Głęboko w Europie
Tomas Tranströmer
Ja ciemny kadłub płynący między obiema bramami śluzy
spoczywam w łóżku hotelowym gdy miasto wokół się budzi.
Cichy zgiełk i szare światło się wdziera
i unosi mnie wolno na następny poziom: ranek.
Podsłuchany horyzont. Chcą coś powiedzieć ci umarli.
Palą ale nie jedzą, nie oddychają ale zachowali głos.
Będę śpieszył ulicami jako jeden z nich.
Sczerniała ciężka jak księżyc katedra powoduje przypływ i odpływ.
Przełożył Leonard Neuger
poniedziałek, 13 lipca 2015
niedziela, 12 lipca 2015
Jeśli przeżyję, umrę potem
Kristin Berget
to ciało jest z mięsa
to ciało jest z płci
dokąd mam się udać z tą
wiedzą kładę się na
boku jedną ręką podpieram
o ziemię to nie
podłoga podtrzymuje tancerzy
ani ciało opadające na
deski zamykam usta
nie czytam ust wiem, że jeśli
to przeżyję umrę potem
Przełożyła Justyna Czechowska
Komentarz Kornelii: Podczas mojej nieszczęsnej wizyty w księgarni literackiej, złożonej pod cydrową gwiazdą, równie zawiana jak lekkomyślna nabyłam również wiersze urodzonej w 1975 roku norweskiej poetki Kristin Berget. Tomik nosi niemiecki tytuł Der ganze Weg, czyli Ta cała droga. Wyszłam ubogacona w kwiat skandynawskiej muzy, za to, o gorzki smutku, uboższa o 20 złotych (mały obiad z piwem). Kristin Berget została w 2012 roku nominowana do literackiej nagrody miasta Gdańska Europejski Poeta Wolności. Po lekturze mogłam tylko skonstatować, że w Europie wolność bardzo osobliwymi różami rozkwita. Zdaniem krytyków Der ganze Weg to opowieść o płci, będącej symbolem niekiedy ukrytego pożądania,przyzwyczajenia, przynależności i obcości. Autorka opowiada o swym wojażu do wielkich miast Europy, wśród lasów, w których czyhają drapieżniki. Wiersze, których patronkami są święta Katarzyna z Aleksandrii i dziewica Maria, przedstawiają związki między winą a przywiązaniem, wstydem a marzeniem.
Można by przypuszczać, że jeśli Kristin Berget wzywa Marię i Katarzynę, chrześcijańskie dziewice, sama również tęskni do przeczystej niewinności. Niekiedy rzeczy się mają wszakże w sposób wręcz przeciwny. Nasza Safona z kraju fiordów entuzjastycznie przedstawiała swoje przygody z kochanką (kochankami?) w różnych metropoliach kontynentu. Bez wątpienia zdobyła zaszczytne miejsce na skale pięknej Kalijopy dzięki takim oto wersom:
w barze podciągnęłaś rąbek
kwiecistej sukienki żeby pokazać mi
swoje nagie łono musiałam
włożyć w ciebie palce
pod blatem stołu
Ach, muszę przyznać, że czytając tę miodosłodką pieśń, znalazłam się w lekko owianym zazdrością osłupieniu. Doświadczyłam wielu przygód, ale takich igraszek jeszcze nie….Może znajdzie się jakaś śmiała czytelniczka, z którą mogłabym…. Aj, przecież żartuję! Nie spotykam się z nikim. Zresztą za wszystkie perły świata nie odważyłabym się na podobną waginalno-manualno-barową interakcję… :)
A teraz poważnie, analiza utworu, który dla dobra powszechnego przepisałam. Niełatwo to zinterpretować. Dla mnie wiersz to raczej smętne uświadomienie sobie swojej cielesności i płci, która potężnie i wszechwładnie określa nasze zachowania. Czy można stać się wolnym duchem, gdy jest się sterowanym przez genitalia? Każdy roztropny umysł odpowie, że nie można. Nie mam złudzeń, wiem, że każdy patrzący na mnie dżentelmen myśli tylko o tym, jak by tu mnie spenetrować, najlepiej w trzy miejsca, panie natomiast najczęściej marzą o tym, jak by tu spotkać odpowiedniego inseminatora, jurnego dawcę materiału genetycznego i skutecznego zaopatrzeniowca…
dokąd mam się udać z tą
wiedzą
to świadectwo pewnej bezradności wobec bezlitosnych cielesno-płciowych faktów.
jedną ręką podpieram
o ziemię to nie
podłoga podtrzymuje tancerzy
ani ciało opadające na
deski…
to niejasny opis podejmowanych różnych prób przetrwania materialnego świata. Prób może idealistycznych, oderwanych od ziemi.
zamykam usta
nie czytam ust…wiem, że jeśli
to przeżyję…umrę potem
Poetka nie podejmuje kontaktów międzyludzkich, nie rozmawia. Nad wszystkim unosi się jak czarnoskrzydły kruk świadomość nieuchronnej śmierci.
Ach, ja też nie rozmawiam. Wszystko zostało powiedziane. Nie pisz już więcej Kornelio. Nie pisz już więcej.
to ciało jest z mięsa
to ciało jest z płci
dokąd mam się udać z tą
wiedzą kładę się na
boku jedną ręką podpieram
o ziemię to nie
podłoga podtrzymuje tancerzy
ani ciało opadające na
deski zamykam usta
nie czytam ust wiem, że jeśli
to przeżyję umrę potem
Przełożyła Justyna Czechowska
Komentarz Kornelii: Podczas mojej nieszczęsnej wizyty w księgarni literackiej, złożonej pod cydrową gwiazdą, równie zawiana jak lekkomyślna nabyłam również wiersze urodzonej w 1975 roku norweskiej poetki Kristin Berget. Tomik nosi niemiecki tytuł Der ganze Weg, czyli Ta cała droga. Wyszłam ubogacona w kwiat skandynawskiej muzy, za to, o gorzki smutku, uboższa o 20 złotych (mały obiad z piwem). Kristin Berget została w 2012 roku nominowana do literackiej nagrody miasta Gdańska Europejski Poeta Wolności. Po lekturze mogłam tylko skonstatować, że w Europie wolność bardzo osobliwymi różami rozkwita. Zdaniem krytyków Der ganze Weg to opowieść o płci, będącej symbolem niekiedy ukrytego pożądania,przyzwyczajenia, przynależności i obcości. Autorka opowiada o swym wojażu do wielkich miast Europy, wśród lasów, w których czyhają drapieżniki. Wiersze, których patronkami są święta Katarzyna z Aleksandrii i dziewica Maria, przedstawiają związki między winą a przywiązaniem, wstydem a marzeniem.
Można by przypuszczać, że jeśli Kristin Berget wzywa Marię i Katarzynę, chrześcijańskie dziewice, sama również tęskni do przeczystej niewinności. Niekiedy rzeczy się mają wszakże w sposób wręcz przeciwny. Nasza Safona z kraju fiordów entuzjastycznie przedstawiała swoje przygody z kochanką (kochankami?) w różnych metropoliach kontynentu. Bez wątpienia zdobyła zaszczytne miejsce na skale pięknej Kalijopy dzięki takim oto wersom:
w barze podciągnęłaś rąbek
kwiecistej sukienki żeby pokazać mi
swoje nagie łono musiałam
włożyć w ciebie palce
pod blatem stołu
Ach, muszę przyznać, że czytając tę miodosłodką pieśń, znalazłam się w lekko owianym zazdrością osłupieniu. Doświadczyłam wielu przygód, ale takich igraszek jeszcze nie….Może znajdzie się jakaś śmiała czytelniczka, z którą mogłabym…. Aj, przecież żartuję! Nie spotykam się z nikim. Zresztą za wszystkie perły świata nie odważyłabym się na podobną waginalno-manualno-barową interakcję… :)
A teraz poważnie, analiza utworu, który dla dobra powszechnego przepisałam. Niełatwo to zinterpretować. Dla mnie wiersz to raczej smętne uświadomienie sobie swojej cielesności i płci, która potężnie i wszechwładnie określa nasze zachowania. Czy można stać się wolnym duchem, gdy jest się sterowanym przez genitalia? Każdy roztropny umysł odpowie, że nie można. Nie mam złudzeń, wiem, że każdy patrzący na mnie dżentelmen myśli tylko o tym, jak by tu mnie spenetrować, najlepiej w trzy miejsca, panie natomiast najczęściej marzą o tym, jak by tu spotkać odpowiedniego inseminatora, jurnego dawcę materiału genetycznego i skutecznego zaopatrzeniowca…
dokąd mam się udać z tą
wiedzą
to świadectwo pewnej bezradności wobec bezlitosnych cielesno-płciowych faktów.
jedną ręką podpieram
o ziemię to nie
podłoga podtrzymuje tancerzy
ani ciało opadające na
deski…
to niejasny opis podejmowanych różnych prób przetrwania materialnego świata. Prób może idealistycznych, oderwanych od ziemi.
zamykam usta
nie czytam ust…wiem, że jeśli
to przeżyję…umrę potem
Poetka nie podejmuje kontaktów międzyludzkich, nie rozmawia. Nad wszystkim unosi się jak czarnoskrzydły kruk świadomość nieuchronnej śmierci.
Ach, ja też nie rozmawiam. Wszystko zostało powiedziane. Nie pisz już więcej Kornelio. Nie pisz już więcej.
piątek, 10 lipca 2015
Uśmiechnij się, śmierci
Jedna ja
Laura Riding
Pod kostiumem odsłania się kostium,
Powtarzalne ciało:
O liczna niewinności, O suknio cielista.
Jedna ja, pojedyncza mnogość,
Najpierw zamęt, potem uproszczenie.
Uśmiechnij się, śmierci, O jednoczesne usta.
Skończ wewnątrz i na zewnątrz,
Ciągły ten lot i wyprzedzanie.
Przełożyła Julia Fiedorczuk
Laura Riding
Pod kostiumem odsłania się kostium,
Powtarzalne ciało:
O liczna niewinności, O suknio cielista.
Jedna ja, pojedyncza mnogość,
Najpierw zamęt, potem uproszczenie.
Uśmiechnij się, śmierci, O jednoczesne usta.
Skończ wewnątrz i na zewnątrz,
Ciągły ten lot i wyprzedzanie.
Przełożyła Julia Fiedorczuk
czwartek, 9 lipca 2015
Wyznaczona pieczęć melancholii
Ślady wędrówki X
Rita Bumi-Papa
Moją drugą twarz
odkryłam któregoś dnia w lustrze.
Potem lustro pękło. Śmiech
gwałtowny, szatański pokawałkował je.
Przez lata zbierałam jego kawałki
by ułożyć tamten śmiech.
A więc jestem mozaiką przeszłego czasu,
w mroku łona
wykształciłam swoją ludzką formę!
I ta pieczęć melancholii,
którą wyznaczyłam, stała się tamtym śmiechem!
Przełożył Ares Chadzinikolau
Rita Bumi-Papa
Moją drugą twarz
odkryłam któregoś dnia w lustrze.
Potem lustro pękło. Śmiech
gwałtowny, szatański pokawałkował je.
Przez lata zbierałam jego kawałki
by ułożyć tamten śmiech.
A więc jestem mozaiką przeszłego czasu,
w mroku łona
wykształciłam swoją ludzką formę!
I ta pieczęć melancholii,
którą wyznaczyłam, stała się tamtym śmiechem!
Przełożył Ares Chadzinikolau
wtorek, 7 lipca 2015
Alienka Kornelia kocha chmury
Obcy
Charles Baudelaire
„- Kogo kochasz najmocniej, powiedz mi tajemniczy człowieku, ojca, matkę, siostrę, a może
brata?
– Nie mam ojca ani matki, ani siostry, ani brata.
– A przyjaciół?
– Jak dotychczas nie poznałem, co to słowo znaczy.
– A ojczyzna?
– Nie wiem nawet, gdzie jest na mapie
– Piękno?
– Pokochałbym je, gdyby było absolutne i nieśmiertelne.
– Pieniądze?
– Nienawidzę pieniędzy tak, jak wy Boga.
– Cóż więc kochasz strasznie obcy człowieku?
– Kocham chmury… chmury, które płyną o tam wysoko… cudowne chmury!”
Przełożył Kazimierz Brakoniecki
Komentarz Kornelii: W sprawie pieniędzy nie do końca mogę się z wierszem utożsamiać, poza tą drobnostką wszystko się zgadza.
Charles Baudelaire
„- Kogo kochasz najmocniej, powiedz mi tajemniczy człowieku, ojca, matkę, siostrę, a może
brata?
– Nie mam ojca ani matki, ani siostry, ani brata.
– A przyjaciół?
– Jak dotychczas nie poznałem, co to słowo znaczy.
– A ojczyzna?
– Nie wiem nawet, gdzie jest na mapie
– Piękno?
– Pokochałbym je, gdyby było absolutne i nieśmiertelne.
– Pieniądze?
– Nienawidzę pieniędzy tak, jak wy Boga.
– Cóż więc kochasz strasznie obcy człowieku?
– Kocham chmury… chmury, które płyną o tam wysoko… cudowne chmury!”
Przełożył Kazimierz Brakoniecki
Komentarz Kornelii: W sprawie pieniędzy nie do końca mogę się z wierszem utożsamiać, poza tą drobnostką wszystko się zgadza.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Noc bez jednej gwiazdy
Nocą
Mark Strand
Skończył się sezon przyjęć. Było już późno. Szli
przez noc, ciemniejszą niż inne, jakie dotąd widzieli,
bezsenną, bez księżyca, bez jednej gwiazdy. Szli
płacząc. Nie mogli przestać. Nie przypuszczali nigdy,
że kiedyś do tego dojdzie. Szli bulwarami, szli
wiejskimi dróżkami. „Niedobrze”, powtarzali, „Niedobrze”, idąc przez noc – do lasu, inni w kierunku morza.
Przełożyła Agnieszka Kołakowska
Wprawiający w czarne osłupienie wiersz amerykańskiego poety, twórcy, który może najlepiej ze wszystkich potrafił przedstawić niewypowiedzianą grozę czającą się się gdzieś wśród natury. Skończył się sezon przyjęć – to zbliżający się kres życia, widmo starości albo też utrata wraz z doświadczeniem życiowym wszelkich złudzeń. Minęły szaleństwa i pozorne przyjemności młodego wieku. Teraz pozostaje tylko ciemność, bez światła i wszelkiej nadziei. Każdy rozumny człowiek uświadomi to sobie prędzej niż później. I można tylko płakać. I zaskoczenie, że do tego doszło. A jednak tak musiało się stać. Można tylko wędrować, lamentować i powtarzać „Niedobrze”. Nie ma różnicy, czy pójdziemy do lasu czy w stronę morza, to znaczy, że wszelkie próby ocalenia się skazane są na klęskę. Podążąmy przecież przez noc, bez wytchnienia i snu, po której już nie będzie dniało. Próżne zabawy się skończyły i nie ma już ratunku przed goryczą, nicością lub piekłem.
Cóż, prowadzę pozornie beztroskie życie w kurorcie, sączę cydr, spożywam łososie w sosie prowansalskim i sole z ryżem w szafranie, ale mój sezon przyjęć już dawno się skończył, jeśli kiedykolwiek był (nie pamiętam tego). Mieszkam między morzem a lasem i miotam się między jednym a drugim, nadaremnie próbując znaleźć nieco spokoju. Szukam miejsc odludnych, minęłam na rowerze trzy miejsca zabójstw istot mojej płci, dwa z tego roku, jedno sprzed kilku lat, ale doskonale oznakowane. Nie można uciec przed przeszłością, lękiem i obłędem. Otacza mnie noc. Gdyby ktoś mnie napadł, zapewne nawet bym się nie broniła.
Mark Strand
Skończył się sezon przyjęć. Było już późno. Szli
przez noc, ciemniejszą niż inne, jakie dotąd widzieli,
bezsenną, bez księżyca, bez jednej gwiazdy. Szli
płacząc. Nie mogli przestać. Nie przypuszczali nigdy,
że kiedyś do tego dojdzie. Szli bulwarami, szli
wiejskimi dróżkami. „Niedobrze”, powtarzali, „Niedobrze”, idąc przez noc – do lasu, inni w kierunku morza.
Przełożyła Agnieszka Kołakowska
Wprawiający w czarne osłupienie wiersz amerykańskiego poety, twórcy, który może najlepiej ze wszystkich potrafił przedstawić niewypowiedzianą grozę czającą się się gdzieś wśród natury. Skończył się sezon przyjęć – to zbliżający się kres życia, widmo starości albo też utrata wraz z doświadczeniem życiowym wszelkich złudzeń. Minęły szaleństwa i pozorne przyjemności młodego wieku. Teraz pozostaje tylko ciemność, bez światła i wszelkiej nadziei. Każdy rozumny człowiek uświadomi to sobie prędzej niż później. I można tylko płakać. I zaskoczenie, że do tego doszło. A jednak tak musiało się stać. Można tylko wędrować, lamentować i powtarzać „Niedobrze”. Nie ma różnicy, czy pójdziemy do lasu czy w stronę morza, to znaczy, że wszelkie próby ocalenia się skazane są na klęskę. Podążąmy przecież przez noc, bez wytchnienia i snu, po której już nie będzie dniało. Próżne zabawy się skończyły i nie ma już ratunku przed goryczą, nicością lub piekłem.
Cóż, prowadzę pozornie beztroskie życie w kurorcie, sączę cydr, spożywam łososie w sosie prowansalskim i sole z ryżem w szafranie, ale mój sezon przyjęć już dawno się skończył, jeśli kiedykolwiek był (nie pamiętam tego). Mieszkam między morzem a lasem i miotam się między jednym a drugim, nadaremnie próbując znaleźć nieco spokoju. Szukam miejsc odludnych, minęłam na rowerze trzy miejsca zabójstw istot mojej płci, dwa z tego roku, jedno sprzed kilku lat, ale doskonale oznakowane. Nie można uciec przed przeszłością, lękiem i obłędem. Otacza mnie noc. Gdyby ktoś mnie napadł, zapewne nawet bym się nie broniła.
sobota, 4 lipca 2015
Wściekłość, gorączka i niesmak
Dziennik buntowniczki
Rosemary Tonks
Dopadły mnie wściekłość, gorączka i niesmak.
Potrzebna mi knajpa – gdzie stare serwetki,
Koronki z papieru, kleją się do rękawów,
Błyszczących meszkiem próżniaczego zamszu
…a szwargot mięsnych much trwa tutaj odwiecznie!
Po szybie spływa mleko leniwego oddechu,
Dudni fura węglarza – z wielkimi workami,
Ciężkimi od popiołów i prochów dla mas!
Gryzie mnie grzech, strzały w ciele skazańca,
Bo moja młodość, zła, chmurna, chimeryczna,
Znalazła tu legowisko sprzed lat…na dnie,
Na brudnej ścieżce, na posłaniu z pokrzyw
Spryskanych leśnym mlekiem,
A każdy włosek wzniesiony do ciosu!
Szkoda przynęty, nie wyjdę stąd z pętlą,
Tobołkiem czy workiem na obrok; wiem, że los
Musi groby powszednie wypełnić,
A żargon ołowianych skrzydeł mięsożernej muchy
Uśpi obywatela, który oddychaniem
Powstrzymuje napór żywego robactwa.
Przełożył Jerzy Jarniewicz
Komentarz Kornelii: Ten posępny, pełen spleenu utwór przepisałam z tomiku „Poetki z Wysp” (brytyjskich). Moje udręczone serce przeszywają rozpalone igły bólu, gdy myślę, że zapłaciłam za książeczkę horrendalne 44 złotych. A mogłam sobie za tę rujnującą kwotę spożyć obiad z winem! To nauczka na przyszłość: Żałosna córo Koryntu w stanie spoczynku, nigdy więcej nie wchodź entuzjastycznie zawiana do księgarni!
Ale skoro już się zdarzyło, na chwilę stałam się kopistką, z trudem i mozołem oddałam ludzkości tę przysługę. Rosemary Tonks (1929-2014) w latach sześćdziesiątych udzielała się wśród cyganerii londyńskiej, restauracji, cygar i cudzych sypialni. W latach 70-tych zniknęła bez śladu, spaliła swoje wiersze, zerwała wszelkie kontakty (tak jak ja). Podobno została gorliwą wyznawczynią chrystianizmu i wzięła chrzest w Jordanie (to mi akurat nie grozi). Jej utwory owiane są aurą wszechogarniającej nudy, zblazowania, teatru pozerstwa i kłamstwa – w kaskadach dekadencji można odnaleźć także apokaliptyczny ton.
Ten wiersz wzbudził moje najwyższe uznanie, także z tej przyczyny, że w pewnym sensie opowiada również o mnie.
Z pewnością jest to poetycki fresk o nieuchronnej śmierci. Wszyscy w końcu padniemy łupem mięsożernych much:
wiem, że los
Musi groby powszednie wypełnić,
A żargon ołowianych skrzydeł mięsożernej muchy
Uśpi obywatela, który oddychaniem
Powstrzymuje napór żywego robactwa.
Nie pomoże życie w stylu bohemy, próżniacze włóczenie się po restauracjach i tawernach. Tak naprawdę nie możemy znaleźć wytchnienia, nie tylko ze względu na świadomość nieuchronnego kresu i triumfu robactwa, które oczyści z mięsa nasze kości. Codziennie, czy to przy kawiarnianym stoliku, w hałasie restauracji lub baru, poddaje nas torturom świadomość popełnionych występków.
Ja też jestem buntowniczką – przeciwko obyczajom, rodzinie, społeczeństwu, grupizmowi, korporacji Jestem sama. Nie ma nikogo innego. Nie powiem już ani słowa. Tonąca w rozkosznie trującym bagnisku dekadencji czekam na swój koniec.
Dopadły mnie wściekłość, gorączka i niesmak.
Wściekłość na świat, ludzi i na siebie samą, że jestem taka inna, nieustannie się boję, nie cierpię bliźnich i jeszcze mam zaburzenia tożsamości genderowej (na plaży obserwuję odsłonięte stopki dziewcząt, absurdalne, ale nic nie poradzę).
Także potrzebna mi knajpa, wciąż nowa, aby podtrzymywać leczący na krótko melancholię i lęk stan zawiania. Ale w tawernach również dotykają mnie skrzydła śmierci, świadomość kruchości życia – szwargot mięsnych much. Alkohol rozwesela, ale potem intensyfikuje stany lękowe.
I jeszcze w tle jest to wszystko, do czego doprowadziłam. Grzechy już nie tak wczesnej młodości. Nie pamiętam już niczego, a jednak wiem. Są rzeczy tragiczne, niewypowiedziane…
Gryzie mnie grzech, strzały w ciele skazańca
A jeszcze jako groteska moje przygody obyczajowe.
Bo moja młodość, zła, chmurna, chimeryczna,
Znalazła tu legowisko sprzed lat…na dnie,
Na brudnej ścieżce, na posłaniu z pokrzyw
Spryskanych leśnym mlekiem,
A każdy włosek wzniesiony do ciosu!
Brudna ścieżka, legowisko, pokrzywy, to symbole mojego upadku – czy to przeszłość sprawia, że leśne mleko kojarzy mi się ze spermą (a fu!), a włosek wzniesiony do ciosu z męskim organem seksualnym w stanie erekcji… (niewyobrażalna szkarada)
Ach, tę tragifarsę zakończy i tak mięsna mucha…
Zmuszona strasznym upałem musiałam się plażować i szukać ochłody w kąpieli. Ach, wszędzie ten hałaśliwy plebs raczący się piwem, rozwrzeszczane dzieci i zapchlone, ujadające kundle. Znam miejsca spokojniejsze, ale w taki skwar wszędzie bezmózgowa ludzka masa. Morze gęste jak zupa, mam wrażenie, że algi powciskały mi się w zakątki ciała, o których skromność nie pozwala mi tu pisać. O piasku w ogóle nie wspomnę (patrz wpis: Nadmorska samoudręka). Mimo supermocnego kremu słońce mnie oparzyło. Wezmę prysznic, włożę do uszu zatyczki, zażyję malatoninę i mam nadzieję, że umrę we śnie. Zanim ktoś mnie znajdzie, muchy będą ucztować…Bzzzzzz….
Rosemary Tonks
Dopadły mnie wściekłość, gorączka i niesmak.
Potrzebna mi knajpa – gdzie stare serwetki,
Koronki z papieru, kleją się do rękawów,
Błyszczących meszkiem próżniaczego zamszu
…a szwargot mięsnych much trwa tutaj odwiecznie!
Po szybie spływa mleko leniwego oddechu,
Dudni fura węglarza – z wielkimi workami,
Ciężkimi od popiołów i prochów dla mas!
Gryzie mnie grzech, strzały w ciele skazańca,
Bo moja młodość, zła, chmurna, chimeryczna,
Znalazła tu legowisko sprzed lat…na dnie,
Na brudnej ścieżce, na posłaniu z pokrzyw
Spryskanych leśnym mlekiem,
A każdy włosek wzniesiony do ciosu!
Szkoda przynęty, nie wyjdę stąd z pętlą,
Tobołkiem czy workiem na obrok; wiem, że los
Musi groby powszednie wypełnić,
A żargon ołowianych skrzydeł mięsożernej muchy
Uśpi obywatela, który oddychaniem
Powstrzymuje napór żywego robactwa.
Przełożył Jerzy Jarniewicz
Komentarz Kornelii: Ten posępny, pełen spleenu utwór przepisałam z tomiku „Poetki z Wysp” (brytyjskich). Moje udręczone serce przeszywają rozpalone igły bólu, gdy myślę, że zapłaciłam za książeczkę horrendalne 44 złotych. A mogłam sobie za tę rujnującą kwotę spożyć obiad z winem! To nauczka na przyszłość: Żałosna córo Koryntu w stanie spoczynku, nigdy więcej nie wchodź entuzjastycznie zawiana do księgarni!
Ale skoro już się zdarzyło, na chwilę stałam się kopistką, z trudem i mozołem oddałam ludzkości tę przysługę. Rosemary Tonks (1929-2014) w latach sześćdziesiątych udzielała się wśród cyganerii londyńskiej, restauracji, cygar i cudzych sypialni. W latach 70-tych zniknęła bez śladu, spaliła swoje wiersze, zerwała wszelkie kontakty (tak jak ja). Podobno została gorliwą wyznawczynią chrystianizmu i wzięła chrzest w Jordanie (to mi akurat nie grozi). Jej utwory owiane są aurą wszechogarniającej nudy, zblazowania, teatru pozerstwa i kłamstwa – w kaskadach dekadencji można odnaleźć także apokaliptyczny ton.
Ten wiersz wzbudził moje najwyższe uznanie, także z tej przyczyny, że w pewnym sensie opowiada również o mnie.
Z pewnością jest to poetycki fresk o nieuchronnej śmierci. Wszyscy w końcu padniemy łupem mięsożernych much:
wiem, że los
Musi groby powszednie wypełnić,
A żargon ołowianych skrzydeł mięsożernej muchy
Uśpi obywatela, który oddychaniem
Powstrzymuje napór żywego robactwa.
Nie pomoże życie w stylu bohemy, próżniacze włóczenie się po restauracjach i tawernach. Tak naprawdę nie możemy znaleźć wytchnienia, nie tylko ze względu na świadomość nieuchronnego kresu i triumfu robactwa, które oczyści z mięsa nasze kości. Codziennie, czy to przy kawiarnianym stoliku, w hałasie restauracji lub baru, poddaje nas torturom świadomość popełnionych występków.
Ja też jestem buntowniczką – przeciwko obyczajom, rodzinie, społeczeństwu, grupizmowi, korporacji Jestem sama. Nie ma nikogo innego. Nie powiem już ani słowa. Tonąca w rozkosznie trującym bagnisku dekadencji czekam na swój koniec.
Dopadły mnie wściekłość, gorączka i niesmak.
Wściekłość na świat, ludzi i na siebie samą, że jestem taka inna, nieustannie się boję, nie cierpię bliźnich i jeszcze mam zaburzenia tożsamości genderowej (na plaży obserwuję odsłonięte stopki dziewcząt, absurdalne, ale nic nie poradzę).
Także potrzebna mi knajpa, wciąż nowa, aby podtrzymywać leczący na krótko melancholię i lęk stan zawiania. Ale w tawernach również dotykają mnie skrzydła śmierci, świadomość kruchości życia – szwargot mięsnych much. Alkohol rozwesela, ale potem intensyfikuje stany lękowe.
I jeszcze w tle jest to wszystko, do czego doprowadziłam. Grzechy już nie tak wczesnej młodości. Nie pamiętam już niczego, a jednak wiem. Są rzeczy tragiczne, niewypowiedziane…
Gryzie mnie grzech, strzały w ciele skazańca
A jeszcze jako groteska moje przygody obyczajowe.
Bo moja młodość, zła, chmurna, chimeryczna,
Znalazła tu legowisko sprzed lat…na dnie,
Na brudnej ścieżce, na posłaniu z pokrzyw
Spryskanych leśnym mlekiem,
A każdy włosek wzniesiony do ciosu!
Brudna ścieżka, legowisko, pokrzywy, to symbole mojego upadku – czy to przeszłość sprawia, że leśne mleko kojarzy mi się ze spermą (a fu!), a włosek wzniesiony do ciosu z męskim organem seksualnym w stanie erekcji… (niewyobrażalna szkarada)
Ach, tę tragifarsę zakończy i tak mięsna mucha…
Zmuszona strasznym upałem musiałam się plażować i szukać ochłody w kąpieli. Ach, wszędzie ten hałaśliwy plebs raczący się piwem, rozwrzeszczane dzieci i zapchlone, ujadające kundle. Znam miejsca spokojniejsze, ale w taki skwar wszędzie bezmózgowa ludzka masa. Morze gęste jak zupa, mam wrażenie, że algi powciskały mi się w zakątki ciała, o których skromność nie pozwala mi tu pisać. O piasku w ogóle nie wspomnę (patrz wpis: Nadmorska samoudręka). Mimo supermocnego kremu słońce mnie oparzyło. Wezmę prysznic, włożę do uszu zatyczki, zażyję malatoninę i mam nadzieję, że umrę we śnie. Zanim ktoś mnie znajdzie, muchy będą ucztować…Bzzzzzz….
Subskrybuj:
Posty (Atom)