Pierwsza krew
Paula Meehan
Na migocącej ścianie cień stojaka na ubrania,
żar od ognia, swąd palącej się bawełny.
Dym, płomień, panika. Ktoś, czyli matka,
wrzuca prześcieradło do ognia.
Pierwszy raz widziałam krew, gdy rozcięła sobie dłoń o osłonę kominka.
Od tego czasu już zawsze
koń, a na nim jeździec, diabeł z krogulczym nosem,
na ramce, na suficie, w szafie.
Jedzie tu po nas wszystkich, weźmie nas ogniem i krwią.
Przełożył Jerzy Jarniewicz
****
Komentarz Kornelii: Zdumiewający utwór urodzonej w 1955 roku irlandzkiej poetki – jednoznacznie mroczny. Jak jednak go interpretować? Nie jestem do końca pewna. Czy pierwsza krew odnosi się do tej ze skaleczonej ręki? Czy to opis małego pożaru? Ubranie zapala się od kominka? Podczas gaszenia matka kaleczy rękę?
Dla mnie wszakże pierwsza krew to krew menstruacyjna córki. Matka wrzuca splamione pierwszą menstruacyjną krwią prześcieradło do ognia. Obie kobiety uświadamiają sobie jeszcze raz swą absurdalną cielesność, zwłaszcza dziewczyna jest zatrwożona. Krew miesięczna nieubłaganie ilustruje i wyznacza upływ czasu. Nie ma ucieczki od materii, nie będzie ratunku. Nie ma przebaczenia i nie ma zbawienia:
Od tego czasu już zawsze
koń, a na nim jeździec, diabeł z krogulczym nosem,
na ramce, na suficie, w szafie.
Jedzie tu po nas wszystkich, weźmie nas ogniem i krwią.
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
niedziela, 9 sierpnia 2015
Samotność błyszczy jak gwiazda
Samotność
Kostas M. Stamatis
Urodziłem się w Gwiazdozbiorze Byka
i od małego
miałem samotność w myślach,
zamgloną latarnię, która podążała za mną.
Dorosłem
i wymieniłem się z ludźmi
myślami i snami,
ale samotność nigdy mnie nie opuściła,
błyszczy na niebie jak gwiazda.
Minęły lata i teraz
Nikogo przy mnie nie ma
nawet matki, która mnie zrodziła.
Wszędzie bezwzględne osamotnienie
jak wtedy,
gdy się urodziłem z samotnością
i zamgloną latarnią w myślach.
Dziwny nasz los, bracia!
Początkiem i Końcem w Życiu
Samotność…
Przełożył Ares Chadzinikolau
Kostas M. Stamatis
Urodziłem się w Gwiazdozbiorze Byka
i od małego
miałem samotność w myślach,
zamgloną latarnię, która podążała za mną.
Dorosłem
i wymieniłem się z ludźmi
myślami i snami,
ale samotność nigdy mnie nie opuściła,
błyszczy na niebie jak gwiazda.
Minęły lata i teraz
Nikogo przy mnie nie ma
nawet matki, która mnie zrodziła.
Wszędzie bezwzględne osamotnienie
jak wtedy,
gdy się urodziłem z samotnością
i zamgloną latarnią w myślach.
Dziwny nasz los, bracia!
Początkiem i Końcem w Życiu
Samotność…
Przełożył Ares Chadzinikolau
sobota, 8 sierpnia 2015
Kora chce zwinąć się w kłębek
***
Ludmyła Taran
Czuję się – coraz częściej -
jak stary pies,
skołtuniony i nieruchawy.
Łzawią psie oczy i zbitym,
niemytym spojrzeniem prosi:
Nie odganiaj…
Tak i ja.
Zanim rozchodzę się
rano,
zanim napłynie
do żył cicha, niedostrzegalna siła -
żeby choć nogi wlec, przesuwać.
A przesunąć się jeszcze ktoś nie puszcza.
Ta niteczka cienka jak pajęczynka -
zwłaszcza w nocy, przed świtem.
Zwinąć się w kłębek, zasnąć jak w dzieciństwie.
Czy się nie budzić?
Przełożyła Anita Kamińska
Komentarz Kornelii: Gorzkosmutny urodzonej w 1954 roku wiersz ukraińskiej poetki i literatki, utwór o nadchodzącej starości, utracie sił witalnych, śmiertelnym znużeniu. Cóż, jak jestem młodsza, chociaż zbliżam się już do czterdziestki. Nie czuję się jak pies (nie cierpię i boję się psów, mam kynofobię, ciągle chcą mnie gryźć!) i nie proszę wzrokiem.
Ale druga część utworu jest wspaniała. Odczuwam podobnie (patrz wpis: Poranna trwoga). Nie zawsze urządzam taki teatr, jak przedstawiłam w tym wpisie, ale mi się zdarza. Wydaje mi się, że nie tylko ja, ale wiele innych osób po prostu nie ma energii, sił, chęci, aby wstać rano. O świcie najczęściej zwijam się w kłębek i nie chcę się budzić, nie chcę wstawać, marzę o śmierci, albo przynajmniej o tym, że jest już wieczór i właśnie zasypiam. Oczywiście prawie wszyscy, ja także, jakoś w końcu się wygrzebują, odrywają od azylu pościeli, przystępują do codziennych rytuałów, do tych pustych obowiązków i jałowego, absurdalnego życia. Ale naprawdę wolałabym pozostać w pozycji embrionalnej pod kołdrą.
Moje życzenia się spełniły, miałam w tym tygodniu niewyobrażalny nawał pracy, lecz teraz wszystko jest gotowe. Powinnam wyjść na ten piekielny skwar, ale się trochę boję…
Ludmyła Taran
Czuję się – coraz częściej -
jak stary pies,
skołtuniony i nieruchawy.
Łzawią psie oczy i zbitym,
niemytym spojrzeniem prosi:
Nie odganiaj…
Tak i ja.
Zanim rozchodzę się
rano,
zanim napłynie
do żył cicha, niedostrzegalna siła -
żeby choć nogi wlec, przesuwać.
A przesunąć się jeszcze ktoś nie puszcza.
Ta niteczka cienka jak pajęczynka -
zwłaszcza w nocy, przed świtem.
Zwinąć się w kłębek, zasnąć jak w dzieciństwie.
Czy się nie budzić?
Przełożyła Anita Kamińska
Komentarz Kornelii: Gorzkosmutny urodzonej w 1954 roku wiersz ukraińskiej poetki i literatki, utwór o nadchodzącej starości, utracie sił witalnych, śmiertelnym znużeniu. Cóż, jak jestem młodsza, chociaż zbliżam się już do czterdziestki. Nie czuję się jak pies (nie cierpię i boję się psów, mam kynofobię, ciągle chcą mnie gryźć!) i nie proszę wzrokiem.
Ale druga część utworu jest wspaniała. Odczuwam podobnie (patrz wpis: Poranna trwoga). Nie zawsze urządzam taki teatr, jak przedstawiłam w tym wpisie, ale mi się zdarza. Wydaje mi się, że nie tylko ja, ale wiele innych osób po prostu nie ma energii, sił, chęci, aby wstać rano. O świcie najczęściej zwijam się w kłębek i nie chcę się budzić, nie chcę wstawać, marzę o śmierci, albo przynajmniej o tym, że jest już wieczór i właśnie zasypiam. Oczywiście prawie wszyscy, ja także, jakoś w końcu się wygrzebują, odrywają od azylu pościeli, przystępują do codziennych rytuałów, do tych pustych obowiązków i jałowego, absurdalnego życia. Ale naprawdę wolałabym pozostać w pozycji embrionalnej pod kołdrą.
Moje życzenia się spełniły, miałam w tym tygodniu niewyobrażalny nawał pracy, lecz teraz wszystko jest gotowe. Powinnam wyjść na ten piekielny skwar, ale się trochę boję…
piątek, 7 sierpnia 2015
Kora wśród asfodeli
Paul Celan
WIECZNOŚĆ starzeje się: w
Cerveteri
asfodele
pytają się nawzajem biało.
Mamlającą chochlą,
z kotłów umarłych,
ponad kamieniem, ponad kamieniem,
nabierają zupy
we wszystkie łóżka
i posłania.
Przełożył Marek Śnieciński
Komentarz Kornelii: Przepiękny, pełen mrocznych symboli wiersz żydowsko-francuskiego poety-samobójcy. Bez wątpienia utwór o śmierci, upadku, przemijaniu. Cerveteri, starożytne Caere, to miasto w Italii, sławne z cmentarzysk etruskich. Tajemniczy lud Etrusków stworzył wspaniałą cywilizację, a jednak pozostały po nim tylko udekorowane freskami posępne grobowce. Wśród cmentarzysk, między kurhanami, kwitną białe asfodele (złotogłów), które dla starożytnych były kwiatami umarłych. Sadzono je na nekropolach jako pokarm dla dusz. Dawni Hellenowie wierzyli, że asfodelowe łąki rozciągają się nad brzegiem Styksu.
Asfodele, symbolizujące żal, smutek i melancholię, pytają się nawzajem, czyli nie wiedzą. Wynika stąd, że w śmierci, podobnie jak w życiu, nie ma żadnego sensu. Nabierają zupy znad kamieni, czyli znad grobowców, z kotłów umarłych, mamlającą chochlą, ostatnie określenie jednoznacznie negatywne, oznaczające moim zdaniem nieuchronność, żałośliwość i marność śmierci. Wieczność starzeje się, nie jest zatem wiecznością, lecz podlega czasowi. Na żadne życie wieczne nie mamy zatem co liczyć (co akurat mi się podoba). Zupa ta trafia „we wszystkie łóżka i posłania”. Każdy z nas zostanie więc potraktowany tym śmiercionośnym pokarmem. Nie ma ucieczki ani nadziei. Wszyscy dołączymy do Etrusków.
Ach, pojadę do Cerveteri, zlegnę na grobowcu etruskim, wypełnię się cydrem i umrę wśród białych kwiatów. Dlaczegoż by nie? Ostatnio mimo erupcji lęku ogólnie w tym roku mniej się boję, odważę się na podróż, zaopatrzę w truciznę, wiem, gdzie w ogrodzie botanicznym rosną odpowiednie rośliny. Jakie to będą nagłówki w mediach, oczywiście przez bardzo krótką chwilę.
Cóż, wiadomo, że tak nie postąpię. Taki kres byłby zbyt teatralny. Ponadto…. Wiadomo, co ponadto… Ale zawsze wolno pomarzyć.
WIECZNOŚĆ starzeje się: w
Cerveteri
asfodele
pytają się nawzajem biało.
Mamlającą chochlą,
z kotłów umarłych,
ponad kamieniem, ponad kamieniem,
nabierają zupy
we wszystkie łóżka
i posłania.
Przełożył Marek Śnieciński
Komentarz Kornelii: Przepiękny, pełen mrocznych symboli wiersz żydowsko-francuskiego poety-samobójcy. Bez wątpienia utwór o śmierci, upadku, przemijaniu. Cerveteri, starożytne Caere, to miasto w Italii, sławne z cmentarzysk etruskich. Tajemniczy lud Etrusków stworzył wspaniałą cywilizację, a jednak pozostały po nim tylko udekorowane freskami posępne grobowce. Wśród cmentarzysk, między kurhanami, kwitną białe asfodele (złotogłów), które dla starożytnych były kwiatami umarłych. Sadzono je na nekropolach jako pokarm dla dusz. Dawni Hellenowie wierzyli, że asfodelowe łąki rozciągają się nad brzegiem Styksu.
Asfodele, symbolizujące żal, smutek i melancholię, pytają się nawzajem, czyli nie wiedzą. Wynika stąd, że w śmierci, podobnie jak w życiu, nie ma żadnego sensu. Nabierają zupy znad kamieni, czyli znad grobowców, z kotłów umarłych, mamlającą chochlą, ostatnie określenie jednoznacznie negatywne, oznaczające moim zdaniem nieuchronność, żałośliwość i marność śmierci. Wieczność starzeje się, nie jest zatem wiecznością, lecz podlega czasowi. Na żadne życie wieczne nie mamy zatem co liczyć (co akurat mi się podoba). Zupa ta trafia „we wszystkie łóżka i posłania”. Każdy z nas zostanie więc potraktowany tym śmiercionośnym pokarmem. Nie ma ucieczki ani nadziei. Wszyscy dołączymy do Etrusków.
Ach, pojadę do Cerveteri, zlegnę na grobowcu etruskim, wypełnię się cydrem i umrę wśród białych kwiatów. Dlaczegoż by nie? Ostatnio mimo erupcji lęku ogólnie w tym roku mniej się boję, odważę się na podróż, zaopatrzę w truciznę, wiem, gdzie w ogrodzie botanicznym rosną odpowiednie rośliny. Jakie to będą nagłówki w mediach, oczywiście przez bardzo krótką chwilę.
Cóż, wiadomo, że tak nie postąpię. Taki kres byłby zbyt teatralny. Ponadto…. Wiadomo, co ponadto… Ale zawsze wolno pomarzyć.
środa, 5 sierpnia 2015
Chłodna jak lody Syberii
Spacery po wydmach
Kateřina Rudčenková
Mimo że przejęłaś się
gwałtownym odcieniem zieleni,
drzew i traw, i sosnowego zagajnika.
Mimo że przejmowałaś się nostalgią dymu tego lata,
palonej trawy i pieczonych ryb.
Mimo że przejmowałaś się dziećmi,
które, zupełnie jeszcze nie podejrzewając ograniczeń świata,
już wtedy skakały
po kostkach jednego tylko koloru.
Mimo to, pod całym tym przejęciem,
w swoim rozczarowaniu pozostawałaś chłodna
jak lodowa toń w syberyjskiej tundrze.
Odwracałaś się, żeby się upewnić,
że ślady odbite w brzegu są już rozmyte,
rozmyte, nie byłaś. Nie chciałaś być,
już w niczym nie chciałaś się odciskać.
Przełożyła Zofia Bałdyga
Komentarz Kornelii: Melancholijny letni wiersz mojej ulubionej czeskiej poetki, przepisany z tomu „Portret kobiecy w odwróconej perspektywie. 12 poetek z Czech, Słowenii i Ukrainy”. Cóż, pani z utworu przejmuje się światem, przyrodą, dziećmi, które jeszcze nie wiedzą co ich czeka na tym znakomitym świecie,, mimo to jej serce pozostaje zimne. Wydaje mi się to nie do końca logiczne. Jeśli bohaterka się przejmuje, nie może pozostawać „chłodna, jak lodowa toń w syberyjskiej tundrze”. Nie możemy w to uwierzyć. Jeśli się przejmuje, to nie jest zimna, tylko tak udaje, może żeby wiersz wypadł lepiej. Prawdziwa lodowa pustynia w sercu wyklucza jakiekolwiek przejmowanie się.
Ja w każdym razie nie przejmuję się nikim, tylko swoim lękiem, i jestem uczuciową Królową Śniegu. Dzieci tylko mnie drażnią, hałasują wniebogłosy, wbiegają na ścieżki rowerowe. Stało się to, czego się obawiałam. Po rozkosznie chłodnym lipcu przyszedł sierpniowy skwar, a wraz z nim ogromne tłumy. Gdzie chowali się ci wszyscy ludzie, kiedy ich nie było? Trudno o miejsce w tawernie. Po sześciu godzinach na plaży jestem sponiewierana i śmiertelnie znużona.
Podoba mi się ostatnia część wiersza, z którą mogę jednoznacznie i w pełni się utożsamić.
Odwracałaś się, żeby się upewnić,
że ślady odbite w brzegu są już rozmyte,
rozmyte, nie byłaś. Nie chciałaś być,
już w niczym nie chciałaś się odciskać.
Ach, ja też nie chcę być, nie chcę zostawiać śladów, ani w niczym się odciskać.
Ale cóż można w mojej sytuacji uczynić?
Mam nadzieję, że dziś dostanę jakąś pracę, bo oszaleję. Kiedy wreszcie nadejdzie listopad???!!!!!
Kateřina Rudčenková
Mimo że przejęłaś się
gwałtownym odcieniem zieleni,
drzew i traw, i sosnowego zagajnika.
Mimo że przejmowałaś się nostalgią dymu tego lata,
palonej trawy i pieczonych ryb.
Mimo że przejmowałaś się dziećmi,
które, zupełnie jeszcze nie podejrzewając ograniczeń świata,
już wtedy skakały
po kostkach jednego tylko koloru.
Mimo to, pod całym tym przejęciem,
w swoim rozczarowaniu pozostawałaś chłodna
jak lodowa toń w syberyjskiej tundrze.
Odwracałaś się, żeby się upewnić,
że ślady odbite w brzegu są już rozmyte,
rozmyte, nie byłaś. Nie chciałaś być,
już w niczym nie chciałaś się odciskać.
Przełożyła Zofia Bałdyga
Komentarz Kornelii: Melancholijny letni wiersz mojej ulubionej czeskiej poetki, przepisany z tomu „Portret kobiecy w odwróconej perspektywie. 12 poetek z Czech, Słowenii i Ukrainy”. Cóż, pani z utworu przejmuje się światem, przyrodą, dziećmi, które jeszcze nie wiedzą co ich czeka na tym znakomitym świecie,, mimo to jej serce pozostaje zimne. Wydaje mi się to nie do końca logiczne. Jeśli bohaterka się przejmuje, nie może pozostawać „chłodna, jak lodowa toń w syberyjskiej tundrze”. Nie możemy w to uwierzyć. Jeśli się przejmuje, to nie jest zimna, tylko tak udaje, może żeby wiersz wypadł lepiej. Prawdziwa lodowa pustynia w sercu wyklucza jakiekolwiek przejmowanie się.
Ja w każdym razie nie przejmuję się nikim, tylko swoim lękiem, i jestem uczuciową Królową Śniegu. Dzieci tylko mnie drażnią, hałasują wniebogłosy, wbiegają na ścieżki rowerowe. Stało się to, czego się obawiałam. Po rozkosznie chłodnym lipcu przyszedł sierpniowy skwar, a wraz z nim ogromne tłumy. Gdzie chowali się ci wszyscy ludzie, kiedy ich nie było? Trudno o miejsce w tawernie. Po sześciu godzinach na plaży jestem sponiewierana i śmiertelnie znużona.
Podoba mi się ostatnia część wiersza, z którą mogę jednoznacznie i w pełni się utożsamić.
Odwracałaś się, żeby się upewnić,
że ślady odbite w brzegu są już rozmyte,
rozmyte, nie byłaś. Nie chciałaś być,
już w niczym nie chciałaś się odciskać.
Ach, ja też nie chcę być, nie chcę zostawiać śladów, ani w niczym się odciskać.
Ale cóż można w mojej sytuacji uczynić?
Mam nadzieję, że dziś dostanę jakąś pracę, bo oszaleję. Kiedy wreszcie nadejdzie listopad???!!!!!
wtorek, 4 sierpnia 2015
Ostatnie kroki w ciemność
Kroki
Lars Gustafsson
Kroki, ostatnie kroki
w ciemność, wydają się ciężkie.
Coś, może ropucha,
budzi się w trawie.
Poza tym nic takiego.
Wiatr słabnie.
Niedawno było nas tu wielu.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
****
Komentarz Kornelii: Krótki, ale wstrząsający wiersz urodzonego w 1936 roku szwedzkiego poety i eseisty Larsa Gustafssona. Utwór niewątpliwie o odchodzeniu, gaśnięciu, umieraniu. Stopniowe żegnanie się z życiem jest straszne, budzące grozę, człowiek odchodzi ciężkimi krokami, niechętnie. Podąża w ciemność – nie ma żadnej nadziei. Coś, może ropucha budzi się w trawie – czy to odzywa się czarne sumienie, przypominające żałosny bilans ziemskiej egzystencji? Wiatr słabnie – dopala się lampa życia. A wielu innych odeszło przed nami.
Cóż mogę powiedzieć – na samą myśl o rzeczach ostatecznych drżę ze strachu jak liść w wichurze. Nie osiągnęłam jeszcze starości, ale wielu osób, które w jakimś sensie były mi bliskie, już nie ma. Moja ropucha codziennie skrzeczy przeraźliwie – zwłaszcza wieczorem i rano. Usiłuję ją uśpić – wczoraj wysączyłam cztery duże szklanki cydru i piwo z wiśniami. Usiłuję nie zastanawiać się, co na mnie czeka w ciemnościach.
Przepisałam z tomiku „Dziwne drobne przedmioty”, za który z płaczącym sercem zapłaciłam 32,90 zł. Podaję ceny książek z różnych przyczyn, także dlatego, że targana lękiem przed nędzą jestem zaprzysięgłym skąpiradłem, a także pozuję na zblazowaną snobkę i właściwie częściowo nią jestem. Ponadto przez ten blog stawiam sobie elektroniczny pomnik nagrobny (patrz wpisy: Exegi monumentum oraz Epitafium dla samej siebie) i nie mogę teoretycznie wykluczyć, że pewnego dnia, czytając fragment tego autoepitafium wirtualny przechodzień pomyśli: „Ta Kora była jednak szlachetna, wielkoduszna i zdolna do bolesnych poświęceń – wydała 32,90 zł na tomik wierszy i dzięki niej możemy sobie poczytać melancholijny utwór szwedzkiego wajdeloty Gustafssona – a mogła przecież kupić za te pieniądze fląderkę z porannego połowu i dwa kieliszki białego, chłodnego wina”.
Lars Gustafsson
Kroki, ostatnie kroki
w ciemność, wydają się ciężkie.
Coś, może ropucha,
budzi się w trawie.
Poza tym nic takiego.
Wiatr słabnie.
Niedawno było nas tu wielu.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
****
Komentarz Kornelii: Krótki, ale wstrząsający wiersz urodzonego w 1936 roku szwedzkiego poety i eseisty Larsa Gustafssona. Utwór niewątpliwie o odchodzeniu, gaśnięciu, umieraniu. Stopniowe żegnanie się z życiem jest straszne, budzące grozę, człowiek odchodzi ciężkimi krokami, niechętnie. Podąża w ciemność – nie ma żadnej nadziei. Coś, może ropucha budzi się w trawie – czy to odzywa się czarne sumienie, przypominające żałosny bilans ziemskiej egzystencji? Wiatr słabnie – dopala się lampa życia. A wielu innych odeszło przed nami.
Cóż mogę powiedzieć – na samą myśl o rzeczach ostatecznych drżę ze strachu jak liść w wichurze. Nie osiągnęłam jeszcze starości, ale wielu osób, które w jakimś sensie były mi bliskie, już nie ma. Moja ropucha codziennie skrzeczy przeraźliwie – zwłaszcza wieczorem i rano. Usiłuję ją uśpić – wczoraj wysączyłam cztery duże szklanki cydru i piwo z wiśniami. Usiłuję nie zastanawiać się, co na mnie czeka w ciemnościach.
Przepisałam z tomiku „Dziwne drobne przedmioty”, za który z płaczącym sercem zapłaciłam 32,90 zł. Podaję ceny książek z różnych przyczyn, także dlatego, że targana lękiem przed nędzą jestem zaprzysięgłym skąpiradłem, a także pozuję na zblazowaną snobkę i właściwie częściowo nią jestem. Ponadto przez ten blog stawiam sobie elektroniczny pomnik nagrobny (patrz wpisy: Exegi monumentum oraz Epitafium dla samej siebie) i nie mogę teoretycznie wykluczyć, że pewnego dnia, czytając fragment tego autoepitafium wirtualny przechodzień pomyśli: „Ta Kora była jednak szlachetna, wielkoduszna i zdolna do bolesnych poświęceń – wydała 32,90 zł na tomik wierszy i dzięki niej możemy sobie poczytać melancholijny utwór szwedzkiego wajdeloty Gustafssona – a mogła przecież kupić za te pieniądze fląderkę z porannego połowu i dwa kieliszki białego, chłodnego wina”.
sobota, 1 sierpnia 2015
Kora wyjałowiona strachem
Antygona
(fragment)
Barbara Korun
*
Strach
rośnie we mnie i wyjaławia mnie.
Moja talia staje się coraz cieńsza.
Chyży zając lęku
przebiega po po moich piersiach,
długa biała sierść
zatyka moje nozdrza,
aż nie mogę oddychać.
Wpada na kruche
szklane nici
trzymające nade mną
ziemiste niebo.
Łamie się cienkim,
mlecznym dźwiękiem,
a na mnie spadają ciężkie,
czarne płachty nieba.
(Ismena)
Przełożyła ze słoweńskiego Agnieszka-Będkowska-Kopczyk
Komentarz Kornelii: Przepisałam z tomu: „Portret kobiecy w odwróconej perspektywie. 12 poetek z Czech, Słowenii i Ukrainy. (39 złotych!). Nie jest tak, że preferuję twórczynie. Niekiedy wydaje mi się nawet, że poezja pióra mężczyzn jest bardziej zbliżona do sfer spirytualnych, mniej fizjologiczna i nie tak śmiesznie uczuciowa. Kupiłam to, co było w ofercie księgarni. Wcześniej zamierzałam się nawet pochwalić, że w ostatnich miesiącach poziom lęku znacznie mi spadł, i to bez poważniejszych działań z mojej strony. Brałam tylko melatoninę na sen, piłam różne herbatki ziołowe. Ostatnio jednak znowu porywają mnie fale trwogi, zwłaszcza nad ranem:
i na mnie spadają ciężkie,
czarne płachty nieba.
(fragment)
Barbara Korun
*
Strach
rośnie we mnie i wyjaławia mnie.
Moja talia staje się coraz cieńsza.
Chyży zając lęku
przebiega po po moich piersiach,
długa biała sierść
zatyka moje nozdrza,
aż nie mogę oddychać.
Wpada na kruche
szklane nici
trzymające nade mną
ziemiste niebo.
Łamie się cienkim,
mlecznym dźwiękiem,
a na mnie spadają ciężkie,
czarne płachty nieba.
(Ismena)
Przełożyła ze słoweńskiego Agnieszka-Będkowska-Kopczyk
Komentarz Kornelii: Przepisałam z tomu: „Portret kobiecy w odwróconej perspektywie. 12 poetek z Czech, Słowenii i Ukrainy. (39 złotych!). Nie jest tak, że preferuję twórczynie. Niekiedy wydaje mi się nawet, że poezja pióra mężczyzn jest bardziej zbliżona do sfer spirytualnych, mniej fizjologiczna i nie tak śmiesznie uczuciowa. Kupiłam to, co było w ofercie księgarni. Wcześniej zamierzałam się nawet pochwalić, że w ostatnich miesiącach poziom lęku znacznie mi spadł, i to bez poważniejszych działań z mojej strony. Brałam tylko melatoninę na sen, piłam różne herbatki ziołowe. Ostatnio jednak znowu porywają mnie fale trwogi, zwłaszcza nad ranem:
i na mnie spadają ciężkie,
czarne płachty nieba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)