Lalka
Vera Żybul
Gdy po raz pierwszy
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Bardzo mnie to zabolało,
Więc i krzyczałam niemało.
Gdy po raz drugi
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Nie bolało już tak nieznośnie.
Krzyczałam prawie bezgłośnie.
Gdy po raz trzeci
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Już mnie wcale nie bolało
Jak gdyby kręcili za mało,
Jakby gilgotali tylko.
Zaśmiałam się przez chwilkę.
Gdy po raz czwarty
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Już mi się wszyscy wielce znudzili!
Wiec powiedziałam, by się odczepili.
Co było dalej – nie pamiętam…
Gdy po raz enty
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Zrozumiałam: to kluczyk
A oni ode mnie czego chcą.
Lecz ja przecież nic nie czułam.
Ktoś, słyszałam, powiedział,
Że się chyba zepsułam.
Myślałam, że mnie zniszczą,
Że urwą mi głowę,
Lub przepołowią na połowę.
A oni mnie po prostu poznali z piwnicą
I w niej teraz żyję sobie.
Przełożyła z białoruskiego Katarzyna Kwiatkowska
piątek, 21 sierpnia 2015
środa, 19 sierpnia 2015
Wszystko jest maską pośmiertną
Umbra vitae
Georg Heym
Wszystko jest puste, jest maską pośmiertną,
Która się tłucze i nic nie ma w środku.
Ni tchu, ni krwi, czerepy tylko dźwięczą.
I wielki pająk przędzie nić stokrotną.
Głuche jak lochy biegną korytarze,
Wędrowiec próżno szuka zbawczej lampy,
I tylko z góry zamajaczy czasem
W ponurej ciszy promyk światła blady.
I coraz ciemniej miasta napierają,
Pełne izb niskich i komórek ciasnych.
I nieba śmierci pochmurną nawałą
Wiszą wokoło krańców ulic martwych.
Głuchy i stojąc w zbutwiałym powietrzu
Kurczy się świat, co grobów już nie mieści,
Wsparte o groby leżą ciemne wieńce
Od tych, co przyszli tu pełni boleści.
Tutaj na klombie były kiedyś kwiaty,
Co zwiędły potem, bo ich czas pomarniał.
Za nimi pola, gdzie poschnęły trawy,
I wiatry na nich uwiły swe gniazda.
Opustoszałe mosty widać w dali
I rzeka płynie do późnego kresu.
Rybak sieć ciągnie w kierunku przystani,
Co dawno stoi na umarłym brzegu.
Przełożył Andrzej Lam
Georg Heym
Wszystko jest puste, jest maską pośmiertną,
Która się tłucze i nic nie ma w środku.
Ni tchu, ni krwi, czerepy tylko dźwięczą.
I wielki pająk przędzie nić stokrotną.
Głuche jak lochy biegną korytarze,
Wędrowiec próżno szuka zbawczej lampy,
I tylko z góry zamajaczy czasem
W ponurej ciszy promyk światła blady.
I coraz ciemniej miasta napierają,
Pełne izb niskich i komórek ciasnych.
I nieba śmierci pochmurną nawałą
Wiszą wokoło krańców ulic martwych.
Głuchy i stojąc w zbutwiałym powietrzu
Kurczy się świat, co grobów już nie mieści,
Wsparte o groby leżą ciemne wieńce
Od tych, co przyszli tu pełni boleści.
Tutaj na klombie były kiedyś kwiaty,
Co zwiędły potem, bo ich czas pomarniał.
Za nimi pola, gdzie poschnęły trawy,
I wiatry na nich uwiły swe gniazda.
Opustoszałe mosty widać w dali
I rzeka płynie do późnego kresu.
Rybak sieć ciągnie w kierunku przystani,
Co dawno stoi na umarłym brzegu.
Przełożył Andrzej Lam
wtorek, 18 sierpnia 2015
Nadzieja na koniec świata
Katalog zaginionych miast
Lavinia Greenlaw
Zaczęło się od polarnych czap lodowych.
Niezauważalny wzrost temperatury, i już było
po ciszy. Australijski obszar Antarktydy
sunął po norweskim terytorium zależnym.
Fragmenty gór płynęły chybotliwie,
jęcząc jak pokład z mahoniowych desek.
A potem zaczęły dryfować kontynenty:
Ameryka nacierała ze wszystkich stron.
Cieplejszy klimat sprowadził epidemie i rewolucje.
Narody poznikały, albo zmieniły nazwy,
kiedy granice przesuwały się, to w te, to we w te,
z uporem morskiego przypływu i tak samo groźnie.
Kartografowie zajęli się pocztówkami.
Niewykorzystane płyty drukarskie ostatniego wydania atlasu
skierowano od razu do archiwum. Nieistotne już
kontury, pokryte kurzem, zamknięto w skarbcu,
żeby chronić społeczność przed minioną epoką
i ryzykiem obrania błędnego kierunku.
Morze wzbierało cal po calu, niweczyło linię brzegową,
rozlewało się po dolinach, oblizywało podnóża gór,
gdzie gromadzili się ludzie na wspólne wypominki:
Kalkuta, Tokio, San Francisco,
Wenecja, Amsterdam, Baku,
Aleksandria, Santo Domingo…
Przełożył Jerzy Jarniewicz
***
Komentarz Kornelii: Apokaliptyczny wiersz urodzonej w 1962 roku brytyjskiej poetki. Daję bez kategorii, ponieważ mnie nie zasmucił. Oczywiście jako sceptyczka w globalne ocieplenie nie wierzę. Zamieściłam, albowiem chciałam pokazać, jakie to lęki trapią współczesne twórczynie Albionu, a także, ponieważ, jak wielokrotnie już tu pisałam, pomarzyć zawsze wolno. Marzenia najczęściej kończą się rozczarowaniem. W 2012 roku nadaremnie czekałam na koniec świata, zapisany w kalendarzu Majów. Wygląda na to, że na atomówki niemrawego Putina liczyć nie można. Asteroidy jakoś omijają tę obrzydliwą planetę. Ospałe superwulkany nie chcą wybuchać. Wirus Ebola grasuje tylko w Afryce. Oczywiście każdy może powiedzieć: „Powieś się, Kornelio, i przestań wreszcie marudzić”, tylko, że nie mam odwagi.
Kilka tygodni temu wybitny amerykański klimatolog James Hansen, profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, wieszczył, że w czasie najbliższych 50 lat poziom mórz i oceanów podniesie się o co najmniej 3 metry, przy czym zalane zostanie także polskie wybrzeże. Cóż, oto motywacja, żeby te pół wieku jeszcze potrwać i zobaczyć. Niestety, mam wrażenie, że profesor Hansen opowiada bajki, klimat Ziemi jest nieprzewidywalny, niektórzy zapowiadają nawet nową epokę lodowcową. Ale cóż, moja bujna imaginacja kreuje następującą scenę zagłady: Siedzę sobie w plażowej tawernie i sączę trzecią, nie, może lepiej czwartą, szklankę cydru. Jestem kontenta, ponieważ udało mi się dostać do toalety i nikt mi w tym czasie nie zajął stolika. Piękny, słoneczny dzień, ludzie się opalają za kolorowymi parawanami. Nagle kassandryczna przepowiednia Jamesa Hansena błyskawicznie zaczyna się spełniać. Niebo ciemnieje, zrywa się wichura, na horyzoncie pojawia się czarna ściana wody, która z ogłuszającym rykiem nieubłaganie sunie w stronę lądu. Plażowicze przez chwilę patrzą z niedowierzaniem, po czym, wśród wrzasków i dzikiej paniki, rzucają się do daremnej już ucieczki. Ja po raz ostatni sięgam po szklankę z chłodnym cydrem i zanoszę się srebrnym śmiechem.
Lavinia Greenlaw
Zaczęło się od polarnych czap lodowych.
Niezauważalny wzrost temperatury, i już było
po ciszy. Australijski obszar Antarktydy
sunął po norweskim terytorium zależnym.
Fragmenty gór płynęły chybotliwie,
jęcząc jak pokład z mahoniowych desek.
A potem zaczęły dryfować kontynenty:
Ameryka nacierała ze wszystkich stron.
Cieplejszy klimat sprowadził epidemie i rewolucje.
Narody poznikały, albo zmieniły nazwy,
kiedy granice przesuwały się, to w te, to we w te,
z uporem morskiego przypływu i tak samo groźnie.
Kartografowie zajęli się pocztówkami.
Niewykorzystane płyty drukarskie ostatniego wydania atlasu
skierowano od razu do archiwum. Nieistotne już
kontury, pokryte kurzem, zamknięto w skarbcu,
żeby chronić społeczność przed minioną epoką
i ryzykiem obrania błędnego kierunku.
Morze wzbierało cal po calu, niweczyło linię brzegową,
rozlewało się po dolinach, oblizywało podnóża gór,
gdzie gromadzili się ludzie na wspólne wypominki:
Kalkuta, Tokio, San Francisco,
Wenecja, Amsterdam, Baku,
Aleksandria, Santo Domingo…
Przełożył Jerzy Jarniewicz
***
Komentarz Kornelii: Apokaliptyczny wiersz urodzonej w 1962 roku brytyjskiej poetki. Daję bez kategorii, ponieważ mnie nie zasmucił. Oczywiście jako sceptyczka w globalne ocieplenie nie wierzę. Zamieściłam, albowiem chciałam pokazać, jakie to lęki trapią współczesne twórczynie Albionu, a także, ponieważ, jak wielokrotnie już tu pisałam, pomarzyć zawsze wolno. Marzenia najczęściej kończą się rozczarowaniem. W 2012 roku nadaremnie czekałam na koniec świata, zapisany w kalendarzu Majów. Wygląda na to, że na atomówki niemrawego Putina liczyć nie można. Asteroidy jakoś omijają tę obrzydliwą planetę. Ospałe superwulkany nie chcą wybuchać. Wirus Ebola grasuje tylko w Afryce. Oczywiście każdy może powiedzieć: „Powieś się, Kornelio, i przestań wreszcie marudzić”, tylko, że nie mam odwagi.
Kilka tygodni temu wybitny amerykański klimatolog James Hansen, profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, wieszczył, że w czasie najbliższych 50 lat poziom mórz i oceanów podniesie się o co najmniej 3 metry, przy czym zalane zostanie także polskie wybrzeże. Cóż, oto motywacja, żeby te pół wieku jeszcze potrwać i zobaczyć. Niestety, mam wrażenie, że profesor Hansen opowiada bajki, klimat Ziemi jest nieprzewidywalny, niektórzy zapowiadają nawet nową epokę lodowcową. Ale cóż, moja bujna imaginacja kreuje następującą scenę zagłady: Siedzę sobie w plażowej tawernie i sączę trzecią, nie, może lepiej czwartą, szklankę cydru. Jestem kontenta, ponieważ udało mi się dostać do toalety i nikt mi w tym czasie nie zajął stolika. Piękny, słoneczny dzień, ludzie się opalają za kolorowymi parawanami. Nagle kassandryczna przepowiednia Jamesa Hansena błyskawicznie zaczyna się spełniać. Niebo ciemnieje, zrywa się wichura, na horyzoncie pojawia się czarna ściana wody, która z ogłuszającym rykiem nieubłaganie sunie w stronę lądu. Plażowicze przez chwilę patrzą z niedowierzaniem, po czym, wśród wrzasków i dzikiej paniki, rzucają się do daremnej już ucieczki. Ja po raz ostatni sięgam po szklankę z chłodnym cydrem i zanoszę się srebrnym śmiechem.
niedziela, 16 sierpnia 2015
Zdmuchnięta żądza życia
Marie Lundquist
Pokaż mi swoją twarz
jak wyglądała
zanim śmierć
uszlachetniła rysy
zdmuchując
żądzę życia
mały niebieski płomień
który ogrzał
ziarno pszenicy
wypełnił ci usta
pocałunkami i chlebem
widziałam
białość
której nie da się dotknąć
miękki opór
ścianę chmur
przez którą przejdziesz
aby spać
na łożu ze snów.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
Pokaż mi swoją twarz
jak wyglądała
zanim śmierć
uszlachetniła rysy
zdmuchując
żądzę życia
mały niebieski płomień
który ogrzał
ziarno pszenicy
wypełnił ci usta
pocałunkami i chlebem
widziałam
białość
której nie da się dotknąć
miękki opór
ścianę chmur
przez którą przejdziesz
aby spać
na łożu ze snów.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
czwartek, 13 sierpnia 2015
Kora zdradzona przez noc
Oda do bogini porannego zmęczenia
Lars Gustafsson
Oczywiście, że jest.
Gdyby „tej” nie było – jakaż inna byłaby bogini?
W pradawnej rzeźbie
z taniego wapienia
albo drogiego zielonego malachitu
jest okrągła, prawie kula
zwinięta do wnętrza
trochę jak wystraszony jeż.
Jej wąskie oczy dopuszczają
tylko groźny promień światła,
który mówi jej, że noc,
jej jedyny przyjaciel,
także on ją zdradził.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
***
Komentarz Kornelii – Wspaniały wiersz skandynawskiego poety. Bogini jest potężna – czyż poranne zmęczenie nie jest udziałem milionów ludzi? W zasadzie jestem solipsystką, wyznaję, że poza moją osobą nic nie istnieje, a może także mnie nie ma. Niekiedy wszakże otrząsam się z tego solipsyzmu – tak jak w tej chwili – i myślę o sobie, a także o tych miriadach innych, którzy po nocy, z trwogi przed nadchodzącym dniem, zwijają się w kłębek jak wystraszony jeż. Noc nas zdradziła, bowiem minęła tak szybko. Światło jest groźne, nieprzyjazne, zmusza do zwleczenia się z pościeli. Noce wydłużyły się trochę, ale wciąż są bezlitośnie krótkie, poranne znużenie mnie dręczy, nie mogę spać. Ile razy jeszcze trzeba będzie tak bezsilnie, wśród bólu, żalu i lęku, zwlekać z łóżka? Zmęczenie o świcie jest jak potworna, sina zmora. Budząc się, marzę, że to już zapada noc. Przecież to jakaś powtarzająca się nieustannie tortura. Nie mogę wprost uwierzyć, że jutro znów będzie tak samo.
Lars Gustafsson
Oczywiście, że jest.
Gdyby „tej” nie było – jakaż inna byłaby bogini?
W pradawnej rzeźbie
z taniego wapienia
albo drogiego zielonego malachitu
jest okrągła, prawie kula
zwinięta do wnętrza
trochę jak wystraszony jeż.
Jej wąskie oczy dopuszczają
tylko groźny promień światła,
który mówi jej, że noc,
jej jedyny przyjaciel,
także on ją zdradził.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
***
Komentarz Kornelii – Wspaniały wiersz skandynawskiego poety. Bogini jest potężna – czyż poranne zmęczenie nie jest udziałem milionów ludzi? W zasadzie jestem solipsystką, wyznaję, że poza moją osobą nic nie istnieje, a może także mnie nie ma. Niekiedy wszakże otrząsam się z tego solipsyzmu – tak jak w tej chwili – i myślę o sobie, a także o tych miriadach innych, którzy po nocy, z trwogi przed nadchodzącym dniem, zwijają się w kłębek jak wystraszony jeż. Noc nas zdradziła, bowiem minęła tak szybko. Światło jest groźne, nieprzyjazne, zmusza do zwleczenia się z pościeli. Noce wydłużyły się trochę, ale wciąż są bezlitośnie krótkie, poranne znużenie mnie dręczy, nie mogę spać. Ile razy jeszcze trzeba będzie tak bezsilnie, wśród bólu, żalu i lęku, zwlekać z łóżka? Zmęczenie o świcie jest jak potworna, sina zmora. Budząc się, marzę, że to już zapada noc. Przecież to jakaś powtarzająca się nieustannie tortura. Nie mogę wprost uwierzyć, że jutro znów będzie tak samo.
środa, 12 sierpnia 2015
Milczenie kładzie czarne rękawiczki
Wieczerza
Michael Krüger
Zapiekane karczochy!
Cały wieczór nimi pachnie.
Ludzie chętnie
Zatrzymują się pod oknem
I słuchają brzęku
Widelców.
Modlitwa, potem wszyscy
Dzielą się kurą.
Kiedy rozlano już
Całe wino
I zrobiło się ciemno, milczenie kładzie
Swoje czarne rękawiczki
Na gardłach biesiadników.
Gazowe światełko
Zapalniczki daremnie szuka
Przy stole twarzy tych,
Którzy jeszcze przed chwilą
Czuli się tak dobrze.
Przełożył Tomasz Ososiński
Michael Krüger
Zapiekane karczochy!
Cały wieczór nimi pachnie.
Ludzie chętnie
Zatrzymują się pod oknem
I słuchają brzęku
Widelców.
Modlitwa, potem wszyscy
Dzielą się kurą.
Kiedy rozlano już
Całe wino
I zrobiło się ciemno, milczenie kładzie
Swoje czarne rękawiczki
Na gardłach biesiadników.
Gazowe światełko
Zapalniczki daremnie szuka
Przy stole twarzy tych,
Którzy jeszcze przed chwilą
Czuli się tak dobrze.
Przełożył Tomasz Ososiński
wtorek, 11 sierpnia 2015
Gdy świat taki ciemny
Kristin Berget
Bezsensowny jest sposób w jaki
odwracają twarze
Każdego dnia musimy stworzyć
nowy sposób wypowiadania naszych imion
Nowy sposób oddawania twarzy
Ciemno na świecie gdy
świat taki ciemny
To ja to powiedziałam.
Przełożyła z norweskiego Justyna Czechowska
Bezsensowny jest sposób w jaki
odwracają twarze
Każdego dnia musimy stworzyć
nowy sposób wypowiadania naszych imion
Nowy sposób oddawania twarzy
Ciemno na świecie gdy
świat taki ciemny
To ja to powiedziałam.
Przełożyła z norweskiego Justyna Czechowska
Subskrybuj:
Posty (Atom)