poniedziałek, 26 października 2015
Skarży się niczym wdowa
Leśny wiersz
Harry Martinson
Słońce opuszcza las
poprzez najbardziej na zachód wysuniętą polanę
i powoli stygnie góra.
Drozd śpiewak próbuje wyjaśnić, co się dzieje,
lecz gołąb-siniak, w przystępie melancholii,
skarży się głucho, długo niby wdowa
i skrzydłem pokazuje okraj trzęsawiska,
gdzie słońce się pogrąża powoli, powoli -
Przełożył Janusz B. Roszkowski
***
Komentarz Kornelii: Melancholijny wiersz znakomitego szwedzkiego poety (1904-1974), noblisty , który w bardzo bolesny sposób popełnił samobójstwo, dokonując nożyczkami seppuku. Ostatnie chwile twórcy musiały być potworne. Ja bym tego nie potrafiła. Podobno w Polsce można legalnie kupić cyjanek. Powinnam w przyszłości zakrzątnąć się wokół tej sprawy.
Wiersz smętny, aczkolwiek nie bezdennie depresyjny, dlatego zamieszczam bez kategorii. Wymowa wszakże gorzka – spacer w wieczornym lesie, zapada zmierzch, słońce chyli się ku zachodowi. Można to interpretować jako symbol przemijania ludzkiego życia. Drozd-śpiewak próbuje wyjaśnić, co się dzieje. Z pewnością bezskutecznie. Dla tragizmu i bezsensu ludzkiej egzystencji nie ma wytłumaczenia.
gołąb-siniak, w przystępie melancholii,
skarży się głucho, długo niby wdowa
czyli pozostają nam tylko głuche, jałowe skargi. Nic nie pomogą. Słońce pogrąża się w trzęsawisku, które, jak mniemam, oznacza brak nadziei, a może nawet zapowiada karę za występki i zbrodnie, czekającą na nikczemników w zaświatach.
Aj, niedobrze…
Jestem śmiertelnie utrudzona katorżniczą pracą, mimo to niemal codziennie udaje mi się znaleźć czas na spacer lub rowerową przejażdżkę po jesiennym lesie. Podświadomie szukam trzęsawisk, w których, wśród ponurego pohukiwania puszczyków, mogłabym utonąć. Niestety, podmiejski las jest bezbagienny. Otuchy dodaje mi nieco fakt, że jeszcze raz udało mi się kosztem ogromnych wysiłków doczołgać się do zimowej zmiany czasu. Światła coraz mniej, ciemność otula mnie łagodną opończą, można z czystym sumieniem chować się do łóżka już o godzinie 18. Ale o smutek przyprawiają mnie smagająco słoneczne dni i aberracyjna sytuacja, w której liście nie chcą opadać z drzew. Przemarzły wcześniej na mrozie i mocno trzymają się gałęzi. O tej porze drzewa powinny już być prawie nagie, a sprawy przedstawiają się w sposób wręcz przeciwny. Las jest wciąż jesienno-kolorowy, zielono-złoty, „przepiękny”, dla większości obserwatorów, co tylko przyciąga spacerowiczów i tworzy cierniowy kontrast do mojej piołunowej psyche (postaram się załączyć zdjęcie z dnia dzisiejszego). Gorąco liczę, że te liście w końcu spadną. Ach, gdybym mogła obrócić je w proch i szare próchno swoim martwym oddechem!
Harry Martinson
Słońce opuszcza las
poprzez najbardziej na zachód wysuniętą polanę
i powoli stygnie góra.
Drozd śpiewak próbuje wyjaśnić, co się dzieje,
lecz gołąb-siniak, w przystępie melancholii,
skarży się głucho, długo niby wdowa
i skrzydłem pokazuje okraj trzęsawiska,
gdzie słońce się pogrąża powoli, powoli -
Przełożył Janusz B. Roszkowski
***
Komentarz Kornelii: Melancholijny wiersz znakomitego szwedzkiego poety (1904-1974), noblisty , który w bardzo bolesny sposób popełnił samobójstwo, dokonując nożyczkami seppuku. Ostatnie chwile twórcy musiały być potworne. Ja bym tego nie potrafiła. Podobno w Polsce można legalnie kupić cyjanek. Powinnam w przyszłości zakrzątnąć się wokół tej sprawy.
Wiersz smętny, aczkolwiek nie bezdennie depresyjny, dlatego zamieszczam bez kategorii. Wymowa wszakże gorzka – spacer w wieczornym lesie, zapada zmierzch, słońce chyli się ku zachodowi. Można to interpretować jako symbol przemijania ludzkiego życia. Drozd-śpiewak próbuje wyjaśnić, co się dzieje. Z pewnością bezskutecznie. Dla tragizmu i bezsensu ludzkiej egzystencji nie ma wytłumaczenia.
gołąb-siniak, w przystępie melancholii,
skarży się głucho, długo niby wdowa
czyli pozostają nam tylko głuche, jałowe skargi. Nic nie pomogą. Słońce pogrąża się w trzęsawisku, które, jak mniemam, oznacza brak nadziei, a może nawet zapowiada karę za występki i zbrodnie, czekającą na nikczemników w zaświatach.
Aj, niedobrze…
Jestem śmiertelnie utrudzona katorżniczą pracą, mimo to niemal codziennie udaje mi się znaleźć czas na spacer lub rowerową przejażdżkę po jesiennym lesie. Podświadomie szukam trzęsawisk, w których, wśród ponurego pohukiwania puszczyków, mogłabym utonąć. Niestety, podmiejski las jest bezbagienny. Otuchy dodaje mi nieco fakt, że jeszcze raz udało mi się kosztem ogromnych wysiłków doczołgać się do zimowej zmiany czasu. Światła coraz mniej, ciemność otula mnie łagodną opończą, można z czystym sumieniem chować się do łóżka już o godzinie 18. Ale o smutek przyprawiają mnie smagająco słoneczne dni i aberracyjna sytuacja, w której liście nie chcą opadać z drzew. Przemarzły wcześniej na mrozie i mocno trzymają się gałęzi. O tej porze drzewa powinny już być prawie nagie, a sprawy przedstawiają się w sposób wręcz przeciwny. Las jest wciąż jesienno-kolorowy, zielono-złoty, „przepiękny”, dla większości obserwatorów, co tylko przyciąga spacerowiczów i tworzy cierniowy kontrast do mojej piołunowej psyche (postaram się załączyć zdjęcie z dnia dzisiejszego). Gorąco liczę, że te liście w końcu spadną. Ach, gdybym mogła obrócić je w proch i szare próchno swoim martwym oddechem!
piątek, 23 października 2015
Finał krótkiego życia
Milcząca cykada
Nakagawa Kazumasa
Czy położę ją sobie na dłoni,
czy odwrócę na grzbiet,
cykada nie wydaje głosu;
już brak siły jej krzepkim dotąd skrzydełkom.
Ale choć jest jej ciężko,
choć jest znękana,
i choć tak bardzo cierpi,
na nic nikomu się nie skarży…
Jej ciało mocne i zgrabne koloru stali,
choć dotąd zdrowe, teraz jest już słabe;
ale zatrzepotało czasem skrzydełkami, jakby przebiegło jej coś przez myśl,
i w milczeniu
gotuje się na finał swego krótkiego życia.
Przełożyli Adachi Kazuko, Wiesław Kotański, Tadeusz Śliwiak
Nakagawa Kazumasa
Czy położę ją sobie na dłoni,
czy odwrócę na grzbiet,
cykada nie wydaje głosu;
już brak siły jej krzepkim dotąd skrzydełkom.
Ale choć jest jej ciężko,
choć jest znękana,
i choć tak bardzo cierpi,
na nic nikomu się nie skarży…
Jej ciało mocne i zgrabne koloru stali,
choć dotąd zdrowe, teraz jest już słabe;
ale zatrzepotało czasem skrzydełkami, jakby przebiegło jej coś przez myśl,
i w milczeniu
gotuje się na finał swego krótkiego życia.
Przełożyli Adachi Kazuko, Wiesław Kotański, Tadeusz Śliwiak
czwartek, 22 października 2015
Stare butwiejące łodzie
Zmęczone
Lars Gustafsson
Zmęczone stare łodzie
urywają się z cum przy pierwszym sztormie jesienią
i dryfują
ciężkie, napełnione wodą,
melancholijne,
filozoficznie spokojne,
aż zbutwieją w trzcinach.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
****
Komentarz Kornelii: Przepisałam z tomiku; Dziwne drobne przedmioty, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
Gorzki wiersz wybitnego poety ze Szwecji, piewcy tajemnic przedmiotów, krajobrazów, życia. Utwór smętny, melancholijny, ukazujący przemijanie, zmęczenie, obojętność i śmierć, będący alegorią ludzkiego bytu.
Jesień to znużenie egzystencją, ale także starość, która nie ma już sił, aby opierać się sztormom, czyli trudom i burzom ludzkiej egzystencji. Cumy, a więc równowaga psychiczna, ale także zdrowie fizyczne, doznają zniszczenia.
„napełnione wodą” – woda to złe wspomnienia, ale także czas, odbierający siły witalne. Pozostaje tylko butwienie i czekanie na kres wśród trzcin, na mieliźnie życia.
Cóż, ja uwielbiam jesień, miałam swoje sztormy, utraciłam cumy, unosiłam się w dryfie, a teraz powoli sobie butwieję, o tej melancholijnej porze roku niemal spokojna i chłodno obojętna. Obawiam się, że ten proces gnicia będzie jeszcze trwał długo, ponieważ fizycznie, aczkolwiek nie umysłowo, jestem młoda. Ale może zmaterializuje się jakiś nowotwór zbyt aktywnego i giętkiego w przeszłości języka albo uśpiony wirus HIV.
Lars Gustafsson
Zmęczone stare łodzie
urywają się z cum przy pierwszym sztormie jesienią
i dryfują
ciężkie, napełnione wodą,
melancholijne,
filozoficznie spokojne,
aż zbutwieją w trzcinach.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
****
Komentarz Kornelii: Przepisałam z tomiku; Dziwne drobne przedmioty, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
Gorzki wiersz wybitnego poety ze Szwecji, piewcy tajemnic przedmiotów, krajobrazów, życia. Utwór smętny, melancholijny, ukazujący przemijanie, zmęczenie, obojętność i śmierć, będący alegorią ludzkiego bytu.
Jesień to znużenie egzystencją, ale także starość, która nie ma już sił, aby opierać się sztormom, czyli trudom i burzom ludzkiej egzystencji. Cumy, a więc równowaga psychiczna, ale także zdrowie fizyczne, doznają zniszczenia.
„napełnione wodą” – woda to złe wspomnienia, ale także czas, odbierający siły witalne. Pozostaje tylko butwienie i czekanie na kres wśród trzcin, na mieliźnie życia.
Cóż, ja uwielbiam jesień, miałam swoje sztormy, utraciłam cumy, unosiłam się w dryfie, a teraz powoli sobie butwieję, o tej melancholijnej porze roku niemal spokojna i chłodno obojętna. Obawiam się, że ten proces gnicia będzie jeszcze trwał długo, ponieważ fizycznie, aczkolwiek nie umysłowo, jestem młoda. Ale może zmaterializuje się jakiś nowotwór zbyt aktywnego i giętkiego w przeszłości języka albo uśpiony wirus HIV.
środa, 21 października 2015
I poszliśmy na dno
Dziewica
Paula Meehan
Spójrzmy więc wstecz:
jakiś szczególny księżyc zaplątał się w wierzbach,
a ja zasnęłam głęboko we własnym ciele,
obok notatnik, w nim dziewczęce wiersze
i tyle stron jeszcze do wypełnienia,
i niech będzie róża, i pamięć jej ciernia
i blizna niech będzie na moim udzie, które rozciął cierń
wcześniej tego dnia w zapuszczonym ogrodzie,
kiedy on przyszedł do mnie po raz pierwszy
i uniósł mi spódniczkę,
i poszliśmy na dno, na ziemię.
I pokój niech będzie ze mną,
bo pokoju nie miałam.
Ani wówczas, ani kiedy mijały miesiące.
Przełożył Jerzy Jarniewicz
****
Komentarz Kornelii: Defloracyjny wiersz urodzonej w 1955 roku w Dublinie irlandzkiej poetki, której utwory, naznaczone feministyczną świadomością, skupiają się na kręgu spraw prywatnych. Tekst nie jest absolutnie depresyjny, aczkolwiek, jak mi się wydaje, zasnuwa go aura przygnębienia. Postanowiłam utworzyć dla wierszy opowiadających o dziewictwie osobną kategorię.
Cóż, bohaterka wspomina swą inicjację erotyczną, pożegnanie z czasem i rytuałami dziewczęcości. Pierwszy akt nie pozostawił dobrych wrażeń, utrata niewinności kojarzy się z cierniami, pozostają po niej blizny, prawdziwe, na podrapanych nogach, i te na umyśle.
Panna zdaje sobie sprawę, że pierwszy akt miłości fizycznej oznacza także oderwanie się od świetlistych sfer niebieskich, od świata ducha, żałosny upadek w świat materii:
i uniósł mi spódniczkę,
i poszliśmy na dno, na ziemię.
Inicjacja przyniosła także niepokój i trwogę, zaburzenie wewnętrznej równowagi:
I pokój niech będzie ze mną,
bo pokoju nie miałam.
Ani wówczas, ani kiedy mijały miesiące.
Można powyższe wyznanie interpretować w ten sposób, że udręczona dziewczyna zaszła w ciążę, aczkolwiek w moim przekonaniu oznacza ono po prostu neurozy i napięcia, będące następstwem utraty niewinności. Pierwsze zmysłowe zbliżenie podsyciło lęki przed trudami i zasadzkami życia, mroczną stroną seksualności.
Cóż, do mnie nikt nie przyszedł do zapuszczonego ogrodu, sama zatroszczyłam się o wszystko. Byłam zresztą już osobą dojrzałą, co sprawia, że mój błąd wydaje się jeszcze bardziej niewybaczalny.
Pisałam już o tym wszystkim – po tej politowania godnej defloracji runęłam z gwiezdnego firmamentu na cuchnącą ziemię, na dno, i odtąd było już tylko gorzej.
Ale teraz nie czuję niepokoju. Nie doświadczam niczego. Pustki nie umieją się bać. Od kilku dni chmury otulają ziemię, pada deszcz. Jest mi dobrze, nawet jak wstaję z łóżka, śpię z otwartymi oczyma.
PS. Przeczytałam, że w Australii wśród osób w średnim wieku szaleje epidemia nowotworów gardła i języka. Zdaniem lekarzy, to skutki erotycznych swawoli, pokłosie rewolucji seksualnej. Aj, można się bać… Czy jestem już w średnim wieku? Zapewne nie, w obecnych czasach to jakieś 50 lat. Czy może już dostałam raka języka albo krtani? Zdaje się, że nie…
Ale chwilę, sprawdzę…
Cóż, mam wrażenie, że nie…
Moment, zbadam sprawę jeszcze raz…
Zapewne jeszcze nie…
Ale co będzie potem?
Aj, trzeba było zachowywać się skromnie i powściągliwie…
Ale bryndza…
Paula Meehan
Spójrzmy więc wstecz:
jakiś szczególny księżyc zaplątał się w wierzbach,
a ja zasnęłam głęboko we własnym ciele,
obok notatnik, w nim dziewczęce wiersze
i tyle stron jeszcze do wypełnienia,
i niech będzie róża, i pamięć jej ciernia
i blizna niech będzie na moim udzie, które rozciął cierń
wcześniej tego dnia w zapuszczonym ogrodzie,
kiedy on przyszedł do mnie po raz pierwszy
i uniósł mi spódniczkę,
i poszliśmy na dno, na ziemię.
I pokój niech będzie ze mną,
bo pokoju nie miałam.
Ani wówczas, ani kiedy mijały miesiące.
Przełożył Jerzy Jarniewicz
****
Komentarz Kornelii: Defloracyjny wiersz urodzonej w 1955 roku w Dublinie irlandzkiej poetki, której utwory, naznaczone feministyczną świadomością, skupiają się na kręgu spraw prywatnych. Tekst nie jest absolutnie depresyjny, aczkolwiek, jak mi się wydaje, zasnuwa go aura przygnębienia. Postanowiłam utworzyć dla wierszy opowiadających o dziewictwie osobną kategorię.
Cóż, bohaterka wspomina swą inicjację erotyczną, pożegnanie z czasem i rytuałami dziewczęcości. Pierwszy akt nie pozostawił dobrych wrażeń, utrata niewinności kojarzy się z cierniami, pozostają po niej blizny, prawdziwe, na podrapanych nogach, i te na umyśle.
Panna zdaje sobie sprawę, że pierwszy akt miłości fizycznej oznacza także oderwanie się od świetlistych sfer niebieskich, od świata ducha, żałosny upadek w świat materii:
i uniósł mi spódniczkę,
i poszliśmy na dno, na ziemię.
Inicjacja przyniosła także niepokój i trwogę, zaburzenie wewnętrznej równowagi:
I pokój niech będzie ze mną,
bo pokoju nie miałam.
Ani wówczas, ani kiedy mijały miesiące.
Można powyższe wyznanie interpretować w ten sposób, że udręczona dziewczyna zaszła w ciążę, aczkolwiek w moim przekonaniu oznacza ono po prostu neurozy i napięcia, będące następstwem utraty niewinności. Pierwsze zmysłowe zbliżenie podsyciło lęki przed trudami i zasadzkami życia, mroczną stroną seksualności.
Cóż, do mnie nikt nie przyszedł do zapuszczonego ogrodu, sama zatroszczyłam się o wszystko. Byłam zresztą już osobą dojrzałą, co sprawia, że mój błąd wydaje się jeszcze bardziej niewybaczalny.
Pisałam już o tym wszystkim – po tej politowania godnej defloracji runęłam z gwiezdnego firmamentu na cuchnącą ziemię, na dno, i odtąd było już tylko gorzej.
Ale teraz nie czuję niepokoju. Nie doświadczam niczego. Pustki nie umieją się bać. Od kilku dni chmury otulają ziemię, pada deszcz. Jest mi dobrze, nawet jak wstaję z łóżka, śpię z otwartymi oczyma.
PS. Przeczytałam, że w Australii wśród osób w średnim wieku szaleje epidemia nowotworów gardła i języka. Zdaniem lekarzy, to skutki erotycznych swawoli, pokłosie rewolucji seksualnej. Aj, można się bać… Czy jestem już w średnim wieku? Zapewne nie, w obecnych czasach to jakieś 50 lat. Czy może już dostałam raka języka albo krtani? Zdaje się, że nie…
Ale chwilę, sprawdzę…
Cóż, mam wrażenie, że nie…
Moment, zbadam sprawę jeszcze raz…
Zapewne jeszcze nie…
Ale co będzie potem?
Aj, trzeba było zachowywać się skromnie i powściągliwie…
Ale bryndza…
wtorek, 20 października 2015
Ciało wgniotło dach taksówki
Skok
James Dickey
Wszystko, co mi zostało po Jane Mac Naughton,
To jedna chwila z naszych lekcji tańca.
Była najszybszym biegaczem w siódmej klasie,
Czytam w swych szpargałach, i to nawet wtedy, kiedy chłopcy
Zaczynali wzrostem doganiać dziewczyny,
Lecz to nie biegnącą mam ją w swej pamięci,
Choć pamiętam Frances Lane i Agnes Fraser,
I grubą Betty Lou Black w sztafecie chłopcy przeciwko dziewczynom
Po lekcjach: widocznie biegała
Jak inne dziewczyny, w spódnicach zakasanych tak,
Że wyglądały jakby szarawary,
Lecz tylko się domyślam; ten fragment jej zniknął.
To co pozostało, to chwila, kiedy przyszła
Na doroczny bal naszych lekcji tańca, których nikt nie cierpiał,
A brzeg jej spódnicy był na miejscu stosownym
Dla tak młodej damy, i lekkim lecz dostojnym skokiem
Dotknęła końca jednego z papierowych kół
Wiszących u sufitu dla ozdoby sali po to,
By się przekonać, czy dosięgnie go ręką. Dosięgła,
I dosięgła mnie teraz, zawieszona w pamięci
Na brązowym łańcuchu kruchego papieru, szczupła
I muskularna, o szerokich ustach, tak bardzo chcąca dowieść
Tego, czego dowieść można, kiedy się skacze
W nowej sukni, nowej kobiecości, wśród chłopców,
Których tak łatwo pozostawić w tyle, w kurzu
Obcego namiętnościom boiska. Gdybym więc rzekł,
Że widziałem w gazecie to miejsce, gdzie Jane Mac Naughton Hill,
Matka czworga dzieci, skoczyła z okna
Miejskiego hotelu, i że jej ciało wgniotło
Dach stojącej taksówki, i że bez drżenia
Trzymałem jej zdjęcie, na którym leży w objęciach
Zmiętej jak papier blachy, jakby w trawie,
Jeden but zdjęty od niechcenia, ręce złożone na piersi,
Gdybym tak rzekł, nie uwierzyłbym sobie. Wymyśliłbym
Jakąś rzecz stosowną, że był to tylko zły sen wieku dojrzałego,
Po to, by się przekonać, że ów wieczny proces,
Który jest nieuchronnym błędem tego świata,
Opuszcza jej lekkie, ziemią gardzące stopy
Nagle ociężałe: powiedziałbym, że w zakurzonych piętach
Na boisku pewien chłopak, któremu obojętna była
Szybkość własnej stopy, pochwycił ją i zdradził zarazem
Jane, zostań, gdzie byłaś w mym pierwszym wspomnieniu:
W tym dziwnym zdarzeniu, na tym szkolnym balu.
Niezgrabne ofermy siedzieliśmy w kątach
Wycinając swe kółka z papieru, zanim
Skoczyłaś w swojej nowej sukni
I dotknęłaś końca czegoś, co ja sam zacząłem,
Ponad głowami par potykających się na parkiecie,
Nad podlotkami i gołowąsami wczepionymi w siebie,
Podrygującymi niezdarnie jak niedźwiedzie: Jane, trzymaj się
Tego koła, które wyciąłem dla ciebie-
Moje stopy przygważdża do ziemi
Pył połknięty przed trzydziestu laty -
A ja tymczasem z uwagą oglądam swe dłonie.
Przełożył Tadeusz Sławek
*****
Komentarz Kornelii: W oczywisty sposób posępny utwór, który napisał James Dickey, znakomity amerykański poeta ze stanu Georgia (1923-1997) . Narrator opowiada o swej fascynacji koleżanką szkolną Jane Mac Naughton Hill, znakomitą tancerką, najlepszą biegaczką w siódmej klasie. Niestety, dowiaduje się z gazety, że Jane, już jako osoba dorosła, wybrała śmierć.
Czuje się współwinny tej tragedii:
chłopak… pochwycił ją i zdradził zarazem
Woli patrzeć na swe dłonie, niż na zdjęcie martwego ciała. Niektórzy interpretują to oglądanie własnych dłoni jako gest, podobny do tego, który po umyciu rąk wykonał Poncjusz Piłat.
Bohater zmaga się z dławiącym smutkiem. Zdaje sobie sprawę, że upływ czasu odebrał mu młodość, idealizm i nadzieję:
Moje stopy przygważdża do ziemi
Pył połknięty przed trzydziestu laty
Wydaje mi się, że wymowa tego wiersza jest druzgocząca także z powodu ostrego kontrastu między urodą, dynamiką, energią pełnej sił witalnych uczennicy Jane, wchodzącej właśnie w czas kobiecości, a jej okrutnym końcem.
Nie wiemy, dlaczego ta osoba zdecydowała się na skok z okna miejskiego hotelu. Mniemam, że zabił ją prokreacyjny sukces – z czworgiem dzieci niełatwo wytrzymać. Aczkolwiek nie należy wykluczyć innych przyczyn.
Bohater z pewnością nie ponosi winy za jej śmierć. Nie był jej przecież jej mężem ani przyjacielem, po zakończeniu nauki szkolnej oboje nie mieli ze sobą kontaktu. Jeśli się obwinia, to może tylko jako wrażliwa istota, opłakująca śmierć innej osoby, którą znała w kwiecie jej młodości.
Cóż, nie pamiętam, żebym w szkole była kimś zafascynowana, uciekły mi wspomnienia. Jeśli trawi mnie demencja, tego się nie da zatrzymać. Za to mam o wiele więcej powodów, niż narrator, aby nie patrzeć na zmasakrowane ciało, lecz z uwagą oglądać swe dłonie.
Dni mijają jak minuty, śpię na stojąco, nie potrafię się już zbudzić. Wędrowałam w ogrodzie botanicznym, wiem, gdzie rośnie wawrzynek wilczełyko, ale nie zerwałam.
Przynajmniej dzieci nie mam.
James Dickey
Wszystko, co mi zostało po Jane Mac Naughton,
To jedna chwila z naszych lekcji tańca.
Była najszybszym biegaczem w siódmej klasie,
Czytam w swych szpargałach, i to nawet wtedy, kiedy chłopcy
Zaczynali wzrostem doganiać dziewczyny,
Lecz to nie biegnącą mam ją w swej pamięci,
Choć pamiętam Frances Lane i Agnes Fraser,
I grubą Betty Lou Black w sztafecie chłopcy przeciwko dziewczynom
Po lekcjach: widocznie biegała
Jak inne dziewczyny, w spódnicach zakasanych tak,
Że wyglądały jakby szarawary,
Lecz tylko się domyślam; ten fragment jej zniknął.
To co pozostało, to chwila, kiedy przyszła
Na doroczny bal naszych lekcji tańca, których nikt nie cierpiał,
A brzeg jej spódnicy był na miejscu stosownym
Dla tak młodej damy, i lekkim lecz dostojnym skokiem
Dotknęła końca jednego z papierowych kół
Wiszących u sufitu dla ozdoby sali po to,
By się przekonać, czy dosięgnie go ręką. Dosięgła,
I dosięgła mnie teraz, zawieszona w pamięci
Na brązowym łańcuchu kruchego papieru, szczupła
I muskularna, o szerokich ustach, tak bardzo chcąca dowieść
Tego, czego dowieść można, kiedy się skacze
W nowej sukni, nowej kobiecości, wśród chłopców,
Których tak łatwo pozostawić w tyle, w kurzu
Obcego namiętnościom boiska. Gdybym więc rzekł,
Że widziałem w gazecie to miejsce, gdzie Jane Mac Naughton Hill,
Matka czworga dzieci, skoczyła z okna
Miejskiego hotelu, i że jej ciało wgniotło
Dach stojącej taksówki, i że bez drżenia
Trzymałem jej zdjęcie, na którym leży w objęciach
Zmiętej jak papier blachy, jakby w trawie,
Jeden but zdjęty od niechcenia, ręce złożone na piersi,
Gdybym tak rzekł, nie uwierzyłbym sobie. Wymyśliłbym
Jakąś rzecz stosowną, że był to tylko zły sen wieku dojrzałego,
Po to, by się przekonać, że ów wieczny proces,
Który jest nieuchronnym błędem tego świata,
Opuszcza jej lekkie, ziemią gardzące stopy
Nagle ociężałe: powiedziałbym, że w zakurzonych piętach
Na boisku pewien chłopak, któremu obojętna była
Szybkość własnej stopy, pochwycił ją i zdradził zarazem
Jane, zostań, gdzie byłaś w mym pierwszym wspomnieniu:
W tym dziwnym zdarzeniu, na tym szkolnym balu.
Niezgrabne ofermy siedzieliśmy w kątach
Wycinając swe kółka z papieru, zanim
Skoczyłaś w swojej nowej sukni
I dotknęłaś końca czegoś, co ja sam zacząłem,
Ponad głowami par potykających się na parkiecie,
Nad podlotkami i gołowąsami wczepionymi w siebie,
Podrygującymi niezdarnie jak niedźwiedzie: Jane, trzymaj się
Tego koła, które wyciąłem dla ciebie-
Moje stopy przygważdża do ziemi
Pył połknięty przed trzydziestu laty -
A ja tymczasem z uwagą oglądam swe dłonie.
Przełożył Tadeusz Sławek
*****
Komentarz Kornelii: W oczywisty sposób posępny utwór, który napisał James Dickey, znakomity amerykański poeta ze stanu Georgia (1923-1997) . Narrator opowiada o swej fascynacji koleżanką szkolną Jane Mac Naughton Hill, znakomitą tancerką, najlepszą biegaczką w siódmej klasie. Niestety, dowiaduje się z gazety, że Jane, już jako osoba dorosła, wybrała śmierć.
Czuje się współwinny tej tragedii:
chłopak… pochwycił ją i zdradził zarazem
Woli patrzeć na swe dłonie, niż na zdjęcie martwego ciała. Niektórzy interpretują to oglądanie własnych dłoni jako gest, podobny do tego, który po umyciu rąk wykonał Poncjusz Piłat.
Bohater zmaga się z dławiącym smutkiem. Zdaje sobie sprawę, że upływ czasu odebrał mu młodość, idealizm i nadzieję:
Moje stopy przygważdża do ziemi
Pył połknięty przed trzydziestu laty
Wydaje mi się, że wymowa tego wiersza jest druzgocząca także z powodu ostrego kontrastu między urodą, dynamiką, energią pełnej sił witalnych uczennicy Jane, wchodzącej właśnie w czas kobiecości, a jej okrutnym końcem.
Nie wiemy, dlaczego ta osoba zdecydowała się na skok z okna miejskiego hotelu. Mniemam, że zabił ją prokreacyjny sukces – z czworgiem dzieci niełatwo wytrzymać. Aczkolwiek nie należy wykluczyć innych przyczyn.
Bohater z pewnością nie ponosi winy za jej śmierć. Nie był jej przecież jej mężem ani przyjacielem, po zakończeniu nauki szkolnej oboje nie mieli ze sobą kontaktu. Jeśli się obwinia, to może tylko jako wrażliwa istota, opłakująca śmierć innej osoby, którą znała w kwiecie jej młodości.
Cóż, nie pamiętam, żebym w szkole była kimś zafascynowana, uciekły mi wspomnienia. Jeśli trawi mnie demencja, tego się nie da zatrzymać. Za to mam o wiele więcej powodów, niż narrator, aby nie patrzeć na zmasakrowane ciało, lecz z uwagą oglądać swe dłonie.
Dni mijają jak minuty, śpię na stojąco, nie potrafię się już zbudzić. Wędrowałam w ogrodzie botanicznym, wiem, gdzie rośnie wawrzynek wilczełyko, ale nie zerwałam.
Przynajmniej dzieci nie mam.
poniedziałek, 19 października 2015
Życie jest własną żałobą
Wiosna i jesień
Do małego dziecka
Gerald Manley Hopkins
Małgorzatko, czy cię smuci,
Że las liście złote zrzucił?
Liści, tak jak ludzkich spraw dna,
Umiesz dotknąć myślą – prawda?
Ach, z czasem serce młode
Starsze się stanie, chłodniej
Spojrzy, bez westchnień, bez trenu,
Na liście – las w rozproszeniu;
Lecz też zapłaczesz – wiedząc, czemu.
Mniejsza, jakim zwać je mianem,
Źródła żalu są te same.
Nie ma pojęć, słów, by oddać,
Co wie serce, co duch odgadł:
Że życie jest własną żałobą;
Że płacząc – płaczesz nad sobą.
Przełożył Stanisław Barańczak
Do małego dziecka
Gerald Manley Hopkins
Małgorzatko, czy cię smuci,
Że las liście złote zrzucił?
Liści, tak jak ludzkich spraw dna,
Umiesz dotknąć myślą – prawda?
Ach, z czasem serce młode
Starsze się stanie, chłodniej
Spojrzy, bez westchnień, bez trenu,
Na liście – las w rozproszeniu;
Lecz też zapłaczesz – wiedząc, czemu.
Mniejsza, jakim zwać je mianem,
Źródła żalu są te same.
Nie ma pojęć, słów, by oddać,
Co wie serce, co duch odgadł:
Że życie jest własną żałobą;
Że płacząc – płaczesz nad sobą.
Przełożył Stanisław Barańczak
Subskrybuj:
Posty (Atom)
