środa, 10 lutego 2016

Odrzucone życie

Uległość – wyczekiwanie

Axel Liffner

Dopóki słyszę morze,
żyję.
Lecz z każdym rokiem trzeba,
bym podchodził bliżej.

Niedługo spotkamy się.
Myśl stanie się falą.
Gdy nastąpi spotkanie,
życie i morze pójdą dalej.
Odrzucone z powrotem.

Ulegle idę razem.
Bez szczególnego zadania.
Bez wymagań.

Przełożył Zygmunt Łanowski

Komentarz Kornelii: Melancholijny wiersz poety z chłodnej, mrocznej Szwecji. Bohater zdaje sobie sprawę ze swego przemijania. Słyszy szum morza, które jest dlań symbolem wieczności i śmierci. Każdy rok zbliża do kresu. W końcu życie ucichnie, porwane przez fale, myśli utoną, rozpuszczą się w morskiej pianie.

Mama wróciła ze szpitala, początkowo nawet żwawa, postanowiłam wyrwać się na kilka dni, wyjechałam nad morze. Nie wiem, czy to dobry pomysł – jest za ciepło, aby urzeczywistnić moją dawną koncepcję, tj. w stanie mocnego upojenia winem zamarznąć na plaży. Potrzebuję co najmniej dwóch tygodni, aby się zaaklimatyzować – tak długo być nie mogę, wprawdzie nie odbieram telefonów, aby mi mama zdalnie nie płakała, ale i tak uderzają we mnie stany lekowe jak rozhukane grzywacze. Mogę zwalczyć niepokój, strach cydrem, winem, ale jeśli tak czynię, lęk dławi mnie w nocy – nie ma ucieczki. Długie spacer, zmęczenie, ale nic nie pomaga na sen.

Trudno mi też się oszołomić – lżejsze trunki to teraz dla mnie prawie woda, a jak napiłam się śliwowicy paschalnej (70 procent) to poradzono mi w pubie, abym wzięła taksówkę do domu – i potem całą noc się trzęsłam i tłukłam o ściany. Tak, jak protagonista wiersza marzę, jak moje jestestwo roztapia się w falach, jak wraz z morzem przychodzi kojąca nicość. Ja także:

Ulegle idę razem.
Bez szczególnego zadania.
Bez wymagań.

I nie pragnę już niczego.

wtorek, 9 lutego 2016

Bukiet zmarłych kwiatów

Bukiet

Jacques Prévert

Co robisz dziewczynko
Z tymi kwiatami świeżo zerwanymi

Co tu robisz dziewczyno
Z tymi kwiatami z tymi kwiatami zeschniętymi

Co tu robisz kobieto piękna
Z tymi kwiatami które więdną

Co tu robisz kobieto stara
Z tymi kwiatami już zmarłymi

Czekam na pana.

Przełożyła Ewa Fiszer

poniedziałek, 8 lutego 2016

Bezlitośnie znikać, umierać

W lutym o świcie

György Petri

W miejscu, gdzie był śnieg zmrożony
mokry płot teraz
błyszczy wodniście!

Metrowe sople
sączą się kropliście.

O, powoli, pięknie, bezlitośnie
znikać, umierać.

Podpływa pod okienne szyby
żywa
woda.

Przełożył Jerzy Snopek

piątek, 5 lutego 2016

Mózg oparty o zderzak

Ostatni obraz

Ivo Harák

(N. Holubowi)

odchylone łono, na depresje
podobno pomaga czekolada
kiedy nie da, wóda

:mózg oparty o zderzak
ostatniego pociągu pospiesznego
Praga-Paryż

w górze Orion
a na dole wilgotnieją
podkłady kolejowe

droga jest daleka
ubierz się będzie zimno

za górami Chotěboř
hula śnieg

(pamięci Zdeńka Rykra)

Przełożył z czeskiego Franciszek Nastulczyk

Komentarz Kornelii: Wiersz o samobójstwie. Zdeněk Rykr (1900-15 styczeń 1940), czeski artysta malarz i dziennikarz, rzucił się pod pociąg, aby uniknąć aresztowania przez gestapo. Ale opowieść o losie, który może dotknąć każdego z nas. Niekiedy nie pomaga ratowanie się przed upadkiem w przepaść smutku czekoladą czy nawet wódą. Ale nie polecam nikomu, wręcz przeciwnie. Za życia można sobie przecież wierszy poczytać, pospacerować, cydru napić… Albo spać jak najdłużej, też miło.

czwartek, 4 lutego 2016

Gorzkie żale jętki Kornelii

***

Kateřina Rudčenková

Czemu moje myślenie miałoby wyruszać
na długą pielgrzymkę przyszłości
o której nie będę nic wiedziała?
Niechbym się znowu zgubiła
w lesie dźwięków i głosów i wyszła z nich czysta.
Paraliżuje mnie banalność interpretacji
mojego życia.
Kiedy patrzy się w górę, chmury stoją,
budynek płynie. A ja?
Jętka na osiedlu kostek.

Przełożyła Zofia Bałdyga

*****

Komentarz Kornelii: Błękitnosmutny wiersz mojej ulubionej czeskiej poetki, urodzonej w 1976 roku, której utwory zostały przetłumaczone na 17 języków. Melancholijny, ale przecież nie skąpany deszczem beznadziejności, dlatego zaistnieje bez kategorii (przepisałam z tomu Portret kobiecy z odwróconej perspektywie. 12 poetek z Czech, Słowenii i Ukrainy, zapewne premiera w sieci).

Czemu moje myślenie miałoby wyruszać
na długą pielgrzymkę przyszłości
o której nie będę nic wiedziała?

Cóż, wydaje mi się, że poetka jest zbyt znużona, aby myślec. Ja też nie mam w ogóle sił witalnych, staram się nie myśleć o przyszłości, która jest mroczna i w dłuższej perspektywie przerażająca.

Niechbym się znowu zgubiła
w lesie dźwięków i głosów i wyszła z nich czysta.

Wydaje mi się, że las dźwięków i głosów to labirynt życia. Jak się raz zabrudziło i skalało, o czystości można już tylko pomarzyć. Dlaczego nie zastanowiłam się przed skokiem w materialne grzęzawisko?

Paraliżuje mnie banalność interpretacji
mojego życia.

Niestety, mnie też. Zwykła, banalna, szara bezsensowna egzystencja. Tyle, że prawie wszyscy też taką mają. Ale może nie odbierają tego tak boleśnie? Ależ z całą pewnością nie!

Kiedy patrzy się w górę, chmury stoją,
budynek płynie. A ja?
Jętka na osiedlu kostek.

Oczywiście wszyscy jesteśmy efemerydami, jętkami. Kim byłam sto lat temu? Kim będę za 100 lat? Ale przecież tak naprawdę życie jest zatrważająco długie, trwa i trwa, i ciągnie się i skończyć nie może, a przy tym ta świadomość śmiertelności, która przytłacza i miażdży i od niej wolne są jakże szczęśliwe zwierzęta. Wolałabym być prawdziwą jętką. Ale bryndza…

wtorek, 2 lutego 2016

Kora czyta Heideggera

Jak często, schowałam się pod kołdrą i drżałam ze strachu. Drżałam i drżałam. Postanowiłam, że już stamtąd nie wyjdę, ale, jak zawsze, nie spełniłam swych zamiarów. Przez umysł przetaczała mi się kaskada tragicznych wydarzeń, które mogą spotkać mnie już wkrótce – zwolnią mnie z pracy, mamusia umrze, będę musiała zorganizować pogrzeb, tak się tym przelęknę i zestresuję, że sama też zakończę ziemskie troski i być może trafię do miejsca, w którym trzeba ponieść karę i zapłacić długi. A przedtem będę musiała załatwiać różne sprawy i rozmawiać z ludźmi. A jeszcze wcześniej pójdę do kina i będę cała mokra ze strachu i ktoś mnie dotknie… Jaki horror…Albo jeszcze gorzej – nie uda mi się utrzymać zamknięcia i zsikam się w autobusie…. A może ktoś mnie rozpozna jako zdumiewająco elastyczną gwiazdę filmu erotycznego, nowej wersji „Głębokiego gardła?”?

Czy to nie egzystencjalna groza?!

Postanowiłam wziąć się w karby, poćwiczyć umysł. Najwyższym wysiłkiem wypełzłam z łóżka i sięgnęłam ku półce z książkami. Natrafiłam na mocno zakurzony tom najważniejszego dzieła wnikliwego niemieckiego egzystencjalisty Martina Heideggera „Bycie i czas” z 1927 roku. Powiem otwarcie, nigdy nie udało mi się tego przeczytać, przewędrowałam z niemałym mozołem tylko przez fragmenty, te dotyczące śmierci.

Cóż, Heidegger ostatnio obdzierany jest z legendy. Wielu uznaje, że jego pisma to tylko tworzony pseudofilozoficznym, niezrozumiałym, sztucznie zagmatwanym językiem ekstremalnie banalny bełkot. Wiadomo, że profesor bezwstydnie wysługiwał się hitlerowcom, a z opublikowanych ostatnio jego powojennych dzienników wynika, że pozostał zatwardziałym antysemitą i neonazistą jeszcze przez długie lata.

Inni wszakże bronią profesora z Fryburga jako wytyczającego nowe rubieże ludzkiej myśli uskrzydlonego geniusza.

Usiłowałam skoncentrować się przez kilka minut. Wreszcie zaczęłam czytać:

„Rzucenie w śmierć odsłania się mu (jestestwu) bardziej źródłowo i natarczywie w położeniu trwogi. Trwoga przed śmiercią jest trwogą „przed” najbardziej własną, bezwzględną i nieprześcignioną możnością bycia. .. Trwoga nie jest jakimś dowolnym i przygodnym „słabym” nastrojem jednostki, lecz jako podstawowe położenie jestestwa otwartością na to, że jestestwo jako bycie rzucone egzystuje ku swemu kresowi.”

Cóż, poczułam jak uderza mnie wezbrana fala tej trwogi. Rzuciłam wiekopomne dzieło filozofa-nazisty i znów naciągnęłam kołdrę na głowę. Usiłowałam uspokoić się, rozważając całą sprawę. Nie po raz pierwszy doszłam do konkluzji, iż światopogląd egzystencjalny powinien spotkać się z moim uznaniem. Koniec istnienia, czyli śmierć, to bowiem utonięcie krótkiej, efemerycznej egzystencji w równie bezdennej nicości. Sama egzystencja, okolona nicością, jest tylko przejściem z nicości do nicości. Całokształt bytowania sprowadza się do troski, trwogi i śmierci, niczego nie możemy tu zmienić, pozostaje tylko uległość ślepemu losowi. Ale to przecież tylko iskra w ciemności, która za jedno mgnienie zagaśnie. I nie będzie już żałosnej Kory.

I TO WSZYSTKO SIĘ WRESZCIE SKOŃCZY.

Ale nie udało mi się załagodzić lęku. W końcu skąd ten filozof-hitlerowiec może to wszystko wiedzieć? Pozostaje tylko niepewność. A jeśli po tamtej stronie zamiast nicości czeka jakiś zajadły Ozyrys? Albo bezlitosny archanioł Michał, ważący dusze?

Ale bagno…

Skuliłam się jeszcze bardziej i znów zaczęłam się trząść.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Jak umierają w poniedziałek

Linor Goralik

Jak umierają piątego?
Jak umierają trzeciego?
Jak umierają w pierwszy poniedziałek?
Leżą i myślą: „Dziś wszystkie muzea
zamknięte – dzień sanitarny.
Wszystko nieżywe oczekuje oczyszczenia
i kukły spokojniej patrzą w wieczność,
kiedy strzepnięto miesięczny kurz.”.
Jak umierają koło czwartej –
w porze przedszkolnego podwieczorku?
A przed wiadomościami? A sześć sekund
po dziewiątej wieczór? A pięć sekund? A trzy?
A w tym momencie?
Jakiegoż trzeba kalendarza liturgicznego, żeby nikogo z nas nie przegapić.

Przełożył Zbigniew Dmitroca