowanie materialnej powłoki, lecz ostatecznie jakie ma znaczenie sposób utylizacji więzienia duszy? Alabastrowych stopek i krągłych, jak utoczonych z marmuru kolan będzie mi wszakże trochę szkoda.



Naturalnie także dziś głaskała mnie czarnymi mackami poranna trwoga, aczkolwiek nieco łagodniej, jak kat, który zaprzyjaźnił się z długo oczekującym na stracenie skazańcem i chce okazać nieco współczucia, zanim spuści ostrze gilotyny. Może też pomogła mi nieco litościwa mgła.



Poranek nastał mlecznomglisty – szarobiała, skondensowana mgła działa na mnie jak najlepszy anestetyk. Gdy wyszłam na spotkanie kolejnego groteskowego dnia mojej egzystencji, ciemności jeszcze kryły ziemię. Odchodząca noc otuliła się gęstym mgielnym płaszczem. Brodziłam w białych pasmach, inne zasnuły mi głowę, chroniąc przed obcym światem materii i przenikliwymi spojrzeniami bliźnich.



Blask latarni mozolnie przedzierał się przez mgielne opary.

Ogniska latarni orbitowały w powietrzu jak helowe balony.

Wydawało mi się, że kroczę ulicą zaklętego – czy może też przeklętego – miasta. Znowu podjęłam próbę rozproszenia się w białym obłoku. Rzuciłam się w mgielną ścianę jak samobójczyni w morze. Ale nie udało mi się zatracić, nie wstrzymałam oddechu, czułam w skroniach uderzenia swego serca, przypominające rytm zegara odmierzającego krótki czas istnienia.



Autobusy materializowały się niespodziewanie w białej toni jak osobliwe, przyjazne wieloryby. I weszłam w brzuch wieloryba, mgielnomorski potwór pochłonął mnie jak krnąbrną Jonaszkę, która nie posłuchała Boga i nie chciała wzywać do nawrócenia ludzi z występnej Niniwy. Sama też jest zbyt martwa, aby uklęknąć i żałować.

 Mgła skokiem tygrysa wdarła się do autobusu-wieloryba i jechała przez budzące się miasto wraz ze mną.

  Tak, wolno mi wierzyć, że to demony mgły okazały się dla mnie lekarzami. Byłam pełna radości, ponieważ chmury i obłoki zwyciężały w zmaganiach ze słońcem przez wszystkie godziny dnia. Jestem znużona pracą i wcześnie pójdę spać. Czy ten oto wiersz nie okaże się znakomitym zakończeniem czwartkowego rozbłysku życia?



Monika Taubitz

 We mgle



Zatopiona we mgle,

próbuję

nadać kształt

nicości

tych otępiałych

jasnoszarych ścian.

W otwartych czarach

moich dłoni

tryskają drobniutkie kuleczki.

W niezwykłe światło

jasnoszarego dnia

wznoszę niezliczone światy.

Zasłonięty obraz ziemi

odsłania się

w tajemniczym

odbiciu,



tłum. Urszula Karwosiecka

środa, 16 października 2013

Poranna trwoga

    Jestem monadą wśród amorficznej masy innych monad. Miriad wyalienowanych atomów ludzkich. Wszystkie usiłują stłumić lęk przed istnieniem, zagłuszyć niepojętą grozę przemijania poprzez pusty hedonizm, błazeńskie rozrywki, pracoholizm, alkohol, pozory życia rodzinnego.




To wszystko może znieczulić świadomość tylko na chwilę i nie ocali przed rozpaczą.




Dlaczego jestem? Kto mnie zamknął w proteinowym więzieniu?


Jak to napisał Emil Cioran? „Powinniśmy być zwolnieni z obowiązku dźwigania ciała. Wystarczyłoby brzemię JA”.




Iskra jestestwa rozpala się tylko na chwilę w bezkresie mroku i gaśnie. Ale to lepiej. Istnienie bez kresu byłoby nie do zniesienia.




Budzę się na długo przed świtem i nie mogę już przywołać snu. Totalnie embrionalna kryję się pod kołdrą i drżę ze strachu.




Nie, dziś nie wyjdę. NIE, NIE, NIE.




Dziś nie podejmę walki z codzienną trwogą. Boję się, gdy na przystanku jest za dużo ludzi. Boję się, gdy ktoś mnie dotyka w autobusie albo usiądzie obok mnie. Nigdy nie wiem, czy mam siedzieć czy stać i zawsze podejmuję błędną decyzję. Za dużo innych monad wokół mnie.




Gdy w przeszłości chodziłam na randki, brałam środki uspokajające. Kiedy mam załatwić sprawę w urzędzie, mam dłonie mokre od potu. Długopisy, dokumenty, telefon komórkowy sypią mi się z rak. Niekiedy muszę wyjść po zakupy. W ludzkiej ciżbie czuję się jak jagnię w dżungli pełnej spragnionych krwi potworów. W przebieralni centrum handlowego mam konwulsje, przed wizytą u lekarza paroksyzm dreszczy. Kiedy widzę kolejkę, odwracam się i odchodzę
 Gdy jestem na rowerze, w każdym samochodzie dostrzegam nadjeżdżającą śmierć.



Nie chcę już się bać. NIE WYJDĘ. W szufladzie są tabletki spokoju. Małe chemiczne pociski zabijające strach. Doczołgam się do nich jak pustynny wędrowiec ostatnią siłą czołga się do oazy.




Srebrzy się świt. Pełznę do łazienki. Obejmuję ramionami muszlę, chce mi się… Pozycja pionowa, jest lepiej. Zimna woda, przytomność. Tabletki wciąż nietknięte. Wychodzę. BOJĘ SIĘ.




I jeszcze wiersz na dziś:


***

Nicolás Guillén*




Strach




Nagle robi mi się zimno na myśl,
 że żyję.
 Cóż to za straszliwa przygoda!
 Co za strach!
 Być tutaj uwięzionym
 z bijącym sercem,
 nic nie wiedzieć
 z otwartymi oczami,
 być tutaj jak lunatyk
 z wyciągniętymi przed siebie rękami ślepca,


szukając wyjścia,
 jakiegoś stróża porządku, odźwiernego.
 Ja tutaj, w moim życiu, sam jeden
 żyjący.
 przełożyła Krystyna Rodowska

wtorek, 15 października 2013

Trzy smutki na wtorek

Jan Skácel

Smutki

Trzy wielkie smutki są na tym świecie
Trzy smutki wielkie i nikt nie wie
Jak się tym wielkim smutkom wymknąć

Ten pierwszy smutek  Nie wiem, gdzie umrę
Ten drugi smutek   Nie wiem, kiedy
I ten ostatni  Nie wiem, gdzie znajdę się na tamtym swiecie

Tak słyszałem w pieśni  Zostawmy to tak
Zostawmy tak jak śpiewa pieśń  Spróbujmy
Chwycić lęk jak klamkę i wejść

przełożył Leszek Engelking

poniedziałek, 14 października 2013

Ćwiczę się w umieraniu III

Jestem rada, że wczorajsze ćwiczenia w umieraniu udały się znakomicie. Oczywiście nie przedarłam się, półświadoma i halucynacyjna, przez rubież dwóch światów. ponieważ piszę te słowa. Jak jednak będzie następnym razem, kto może z całą pewnością powiedzieć? Czy można zdmuchnąć kaganiec życia tylko sugestią i lekkim pragnieniem? Jeśli komuś to się przede mną udało, nie wróci, aby opowiedzieć swą historię.



Tak, znów znów urządziłam swój mały masochistyczny teatr śmierci. Ja, Kornelia, neurasteniczna zakładniczka nicości, rzucona w świat na skutek ślepej tyranii narodzin, miotająca się w bolesnej pułapce istnienia. Czyż Emil Cioran nie napisał: „Narodziny i łańcuch to synonimy. Ujrzeć światło dnia to ujrzeć kajdanki…”



Czułam się dobrze. Naturalnie w granicach swojej możliwości. Zgniłopurpurowa menstruacyjna strzyga odleciała. Doświadczyłam tyle snu, że mogę niestrudzenie wiosłować na korporacyjnej galerze przez całe pięć dni. Zjadłam w restauracji japońskiej zupę miso, wypiłam zieloną herbatę z ryżem. Ale w ciepłą jesienną niedzielę ulice miasta zalał hałaśliwy tłum. Ogarnął mnie lęk i wróciłam do domu.



Wiele czasu poświęciłam pielęgnacji ciała. Wzięłam długą kąpiel. Moczyłam się w wodzie z solą z Morza Martwego. Położyłam stopki na brzegu wanny i patrzyłam na nie z zachwytem. Nie chcę być zamknięta w proteinowym skafandrze, ale stopki, kostki, kolana, palce u rąk mam piękne. Pomyślałam przez chwilę, że chociaż nie potrafię nikogo pokochać, to przynajmniej kocham samą siebie. Ale to przecież nieprawda.

Założyłam piżamkę i skarpetki, żeby stopki nie odbierały bodźców, co mogłoby zakłócić moje skupienie. Zresztą lubię mieć ciepłe stopki. Ze względów oszczędnościowych nie odkręcam kaloryferów. Umiejętnie poddałam anihilacji nieco przykrą myśl, że nie zrobiłam prania.



Czułam się świeża i czysta, niestety, nie jestem już nieskalana.



Po kąpieli ta sama tanatyczna celebracja. Przewietrzywszy pokój, zamknęłam okno, opuściłam żaluzję. Włączyłam muzykę – tym razem nie relaksacyjną, ale Requiem Brahmsa. Sprawa zatem zapowiadała się poważnie. Zapaliłam świeczkę o aromacie konwalii. Podczas tych czynności wprawiałam się w stosowny nastrój. Wyrecytowałam wiersze Safony, owianej legendą poetki z wyspy Lesbos:



***

… na boginię, mnie tutaj

na ziemi nic już nie cieszy

lecz ogarnia mnie jakaś tęsknota,

By umrzeć i ujrzeć porosłe lotosem,

Mokre od rosy brzegi Acherontu.



**



Po krótkim wahaniu napełniłam kieliszek mocnym czerwonym winem z Portugalii. Nie próbowałam jeszcze umierania po winie, odczuwałam pewną ciekawość, czy ten krzepki napój przyniesie zmianę.



Wypiłam spory łyk, ściszyłam nieco muzykę i zanurkowałam pod kołdrę. Pozycja embriona, poduszka na głowę, dłonie między kolana.





Po tak starannych przygotowaniach uspokoiłam wichurę myśli – cicho jak nocna ćma wleciałam w cieniste królestwo kontemplacji.



Jak już wyjaśniłam, moje ćwiczenia w umieraniu to raczej nie meditatio mortis, rozważanie spraw śmierci, od czasu Sokratesa zalecane przez filozofów. Moim najważniejszym celem jest przygotowanie się do tego granicznego momentu, aby, gdy już nadejdzie, a z całą pewnością nadejdzie, przebiegał łagodnie, bez cierpienia i lęku, jak zapadanie w kojący sen. Zwłaszcza bez lęku – jestem manichejką, ale wychowana zostałam jako chrześcijanka i nie mogę się uwolnić od tego brzemienia trwogi, jaką budzi nauka Kościoła o wieczystej karze. A przecież nikt z całą pewnością powiedzieć, czy i w jakiej krainie obudzimy się ze snu śmierci.



Być może pragnę też podświadomie unicestwić się samą siłą woli. Tego wszakże nie jestem pewna.







Spokojnie, rozważnie, zawężałam strumień świadomości, powtarzając sobie w umyśle wspomagające wiersze:



Śmierć



Na brzegu rzeki wyszedł ku mnie starzec,

w rękach przerwana nić.

Księżyc prześwietlał jego wnętrze,

serce cienia filowało jak knot lampy,

starzec położył dłoń na mojej głowie:

Łódź jest gotowa,

wioseł ni wiatru nie potrzeba.



Eeva-Liisa Manner

tłum. z fińskiego Bohdan Drozdowski







A potem jeszcze ten:





TWOJE UMIERANIE



oczy wywrócone

jakbyś już była martwa

tykanie zegara

sekundy i minuty

długie czekanie

i strach

niedzielne popołudnie

zimne i deszczowe

ludzie na zewnątrz

jak resztka życia

a tu w środku

umieranie śmierć



Peter Paul Wiplinger

tłum. Ewa Iwasyk





Nagle znalazłam się pod opiekuńczymi skrzydłami nocy. Wydawało mi się, że przestaję oddychać. W sobotę w ogrodzie botanicznym położyłam się na ławce pod wielkim dębem. Nieustannie z góry spadały liście, powoli, jakby przez wodną toń, grzebiąc mnie pod złocistym całunem. I teraz odtworzyłam w intelekcie tę samą scenę, dokładną jak film w panoramicznym kinie. Promień światła zamigotał, zbladł. Przywołałam jeszcze ten wiersz:





***



Już czas zmieniać korale

Już czas zmieniać słownik,

Już czas gasić latarnie

Nad drzwiami…



Marina Cwietajewa





****





I wtedy srebrzysta nić świadomości została przerwana.



**



Świt przyniósł przebudzenie, byłam jednak kontenta z wyników. Zdawało mi się, że dotarłam bliżej do granic niebytu, niż kiedykolwiek przedtem. Ale może to następstwa łyku portugalskiego wina?



Znowu poranny rytuał łazienkowy, któremu poddałam się z wzorową pokorą. Kusi mnie sporządzenie długiego wpisu, jaką bezbrzeżną abominacją napełnia mnie poranne siadanie w toalecie, ale się powstrzymam.

sobota, 12 października 2013

Tajemniczy ogród


Martwe liście

W sinym jeziorze snu pławiłam się tylko kilkanaście godzin. Nie obyło się bez koszmarnych zwidów, lecz nie wprawiły mnie w lęk. Nie dręczyły przecież mocniej, niż zwykle.

Potem spacerowałam, nieco wypoczęta, po ogrodzie botanicznym, zasnutym chmurami i mgłą. Szaroniebieska poświata otuliła litościwie korony drzew. Wprowadziłam się w stan bliski spokojnemu morzu. Comiesięczna czerwona harpia dawała jeszcze znać o sobie, ale traciła swą moc.

Ogród rozległy, tajemniczy, pełen zagadek, przedziwnych krętych i ślepych alejek, labiryntów stawów i mostów zmienił się w senną wizję. Krążyłam niestrudzenie wśród martwych i konających liści bliska somnabulizmowi. Byłam gotowa upaść na kolana i dziękować (aczkolwiek nie wiem, komu), za to, że jesienne enigmy nie wypalił blask słońca. Nie musiałam nawet kremować twarzy.

W zdumienie wprawiła mnie różnorodność i wielość barw i kolorów. Na gałęziach magnolii, pełnych wiosną białych i czerwonych kwiatów, teraz czekały na tchnienie wiatru wielkie, zwarzone uściskiem mrozu zgniłożółte liście. Berberysy stały w jaskrawej czerwieni, klon palmowy płonął oślepiającą purpurą. Najbardziej niesamowitymi zdawały się klony – niektóre ich liście wciąż zachwycały zielenią, w innych zielone nitki mieszały się z barwą żółtą, jeszcze inne jesień pomalowała czerwonym pędzlem.

Nagie gałęzie miłorzębów wznosiły się ku obłokom jak ostatni krzyk tonącego.

Lekkie podmuchy wiatru strącały wciąż nowe liście, które opadały powoli, z martwym dostojeństwem śmierci.

Pomyślałam, że pragnę stać liściem, który opada z melancholijną gracją, aby znaleźć swój rozkład i grób na tafli martwej wody. Wchodziłam w najbardziej ciasne, niedostępne, odludne alejki, próbując zniknąć bez śladu w gąszczu gałęzi, w cieniach koron drzew, w szarej mgle.



Potem w mieszkaniu – wyczerpana, lecz niemal spokojna. Pozornie niezbędne prace domowe zostały zlekceważone. Nie mogłam dziś ćwiczyć się w umieraniu, nie wtedy, gdy jestem nahermetyzowana. Tampaksy i podpaski zaburzają mi koncentrację. Ale jutro z pewnością tanatyczna medytacja stanie się możliwa.



Uświadomiłam sobie, że w tym roku też nadejdą święta – czas świetlistej choinkowej radości, w której najłatwiej wpaść w bezdenną przepaść rozpaczy. Zdarzyło mi się to tylko dwa razy, nie chcę wszakże doświadczyć popiołowego smaku po raz trzeci.

Nie potrafię wygasić wspomnienia, jak wylało się ze mnie sylwestrowe wino, którego nie potrafiłam przełknąć.



Rozważałam zatem w sercu, czy jednak nie osłonić się niezłomnym puklerzem farmakologii. Nie biorę od wielu miesięcy. Jestem wszakże nie tylko Królową Śniegu ale także Księżniczką Alchemii. W mojej apteczce czekają tabletki szczęścia – bioxetin, effectin, zoloft i wiele innych. Jest tego tyle, że mogłabym uśpić pancernego nosorożca. Wszystkie przeterminowane, ale nie zdołają mi zaszkodzić.



Ach, mam jeszcze czas! 1 grudnia do ostrożny termin, żeby tabletki rozkoszy zdążyły zadziałać, stłumić emocje, uśpić, zasnuć kokonem obojętności. Może zresztą nie ucieknę się do tej metody ratunku. Czyż nie jestem nieugiętą Kornelią, która miażdży delikatnymi stopami głowy depresyjnych węży?!



Decyzja zapadnie później. Obecnie mam wrażenie, że stosownym zakończeniem tego dnia okaże się ten oto wiersz Rose Ausländer



Noc VI



Sekundy kapią

w nocną pustkę



Bezsennie śnisz

legendę

o księżycu i gwiazdach



Czas

przecieka twoja myśl:

gdzie są ci

których już nie ma



Gdzie jestem

pytasz czarne lustro

lecz ono cię nie widzi



Widzisz jego noc

słyszysz tylko

swój wystraszony oddech



tłum. Ryszard Wojnakowski

piątek, 11 października 2013

Niewolnica korporacji

   Nie miałam wątpliwości, że dziś w pracy umrę. Wewnątrz mojego ciała płonął, buzował, trzaskał i miotał iskry bólu menstruacyjny stos. Czułam, jak krew spływa mi pod miłosierną zasłoną czarnych rajstop aż po koniuszki stóp. To była tylko drwina rozgorączkowanej imaginacji, na wszelki wypadek zamknęłam się wszakże w toalecie, aby sprawdzić stopień hermetyzacji i wymienić tampaksa.



W lustrze spojrzałam na swą kredowobiałą twarz, przypominającą oblicze w miarę jeszcze świeżego żeńskiego trupa.



Kończyliśmy bilans. W piątek znużenie dusi już bezlitośnie, paraliżuje, otumania, zabija. Byłam jak śmiertelnie utrudzony wspinacz na skalnym klifie, który już wie, że nie wedrze się szczyt. Już za kilka chwil runie w śnieżną przepaść i wilki rozniosą jego kości.



Automat doskonały marki Kornelia, mimo pewnych przecieków, jeszcze tym razem nie zawiódł. Moje palce skakały jak w obłędnym tańcu śmierci po przyciskach klawiatury.



Zaciskałam zęby, a potem w diabolicznym uśmiechu wykrzywiłam usta, jak najmocniej złączyłam kolana, oczy moje miotały posępne rozbłyski.



W korporacji rozniosły się obłoki siarkowej nienawiści i gorzkiego gniewu. Udręczone niewolnice nie mogły doczekać się końca swego mozołu. Marzyły już tylko o dwóch dniach weekendowego wytchnienia, które tak bardzo było im potrzebne.



Jak się zdaje, że nasz wiceprezes wyczuł zbierającą się burzę. Wyjątkowo nie rozbierał utrudzonych młodych kobiet wzrokiem, lecz zniknął gdzieś przed przerwą obiadową. Lotem błyskawicy rozeszła się fama, że poszedł w tym czasie do dominy, która za jedyne 150 zł wzięła go na smycz, okrutnie skopała i obficie zbrukała śliną. W ten sposób nasz przełożony zadaje sobie pokutę za to, że wyciska z nasz ostanie poty, a co nadobniejsze obmacuje obleśnie w kuchni albo w kąciku przy kopiarce, który zwany jest już korporacyjnym zamtuzem.

Zazwyczaj wychodzę na przerwę sama, tym razem jednak Anita, piękna dziewczyna, z którą siedzę w jednym pokoju, szukała mojego towarzystwa. Znalazłyśmy miejsce w kawiarni, swoim zwyczajem milczałam, nie mogłam zresztą tracić ostatnich kwantów energii na tworzenie dźwięków i słów. Towarzyszka mojego złego losu była tak wyczerpana, że filiżanka wypadła jej ze ślicznych, długich palców o karnacji kości słoniowej, zakończonych paznokciami o barwie rubinu.



Czarną złością wzburzyło się moje serce. Dlaczego gmach korporacji nie zapadnie się w ziemię, chociażby z nami wszystkimi? Dlaczego nie trzasną weń pioruny, morze nie zaleje, piekło nie pochłonie? Przecież to idealne miejsce na impakt wielkiego meteorytu!!



Gdy wróciłyśmy bladosine jak dwie smętne mary, w umyśle rozjarzył mi się wiersz, który napisał niemiecki poeta Heinrich Heine:



***



TKACZE



W ponurym oku nie ma łzy,

Siedzą przy krosnach i szczerzą kły:

Niemcy! My tkamy wam całun grobowy,

Trzykrotne przekleństwo wprzędliśmy w osnowy

I tkamy, i tkamy!



Przekleństwo bożkowi, co się doń modlimy

Śród nędzy głodowej i w chłodzie śród zimy!

Daremne czekanie i próżne nadzieje. —

On okpił nas, wydrwił i w głos się z nas śmieje.

Wciąż tkamy, wciąż tkamy!



Przekleństwo królowi, królowi bogaczy,

Co naszą niedolą się wzruszyć nie raczy,

Co grosze ostatnie z nas łupi i garnie,

I strzelać, jak w psy, w nas pozwala bezkarnie.

Wciąż tkamy, wciąż tkamy!



Przekleństwo! Przekleństwo ojczyźnie fałszywej,

Gdzie tylko sromota i hańba są żywe,

Gdzie każdy kwiat, wcześnie złamany, schnie marnie,

Gdzie robak zgnilizną i próchnem się karmi.

Wciąż tkamy, wciąż tkamy!



Czółenko lata, krosna łomocą,

Wciąż tkamy pilnie i dniem, i nocą.

Stare Niemcy! Utkamy wam całun grobowy!

Trzykrotne przekleństwo wprzędliśmy w osnowy

I tkamy, i tkamy!

**



Nie tracąc czasu, stworzyłam bardziej współczesną wersję tego wstrząsającego utworu:





NIEWOLNICE KORPORACJI



Przy naszych biurkach patrzymy ponuro ,

zębami zgrzytamy nad klawiaturą

Polsko! Piszemy ci wiersz pogrzebowy,

Trzykrotne przekleństwo pełnej jadów mowy

Piszemy! Stukamy!



Przekleństwo bożkowi, co się doń modlimy

Śród pracy morderczej swą młodość tracimy!

Daremne czekanie i próżne nadzieje. —

On okpił nas, wydrwił i w głos się z nas śmieje.

Piszemy! Stukamy!



Przekleństwo politykom, korporacji sługom,

Co nas oszukują o wiele za długo

Co straszne podatki z nas łupią i garną

A kapitaliści pensję płacą marną.

Piszemy! Stukamy!



Przekleństwo! Przekleństwo ojczyźnie fałszywej,

Gdzie tylko kłamstwo i wyzysk są żywe,

Gdzie każdy kwiat, wcześnie złamany, schnie marnie,

Każdy o byt walczy swój niesolidarnie.

Piszemy! Stukamy!



Monitor błyszczy cyfr i liter mocą

Piszemy, stukamy dniem i nocą

Stara Polsko! Napiszemy ci wiersz pogrzebowy!

Trzykrotne przekleństwo pełnej jadu mowy

Piszemy! Stukamy!



**



Po tym błahym akcie duchowej rebelii poczułam przez chwilę cień słodkiej dumy. Przedstawiłam sobie Kornelię jako inkarnację Wolności, która z odsłoniętym (aczkolwiek minimalistycznym) biustem prowadzi korporacyjny lud na barykady.



Niestety, w tym momencie płonąca żagiew bólu w podbrzuszu zapłonęła ze zdwojoną mocą i przywróciła mnie do rzeczywistości.



Nie bardzo pamiętam, co działo się później. Zapewne paranoidalny mózg, jak to często, wyłączył świadomość, by złagodzić cierpienia stresu. Wydaje mi się, że jak zawsze do tej pory, robot Kornelia wykonał zadanie.



Gdy odzyskałam kontakt ze światem, byłam już w domu. Stałam rozebrana pod prysznicem, nie odkręciłam jeszcze wody. Spojrzałam z niejakim zdziwieniem na strużkę krwi, która już dosięgła doskonałej krągłości kolana. Na moment zamarłam zatrwożona: Czyżbym jednak pocięła się żyletką?



Ale zaraz pojęłam tragiczną comiesięczną prawdą. Odkręciłam wodę, a potem podjęłam urągające godności mojej świetlistej psyche działania na rzecz uszczelnienia żałosnej proteinowej powłoki. Potem skonstatowałam, że dolna część bielizny, leżąca na błękitnych kafelkach podłogi, jednak lekko się zabarwiła. Dołączę ją do mojej kolekcji.



Jestem tak wyczerpana, że nie podejmę się dziś celebracji ćwiczeń w umieraniu. Może dokonam tego jutro. Wydaje mi się, że po tym infernalnym dniu w miarę bezkoszmarny sen zapewni mi ten przepiękny wiersz Louise Glück, jeden z moich ulubionych:





**

Baśń



Wówczas spojrzałam w dół i zobaczyłam

świat w który wchodzę i który miał być moim domem

Obróciłam się do mego towarzysza i zapytałam: Gdzie jesteśmy?



A on odpowiedział: Nirwana.

A ja odezwałam się znowu: Ale światło nie przyniesie nam pokoju.



Przeł. Julia Hartwig