Kosmologia Charona
Charles Simic
Nic prócz światełka latarni
Żeby mógł się zorientować gdzie jest
I za każdym razem góra
Świeżych zwłok do załadowania
Przewozić je na drugi brzeg
Gdzie cała masa takich samych
Przypuszczam że już mu się myli
Który brzeg jest który
Przypuszczam że to nieistotne
Nikt się nie skarży a on w końcu
Ma tyle kieszeni do przeszukania
W jednej skórka chleba w innej kiełbasa
Z rzadka trafi się lusterko
Albo książka którą wyrzuca
Za burtę w głąb ciemnej rzeki
Bystrej zimnej głębokiej
Przełożył Stanisław Barańczak
środa, 24 czerwca 2015
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Śmierć nie daje nawet jednej chwili
Wcielenia
Laura Riding
Nie wypieraj się,
Nie wypieraj: rzecz bierze się z rzeczy.
Nie wypieraj się w nowej próżności
Starego, pierwotnego prochu.
Jaki grób, jaka przeszłość krwi i kości
Tkwi we mnie, kiedy leżę śniąc i śniąc
Szczęśliwie przeklęta,
Zaklęta, żywa, w zapomnieniu pierwszych spraw…
Śmierć nie daje nawet jednej chwili by pamiętać
Bym nie mogła, jak kamień jakiejś rzeźby zbyt przeobrażony,
Przypomnieć sobie, ziarnko do ziarnka, o pierwotnym prochu
I patrząc w dół schodów pamięci powtarzać:
To nie byłam ja.
Przełożyła Julia Fiedorczuk
Laura Riding
Nie wypieraj się,
Nie wypieraj: rzecz bierze się z rzeczy.
Nie wypieraj się w nowej próżności
Starego, pierwotnego prochu.
Jaki grób, jaka przeszłość krwi i kości
Tkwi we mnie, kiedy leżę śniąc i śniąc
Szczęśliwie przeklęta,
Zaklęta, żywa, w zapomnieniu pierwszych spraw…
Śmierć nie daje nawet jednej chwili by pamiętać
Bym nie mogła, jak kamień jakiejś rzeźby zbyt przeobrażony,
Przypomnieć sobie, ziarnko do ziarnka, o pierwotnym prochu
I patrząc w dół schodów pamięci powtarzać:
To nie byłam ja.
Przełożyła Julia Fiedorczuk
sobota, 20 czerwca 2015
Łkający kamień ciała
Zawsze
Vicente Aleixandre
Jestem samotny Fale plaża wysłuchaj mnie
z przodu delfiny albo miecz
Pewność jako zawsze bez-granice
Ta czuła głowa nie tchórzliwa
ten kamień ciała który łka
Piasku piasku twoja skarga jest moja
przez mój cień nie istniejesz jako zatoka
nie udawaj że żagle że bryza
że wiatr północny wicher wściekły
rozniesie twój uśmiech aż do piany
kradnąc krew jego statkom
Miłości miłości powstrzymaj swoją nieczystą podeszwę
Przełożył Piotr Sobolczyk
Vicente Aleixandre
Jestem samotny Fale plaża wysłuchaj mnie
z przodu delfiny albo miecz
Pewność jako zawsze bez-granice
Ta czuła głowa nie tchórzliwa
ten kamień ciała który łka
Piasku piasku twoja skarga jest moja
przez mój cień nie istniejesz jako zatoka
nie udawaj że żagle że bryza
że wiatr północny wicher wściekły
rozniesie twój uśmiech aż do piany
kradnąc krew jego statkom
Miłości miłości powstrzymaj swoją nieczystą podeszwę
Przełożył Piotr Sobolczyk
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Moje spustoszone życie
Idę osypującym się piaskiem…
Samuel Beckett
idę osypującym się piaskiem
między żwirem wybrzeża i wydmą
letni deszcz pada na moje życie
na mnie na moje spustoszone życie
biegnące ku swojemu początkowi ku swojemu końcowi
mój spokój jest tam w cofającej się mgle
kiedy nie będę już stąpać po długich ruchomych progach
i żyć w przestrzeni
otwierających się i zamykających drzwi
Przełożyła Julia Hartwig
Samuel Beckett
idę osypującym się piaskiem
między żwirem wybrzeża i wydmą
letni deszcz pada na moje życie
na mnie na moje spustoszone życie
biegnące ku swojemu początkowi ku swojemu końcowi
mój spokój jest tam w cofającej się mgle
kiedy nie będę już stąpać po długich ruchomych progach
i żyć w przestrzeni
otwierających się i zamykających drzwi
Przełożyła Julia Hartwig
niedziela, 14 czerwca 2015
Ciemne obrazy na wodzie
Syros
Tomas Tranströmer
W porcie Syros wysłużone handlowce stały w oczekiwaniu.
Stewa przy stewie. Przycumowane od lat:
CAPE RION, Monrovia.
KRITOS, Andros.
SCOTIA, Panama.
Ciemne obrazy na wodzie, odwieszone do lamusa.
Niczym zabawki z dzieciństwa, które wyrosły na olbrzymy
i winią nas za to
czym nie zostaliśmy.
XELATROS, Pireus.
CASSIOPEJA, Monrovia.
Morze przeczytało je od deski do deski.
Lecz gdy za pierwszym razem przybyliśmy do Syros, nocą,
widząc stewę przy stewie w poświacie księżyca pomyśleliśmy:
Co za potężna flota! Jakie wspaniałe powiązania!
Przełożyła Magdalena Wasilewska-Chmura
Tomas Tranströmer
W porcie Syros wysłużone handlowce stały w oczekiwaniu.
Stewa przy stewie. Przycumowane od lat:
CAPE RION, Monrovia.
KRITOS, Andros.
SCOTIA, Panama.
Ciemne obrazy na wodzie, odwieszone do lamusa.
Niczym zabawki z dzieciństwa, które wyrosły na olbrzymy
i winią nas za to
czym nie zostaliśmy.
XELATROS, Pireus.
CASSIOPEJA, Monrovia.
Morze przeczytało je od deski do deski.
Lecz gdy za pierwszym razem przybyliśmy do Syros, nocą,
widząc stewę przy stewie w poświacie księżyca pomyśleliśmy:
Co za potężna flota! Jakie wspaniałe powiązania!
Przełożyła Magdalena Wasilewska-Chmura
piątek, 5 czerwca 2015
Droga od grobu do grobu
Coś się kończy
Karl Krolow
Weź na kolana
Księgę baśni.
Co tam było
Poza galopem przez wodę?
Droga od grobu do grobu
Jest krótka.
Przeszłość
To krajobraz
Z kobietami, które się szybko
Oddalają.
Koniec nadchodzi
Podczas oglądania obrazków,
na które już nikt
Nie chce patrzeć.
Przełożył Tomasz Ososiński
Karl Krolow
Weź na kolana
Księgę baśni.
Co tam było
Poza galopem przez wodę?
Droga od grobu do grobu
Jest krótka.
Przeszłość
To krajobraz
Z kobietami, które się szybko
Oddalają.
Koniec nadchodzi
Podczas oglądania obrazków,
na które już nikt
Nie chce patrzeć.
Przełożył Tomasz Ososiński
czwartek, 4 czerwca 2015
Nocą jak wizja śmierci
Statek widmo
Mark Strand
Płynie
Ulicą wśród tłumów,
Nieuchwytny
Jak wiatr.
Przesuwa się
Przez smutek
Ruder na skraju miasta
aż do odległych pól.
Mijając woły,
Wiatraki,
Powoli
Sunie dalej.
Przepływa
Bezszelestnie
Nocą
Jak wizja śmierci
Skrada się
Pod gwiazdami.
Załoga, pasażerowie
Spoglądają przed siebie;
Ich oczy
bielsze niż kość
Nie odwracają się nigdy
I nigdy nie zamykają.
Przełożyła Agnieszka Kołakowska
******
Komentarz Kornelii: Pojący czytelników gorzką melancholią wiersz zmarłego w ubiegłym roku znakomitego poety ze Stanów Zjednoczonych. W utworach Marka Stranda, wśród onirycznych krajobrazów, zazwyczaj czai się coś nieokreślonego, jakaś groza czy też pustka, która za chwilę się na nas rzuci. Jak dla mnie statek-widmo to okręt życia, którym wszyscy, na skutek kaprysu lodowato obojętnej natury czy też obdarzonego złośliwym poczuciem humoru Nieruchomego Poruszyciela, wszyscy musimy płynąć. Dokąd? Do nicości śmierci? Do Krainy Nieubłaganej Zapłaty? Żegluga nie napawa rozkoszą. Rudery na skraju miasta to symbol trudów, a woły są świadectwem otępiającej prozaiczności naszej egzystencji. Wiatraki nieubłaganie mielą czas. Gwiazdy, oznaczające pomyślność, nie dadzą światła, statek chce je ominąć, skrada się z daleka od potencjalnego szczęścia. Płynie wśród tłumów, ale bez interakcji – rzeczywiste kontakty między ludzkimi monadami nie są możliwe. Oczy pasażerów bielsze, niż kość – wiedzą, że umrą i nie mają nadziei. Każdego zdolnego do myślenia ta okrutna oczywistość nasyca destrukcyjnym lękiem. Nie sposób usunąć tragicznego stanu rzeczy ze zbolałej świadomości. Nie można zamknąć oczu ani odwrócić wzrok od bliższego z każdym dniem Portu Thanatosa. Cóż, wiersz naprawdę bajeczny. Zamieściłam utwór ze statkiem, ponieważ jestem nad morzem. Kiedy widzę radosnych plażowiczów, przypomina mi się podpis pod pewnym przestawiającym letnie nadmorskie igraszki obrazem: „Oni umrą i o tym wiedzą, ale wydają się nie przejmować”. Miotają mną fale lęku. Wydaje mi się, że przeprowadzka nad Bałtyk okaże się pomyłką. Tak naprawdę chcę wrócić do rodziców, zamknąć w pokoju na piętrze i schować pod kołdrę. W tym roku mój poziom lęku samoistnie się zmniejszył. Miałam nadzieję, że tak pozostanie. Ale nad morzem trwoga wróciła. Budzę się dziesięć razy podczas jednej nocy. Mam zatyczki w uszach, ale drżę w pozycji embrionalnej. Czy muszę wciąż sobie udowadniać, że potrafię być aktywna i udawać, że sprawia mi to przyjemność? Tylko się męczę w tej koszmarnej porze roku bez ciemności, parzy mnie słonce. Dziś tłukłam się ponad cztery godziny rowerem po morenowym lesie zdolnym pogruchotać kości, chciałam uciec od tłumów, ale nawet ten trudno dostępny las okazał się zaludniony jak nigdy. Wszędzie pełno wyczynowców-rowerzystów w kolorowych kostiumach, którzy przypominają mi nieprzyjazne wielobarwne balerony uwieńczone kaskami. Trudno o samotność. Liczę, że dziś, znużona, wreszcie zasnę. Ogarnia mnie chęć wyskoczenia za burtę burtę statku widma. Nie odważę się, ale pomarzyć można.
Mark Strand
Płynie
Ulicą wśród tłumów,
Nieuchwytny
Jak wiatr.
Przesuwa się
Przez smutek
Ruder na skraju miasta
aż do odległych pól.
Mijając woły,
Wiatraki,
Powoli
Sunie dalej.
Przepływa
Bezszelestnie
Nocą
Jak wizja śmierci
Skrada się
Pod gwiazdami.
Załoga, pasażerowie
Spoglądają przed siebie;
Ich oczy
bielsze niż kość
Nie odwracają się nigdy
I nigdy nie zamykają.
Przełożyła Agnieszka Kołakowska
******
Komentarz Kornelii: Pojący czytelników gorzką melancholią wiersz zmarłego w ubiegłym roku znakomitego poety ze Stanów Zjednoczonych. W utworach Marka Stranda, wśród onirycznych krajobrazów, zazwyczaj czai się coś nieokreślonego, jakaś groza czy też pustka, która za chwilę się na nas rzuci. Jak dla mnie statek-widmo to okręt życia, którym wszyscy, na skutek kaprysu lodowato obojętnej natury czy też obdarzonego złośliwym poczuciem humoru Nieruchomego Poruszyciela, wszyscy musimy płynąć. Dokąd? Do nicości śmierci? Do Krainy Nieubłaganej Zapłaty? Żegluga nie napawa rozkoszą. Rudery na skraju miasta to symbol trudów, a woły są świadectwem otępiającej prozaiczności naszej egzystencji. Wiatraki nieubłaganie mielą czas. Gwiazdy, oznaczające pomyślność, nie dadzą światła, statek chce je ominąć, skrada się z daleka od potencjalnego szczęścia. Płynie wśród tłumów, ale bez interakcji – rzeczywiste kontakty między ludzkimi monadami nie są możliwe. Oczy pasażerów bielsze, niż kość – wiedzą, że umrą i nie mają nadziei. Każdego zdolnego do myślenia ta okrutna oczywistość nasyca destrukcyjnym lękiem. Nie sposób usunąć tragicznego stanu rzeczy ze zbolałej świadomości. Nie można zamknąć oczu ani odwrócić wzrok od bliższego z każdym dniem Portu Thanatosa. Cóż, wiersz naprawdę bajeczny. Zamieściłam utwór ze statkiem, ponieważ jestem nad morzem. Kiedy widzę radosnych plażowiczów, przypomina mi się podpis pod pewnym przestawiającym letnie nadmorskie igraszki obrazem: „Oni umrą i o tym wiedzą, ale wydają się nie przejmować”. Miotają mną fale lęku. Wydaje mi się, że przeprowadzka nad Bałtyk okaże się pomyłką. Tak naprawdę chcę wrócić do rodziców, zamknąć w pokoju na piętrze i schować pod kołdrę. W tym roku mój poziom lęku samoistnie się zmniejszył. Miałam nadzieję, że tak pozostanie. Ale nad morzem trwoga wróciła. Budzę się dziesięć razy podczas jednej nocy. Mam zatyczki w uszach, ale drżę w pozycji embrionalnej. Czy muszę wciąż sobie udowadniać, że potrafię być aktywna i udawać, że sprawia mi to przyjemność? Tylko się męczę w tej koszmarnej porze roku bez ciemności, parzy mnie słonce. Dziś tłukłam się ponad cztery godziny rowerem po morenowym lesie zdolnym pogruchotać kości, chciałam uciec od tłumów, ale nawet ten trudno dostępny las okazał się zaludniony jak nigdy. Wszędzie pełno wyczynowców-rowerzystów w kolorowych kostiumach, którzy przypominają mi nieprzyjazne wielobarwne balerony uwieńczone kaskami. Trudno o samotność. Liczę, że dziś, znużona, wreszcie zasnę. Ogarnia mnie chęć wyskoczenia za burtę burtę statku widma. Nie odważę się, ale pomarzyć można.
Subskrybuj:
Posty (Atom)