Odwiedzając umarłych
Ciarán Carson
Kiedy ją znaleziono,
Z dziąseł sterczał język;
Twarz była koścista,
Palce zaciśnięte na prześcieradle.
Teraz jej skóra wygładziła się
Jak uprana tkanina, na której zmarszczki nikną
Pod sykiem żelazka.
Ubrano ją w czysty len.
Pijemy herbatę z jej najlepszych filiżanek.
Na górze rozplątuje się sznur żałobników;
Schodzi ciotka, stara panna, szlochając miękko
W wykrochmaloną chusteczkę.
Kiedy znoszono jej ciało,
Trumna uwięzła na zakręcie schodów.
Zawahaliśmy się, niezdarni w naszych najlepszych garniturach,
Po czym ruszyliśmy na pomoc i uwolniliśmy ją.
Przełożył Piotr Sommer
niedziela, 15 maja 2016
piątek, 13 maja 2016
Twój krzyk nie obudzi nikogo
**
Jean-Michel Maulpoix
Nigdzie nie znajdziesz stosownego nieba
Ani ziemi co czeka na twoje kości
Ani ciała które cię wyzwoli
Ani duszy w którą mógłbyś się ubrać
Żyjesz w szczelinie
Między garstką prochu a bogami
Włożyłeś palce między drzwi
Twój krzyk nie obudzi nikogo
Przełożyła Krystyna Rodowska
***
Komentarz Kornelii: Wstrząsający wiersz urodzonego w 1952 roku w Montbéliard francuskiego twórcy. Zdecydowanie gorzki, poznawiony nadziei.
Nie znajdziemy ukojenia ani w ziemi ani na niebie, nie przyniesie spokoju hołdowanie materii ani oddawanie się sprawom ducha.
Żyjesz w szczelinie
Między garstką prochu a bogami
Interpretuję to jako uznanie tragedii ludzkiej egzystencji, krótkiego, bezsensownego błysku świadomości między dwoma strefami mroku. Ci bogowie to tylko abstrakcja. Nawet, jeśli poeta uznaje ich istnienie, i tak nic nam nie pomogą, lodowo obojętni.
Włożyłeś palce między drzwi
Twój krzyk nie obudzi nikogo
Ten palec włożony między drzwi to alegoria bogatego w cierpienie ludzkiego życia. Jak dla mnie nie do końca słuszna – w końcu nikt nie wszedł w życie poprzez akt swej świadomości. Ten nasz palec, włożony między drzwi, został wepchnięty tam przez kogoś innego. Nie potrafię rozstrzygnąć, czy przez jakąś pozbawioną dobrego smaku, ironiczno-złośliwą Wyższą Inteligencję czy też na skutek zrządzenia ślepego losu. A może to włożenie oznacza jałowe trwanie przy życiu – tym razem już z własnej woli?
W każdym razie możemy wrzeszczeć, wyć, krzyczeć czy płakać – nic nas nie uratuje. Inne byty są bezradne lub obojętne, jeśli nie wrogie.
Cóż, mogę tylko powiedzieć, że całkowicie się z wymową tego wiersza zgadzam. Dochodzę do konkluzji, że nie ma sensu wyć z rozpaczy, to i tak nie przyniesie ulgi ni ratunku. Ale co pozostaje oprócz wycia?
Przyszło wreszcie trochę chmur, aczkolwiek, jak dla mnie, za mało. Ciśnienie spadło, czekam stęskniona na burze, ulewy i gradobicia.
Jean-Michel Maulpoix
Nigdzie nie znajdziesz stosownego nieba
Ani ziemi co czeka na twoje kości
Ani ciała które cię wyzwoli
Ani duszy w którą mógłbyś się ubrać
Żyjesz w szczelinie
Między garstką prochu a bogami
Włożyłeś palce między drzwi
Twój krzyk nie obudzi nikogo
Przełożyła Krystyna Rodowska
***
Komentarz Kornelii: Wstrząsający wiersz urodzonego w 1952 roku w Montbéliard francuskiego twórcy. Zdecydowanie gorzki, poznawiony nadziei.
Nie znajdziemy ukojenia ani w ziemi ani na niebie, nie przyniesie spokoju hołdowanie materii ani oddawanie się sprawom ducha.
Żyjesz w szczelinie
Między garstką prochu a bogami
Interpretuję to jako uznanie tragedii ludzkiej egzystencji, krótkiego, bezsensownego błysku świadomości między dwoma strefami mroku. Ci bogowie to tylko abstrakcja. Nawet, jeśli poeta uznaje ich istnienie, i tak nic nam nie pomogą, lodowo obojętni.
Włożyłeś palce między drzwi
Twój krzyk nie obudzi nikogo
Ten palec włożony między drzwi to alegoria bogatego w cierpienie ludzkiego życia. Jak dla mnie nie do końca słuszna – w końcu nikt nie wszedł w życie poprzez akt swej świadomości. Ten nasz palec, włożony między drzwi, został wepchnięty tam przez kogoś innego. Nie potrafię rozstrzygnąć, czy przez jakąś pozbawioną dobrego smaku, ironiczno-złośliwą Wyższą Inteligencję czy też na skutek zrządzenia ślepego losu. A może to włożenie oznacza jałowe trwanie przy życiu – tym razem już z własnej woli?
W każdym razie możemy wrzeszczeć, wyć, krzyczeć czy płakać – nic nas nie uratuje. Inne byty są bezradne lub obojętne, jeśli nie wrogie.
Cóż, mogę tylko powiedzieć, że całkowicie się z wymową tego wiersza zgadzam. Dochodzę do konkluzji, że nie ma sensu wyć z rozpaczy, to i tak nie przyniesie ulgi ni ratunku. Ale co pozostaje oprócz wycia?
Przyszło wreszcie trochę chmur, aczkolwiek, jak dla mnie, za mało. Ciśnienie spadło, czekam stęskniona na burze, ulewy i gradobicia.
czwartek, 12 maja 2016
Słońce nad parkingiem cierpienia
Ulotka
Tomas Tranströmer
Cicha wściekłość gryzmoli w głąb po ścianie.
Kwitnie sad, nawołuje kukułka.
To narkoza wiosny. A cicha wściekłość
maluje swe hasła na wspak w garażach.
Widzimy wszystko i nic, ale sterczący jak peryskopy
obsługiwane przez strachliwą załogę podziemia.
To wojna minut. Prażące słońce
stoi nad lazaretem, parkingiem cierpienia.
My żywe gwoździe powbijane w społeczeństwo!
Pewnego dnia oderwiemy się od wszystkiego.
Poczujemy powiew śmierci pod skrzydłami
i będziemy łagodniejsi i drapieżniejsi niż tutaj.
Przełożył Leonard Neuger
***
Komentarz Kornelii: Naprawdę wyborny wiersz wybitnego szwedzkiego poety, laureata Literackiej Nagrody Nobla. Zamieszczam bez kategorii, ponieważ zakończenie jest zbyt optymistyczne:
My żywe gwoździe powbijane w społeczeństwo!
Pewnego dnia oderwiemy się od wszystkiego.
Poczujemy powiew śmierci pod skrzydłami
i będziemy łagodniejsi i drapieżniejsi niż tutaj.
Oznacza to, że mimo wszelkich udręk i bólu naszej egzystencji śmierć skrzydlata przyniesie wybawienie lub ukojenie.
Cóż, pragnę, aby tak było, ale pewności przecież więc nie mogę. Niekiedy dręczy mnie wizja, że po tamtej stronie czeka naprawdę cuchnące bagno i trzeba będzie zapłacić za wszystko. Może również stać się tak, że aberracyjne życie zacznie się od podczątku.
Ale utwór Tomas Tranströmer znalazł moje uznanie, ponieważ zdał mi się jednoznacznie antywiosenny.
Cicha wściekłość gryzmoli w głąb po ścianie.
Kwitnie sad, nawołuje kukułka.
To narkoza wiosny. A cicha wściekłość
maluje swe hasła na wspak w garażach.
Czyli ten jakoby cudowny krzyk budzącej się do życia przyrody tak naprawdę wywołuje cierpienia, powoduje wściekłość i gniew. Garaże to symbol mrocznego smutku – hasła na wspak czyli wściekłość jest płonna i daremna. Jest cicha, ponieważ zdajemy sobie sprawę z jej daremności.
Widzimy wszystko i nic, ale sterczący jak peryskopy
obsługiwane przez strachliwą załogę podziemia.
Rozumiem to tak, że wiosenny czas burzy nam zmysły, zaburza percepcję, podsyca drzemiące w nas strachy i neurozy.
To wojna minut. Prażące słońce
stoi nad lazaretem, parkingiem cierpienia.
Wojna minut, czyli wiosną każda minuta może przyprawić o szaleństwo, skłonić do podjęcia ostatecznej decyzji. Prażące słońce nie daje wytchnienia, przekształca życie w jeden wielki lazaret chorób bolesnych i nieuleczalnych.
Cóż, mogę tylko po raz setny już chyba powiedzieć, że ja wiosną też chodzę wściekła, o wiele bardziej niż zwykle. Po prostu nie mogę znieść palącego kontrastu między tym słonecznym, kwiatowym, młodozielonym światem, a własną mroczną i gnijącą duszą. Tak, odczuwam swe bytowanie jak rozpalony parking cierpienia.
W zasadzie powinnam albo się powiesić albo zaprzestać tych godnych ubolewania jeremiad.
A może rytualne lamenty chronią mnie przed stryczkową solucją? Nie wiem.
Dziś znowu koszmarne słońce. Czuję się jak na Saharze. Podobno mają przyjść chmury i deszcz, ale jak dotąd wciąż tylko ten torturujący blask. Kupiłam wielki barometr i usiłuję wywołać wzrokiem spadek ciśnienia.
Tomas Tranströmer
Cicha wściekłość gryzmoli w głąb po ścianie.
Kwitnie sad, nawołuje kukułka.
To narkoza wiosny. A cicha wściekłość
maluje swe hasła na wspak w garażach.
Widzimy wszystko i nic, ale sterczący jak peryskopy
obsługiwane przez strachliwą załogę podziemia.
To wojna minut. Prażące słońce
stoi nad lazaretem, parkingiem cierpienia.
My żywe gwoździe powbijane w społeczeństwo!
Pewnego dnia oderwiemy się od wszystkiego.
Poczujemy powiew śmierci pod skrzydłami
i będziemy łagodniejsi i drapieżniejsi niż tutaj.
Przełożył Leonard Neuger
***
Komentarz Kornelii: Naprawdę wyborny wiersz wybitnego szwedzkiego poety, laureata Literackiej Nagrody Nobla. Zamieszczam bez kategorii, ponieważ zakończenie jest zbyt optymistyczne:
My żywe gwoździe powbijane w społeczeństwo!
Pewnego dnia oderwiemy się od wszystkiego.
Poczujemy powiew śmierci pod skrzydłami
i będziemy łagodniejsi i drapieżniejsi niż tutaj.
Oznacza to, że mimo wszelkich udręk i bólu naszej egzystencji śmierć skrzydlata przyniesie wybawienie lub ukojenie.
Cóż, pragnę, aby tak było, ale pewności przecież więc nie mogę. Niekiedy dręczy mnie wizja, że po tamtej stronie czeka naprawdę cuchnące bagno i trzeba będzie zapłacić za wszystko. Może również stać się tak, że aberracyjne życie zacznie się od podczątku.
Ale utwór Tomas Tranströmer znalazł moje uznanie, ponieważ zdał mi się jednoznacznie antywiosenny.
Cicha wściekłość gryzmoli w głąb po ścianie.
Kwitnie sad, nawołuje kukułka.
To narkoza wiosny. A cicha wściekłość
maluje swe hasła na wspak w garażach.
Czyli ten jakoby cudowny krzyk budzącej się do życia przyrody tak naprawdę wywołuje cierpienia, powoduje wściekłość i gniew. Garaże to symbol mrocznego smutku – hasła na wspak czyli wściekłość jest płonna i daremna. Jest cicha, ponieważ zdajemy sobie sprawę z jej daremności.
Widzimy wszystko i nic, ale sterczący jak peryskopy
obsługiwane przez strachliwą załogę podziemia.
Rozumiem to tak, że wiosenny czas burzy nam zmysły, zaburza percepcję, podsyca drzemiące w nas strachy i neurozy.
To wojna minut. Prażące słońce
stoi nad lazaretem, parkingiem cierpienia.
Wojna minut, czyli wiosną każda minuta może przyprawić o szaleństwo, skłonić do podjęcia ostatecznej decyzji. Prażące słońce nie daje wytchnienia, przekształca życie w jeden wielki lazaret chorób bolesnych i nieuleczalnych.
Cóż, mogę tylko po raz setny już chyba powiedzieć, że ja wiosną też chodzę wściekła, o wiele bardziej niż zwykle. Po prostu nie mogę znieść palącego kontrastu między tym słonecznym, kwiatowym, młodozielonym światem, a własną mroczną i gnijącą duszą. Tak, odczuwam swe bytowanie jak rozpalony parking cierpienia.
W zasadzie powinnam albo się powiesić albo zaprzestać tych godnych ubolewania jeremiad.
A może rytualne lamenty chronią mnie przed stryczkową solucją? Nie wiem.
Dziś znowu koszmarne słońce. Czuję się jak na Saharze. Podobno mają przyjść chmury i deszcz, ale jak dotąd wciąż tylko ten torturujący blask. Kupiłam wielki barometr i usiłuję wywołać wzrokiem spadek ciśnienia.
poniedziałek, 9 maja 2016
Zgliszcza, dym i popiół
Świadomie
Roza Stamouli
Są chwile, w których myślę, że się uratowałam.
Jednak mylę pamięć z wydarzeniami,
pragnienie ze słowami,
upór z cichym cierpieniem.
Twoją śmierć z radością.
Płomień gaśnie, pamięć pęcznieje.
Są chwile, w których oblężenie trwa,
wszędzie pożar, zgliszcza, dym i popiół.
Są chwile, w których moje wycie
przypomina przerażone echo
zranionego wilka próbującego wyleczyć ranę,
stanąć na nogach, w swojej samotności.
Są tylko chwile…
A myślałam, że się uratowałam.
Przełożył Nikos Chadzinikolau
***
Komentarz Kornelii: Gorzki wiersz nowogreckiej poetki, o której żadnych informacji nie potrafiłam odszukać. Przepisałam z tomiku „Amulet” z 1980 roku, zawierającego wiersze oraz tłumaczenia Nikosa Chadzinikolau. Właściwie poprzedni utwór, pióra Henri Michaux, doskonale, bezlitośnie i dramatycznie mówi wszystko, zamierzałam zatem na nim poprzestać. Cóż mogę bowiem do tego dodać?
Wszystko zostało już powiedziane.
Ostatecznie zdecydowałam, że wstawię jeszcze kilka wierszy, blog będzie jednak stopniowo wygaszany. Nikt nie czyta, ja tylko się starzeję i powtarzam lamentacje z poprzednich wpisów.
Niedobrze przyjmuję te eksplozje wiosny. Miesiąc kwitnących bzów to prawdziwe pasmo tortur. Każdego roku coraz bardziej boli. A przecież w młodości w ogóle nie zauważałam pór roku, żadnych związanych z nimi emocji nie pamiętam. Zapewne obecne pasmo nieszczęść, fobii i neuroz zaczęło się od tej okropnie spływającej materią defloracji. Brrrrr…..
No i jestem sobie neurotyczno-depresyjną wiosenną wdową. Na domiar złego nigdy nie kochałam i nie tęsknię. I nie pamiętam. Ale bryndza.
Wiersz helleńskiej poetki bardzo mi się podoba. Wspaniałe studium cierpienia, samotności, śmierci i daremnych nadziei na ocalenie. Ale iluzje rozwiewają się i pozostaje tylko rozpaczliwe wycie. Tym niemniej ja nigdy nie mam złudzeń, że się uratowałam. Jestem już stracona i tylko trwam, żeby opóźnić.
„mylę twoją śmierć z radością”.
Cóż, raczej nie mylę, wiem, że nie żyją. Nie wierzę, że to naprawdę się stało, ale wystarczy podążyć na cmentarz. Zapewne podświadomie miałam dość tych toksycznych zresztą związków i tak runęła lawina. Czy podświadomie odczuwałam radość, że to już koniec? Nie mogę sobie przypomnieć. Płacz nad otwartym grobem wyszedł mi koncertowo.
Są chwile, w których moje wycie
przypomina przerażone echo
zranionego wilka próbującego wyleczyć ranę,
stanąć na nogach, w swojej samotności.
Cóż, ja też mam chęć sobie powyć, jak już wcześniej wspominałam, tylko, że moje wycie to tylko świadectwo bezgranicznej rozpaczy i lęku, a nie jakiejś próby powstania.
Leżę bezsilnie i obserwuję ziarenka piasku przesypującego się w klepsydrze, powoli lecz nieubłaganie.
No to sobie przynajmniej wirtualne wycie urządzę:
AUUUUUU!! AUUUU!!! AUUUUU!!!
Jak cudnie…
Roza Stamouli
Są chwile, w których myślę, że się uratowałam.
Jednak mylę pamięć z wydarzeniami,
pragnienie ze słowami,
upór z cichym cierpieniem.
Twoją śmierć z radością.
Płomień gaśnie, pamięć pęcznieje.
Są chwile, w których oblężenie trwa,
wszędzie pożar, zgliszcza, dym i popiół.
Są chwile, w których moje wycie
przypomina przerażone echo
zranionego wilka próbującego wyleczyć ranę,
stanąć na nogach, w swojej samotności.
Są tylko chwile…
A myślałam, że się uratowałam.
Przełożył Nikos Chadzinikolau
***
Komentarz Kornelii: Gorzki wiersz nowogreckiej poetki, o której żadnych informacji nie potrafiłam odszukać. Przepisałam z tomiku „Amulet” z 1980 roku, zawierającego wiersze oraz tłumaczenia Nikosa Chadzinikolau. Właściwie poprzedni utwór, pióra Henri Michaux, doskonale, bezlitośnie i dramatycznie mówi wszystko, zamierzałam zatem na nim poprzestać. Cóż mogę bowiem do tego dodać?
Wszystko zostało już powiedziane.
Ostatecznie zdecydowałam, że wstawię jeszcze kilka wierszy, blog będzie jednak stopniowo wygaszany. Nikt nie czyta, ja tylko się starzeję i powtarzam lamentacje z poprzednich wpisów.
Niedobrze przyjmuję te eksplozje wiosny. Miesiąc kwitnących bzów to prawdziwe pasmo tortur. Każdego roku coraz bardziej boli. A przecież w młodości w ogóle nie zauważałam pór roku, żadnych związanych z nimi emocji nie pamiętam. Zapewne obecne pasmo nieszczęść, fobii i neuroz zaczęło się od tej okropnie spływającej materią defloracji. Brrrrr…..
No i jestem sobie neurotyczno-depresyjną wiosenną wdową. Na domiar złego nigdy nie kochałam i nie tęsknię. I nie pamiętam. Ale bryndza.
Wiersz helleńskiej poetki bardzo mi się podoba. Wspaniałe studium cierpienia, samotności, śmierci i daremnych nadziei na ocalenie. Ale iluzje rozwiewają się i pozostaje tylko rozpaczliwe wycie. Tym niemniej ja nigdy nie mam złudzeń, że się uratowałam. Jestem już stracona i tylko trwam, żeby opóźnić.
„mylę twoją śmierć z radością”.
Cóż, raczej nie mylę, wiem, że nie żyją. Nie wierzę, że to naprawdę się stało, ale wystarczy podążyć na cmentarz. Zapewne podświadomie miałam dość tych toksycznych zresztą związków i tak runęła lawina. Czy podświadomie odczuwałam radość, że to już koniec? Nie mogę sobie przypomnieć. Płacz nad otwartym grobem wyszedł mi koncertowo.
Są chwile, w których moje wycie
przypomina przerażone echo
zranionego wilka próbującego wyleczyć ranę,
stanąć na nogach, w swojej samotności.
Cóż, ja też mam chęć sobie powyć, jak już wcześniej wspominałam, tylko, że moje wycie to tylko świadectwo bezgranicznej rozpaczy i lęku, a nie jakiejś próby powstania.
Leżę bezsilnie i obserwuję ziarenka piasku przesypującego się w klepsydrze, powoli lecz nieubłaganie.
No to sobie przynajmniej wirtualne wycie urządzę:
AUUUUUU!! AUUUU!!! AUUUUU!!!
Jak cudnie…
środa, 4 maja 2016
Kornelia już nie może
Mdłości albo czy to śmierć nadchodzi
Henri Michaux
Poddaj się, moje serce.
Walczyliśmy już dość.
Zatrzymaj się, moje życie.
Nie byliśmy tchórzliwi,
Robiliśmy, co się dało.
O moja duszo,
Odchodzisz lub zostajesz, musisz się zdecydować.
Nie obmacuj mi tak narządów,
To z uwagą, to znów z roztargnieniem,
Odchodzisz lub zostajesz,
Musisz się zdecydować.
Ja już nie mogę.
Władcy śmierci,
Nie bluźniłem wam ani nie schlebiałem.
Zlitujcie się nade mną, podróżnym, który odbył już tyle podróży bez bagażu,
Bez pana również, bez bogactw, a sława poszła gdzie indziej.
Jesteście z pewnością potężni i komiczni nad wyraz,
Ulitujcie się nad tym obłąkańcem, który zanim przekroczy barierę, woła już do was
podając swoje nazwisko,
Schwytajcie go w locie,
niech się przystosuje, jeśli to możliwe, do waszych usposobień i waszych obyczajów,
A jeśliście łaskawi go wspomóc, wspomóżcie, proszę was o to.
Przełożył Julian Rogoziński
Henri Michaux
Poddaj się, moje serce.
Walczyliśmy już dość.
Zatrzymaj się, moje życie.
Nie byliśmy tchórzliwi,
Robiliśmy, co się dało.
O moja duszo,
Odchodzisz lub zostajesz, musisz się zdecydować.
Nie obmacuj mi tak narządów,
To z uwagą, to znów z roztargnieniem,
Odchodzisz lub zostajesz,
Musisz się zdecydować.
Ja już nie mogę.
Władcy śmierci,
Nie bluźniłem wam ani nie schlebiałem.
Zlitujcie się nade mną, podróżnym, który odbył już tyle podróży bez bagażu,
Bez pana również, bez bogactw, a sława poszła gdzie indziej.
Jesteście z pewnością potężni i komiczni nad wyraz,
Ulitujcie się nad tym obłąkańcem, który zanim przekroczy barierę, woła już do was
podając swoje nazwisko,
Schwytajcie go w locie,
niech się przystosuje, jeśli to możliwe, do waszych usposobień i waszych obyczajów,
A jeśliście łaskawi go wspomóc, wspomóżcie, proszę was o to.
Przełożył Julian Rogoziński
wtorek, 3 maja 2016
Blade włosy i szare twarze
Dolor
Theodore Roethke
Poznałem nieubłagany smutek ołówków
starannie ułożonych w pudełku, ból bibularza i przycisku,
całą nędzę papieru do pakowania i kleju,
samotność czystych miejsc użyteczności publicznej,
opuszczonych poczekalni, klozetu, tablicy rozdzielczej,
niezmienny patos miednicy i dzbanka,
rytuał maszyny rotacyjnej, spinacza, przecinka,
nie kończące się kopie życia i przedmiotów.
Widziałem kurz ze ścian instytucji,
drobniejszy niż mąka, bardziej niebezpieczny od krzemionki,
opadał prawie niewidoczny w długie popołudnia nudy,
zasnuwając cienką powłoką paznokcie i delikatne brwi,
wygładzając blade włosy, szare, przeciętne twarze.
Przełożył Tadeusz Rybowski
Theodore Roethke
Poznałem nieubłagany smutek ołówków
starannie ułożonych w pudełku, ból bibularza i przycisku,
całą nędzę papieru do pakowania i kleju,
samotność czystych miejsc użyteczności publicznej,
opuszczonych poczekalni, klozetu, tablicy rozdzielczej,
niezmienny patos miednicy i dzbanka,
rytuał maszyny rotacyjnej, spinacza, przecinka,
nie kończące się kopie życia i przedmiotów.
Widziałem kurz ze ścian instytucji,
drobniejszy niż mąka, bardziej niebezpieczny od krzemionki,
opadał prawie niewidoczny w długie popołudnia nudy,
zasnuwając cienką powłoką paznokcie i delikatne brwi,
wygładzając blade włosy, szare, przeciętne twarze.
Przełożył Tadeusz Rybowski
poniedziałek, 2 maja 2016
Zimna żarówka w więzieniu
Późne światła w Minnesota
Ted Kooser
Na końcu towarowego pociągu, który odjechał,
ręka kołysząca latarnię.
Jedyne światła zostawione w miasteczku
to zimno świecąca żarówka w więzieniu
i wysoko w jednym domu
latarka elektryczna na pięć baterii
ciągnąca w dół starą kobietę schodami do klozetu
pośród czerwonych oczu jej kotów.
Przełożył Czesław Miłosz
****
Komentarz Kornelii: Równie krótki jak smętny wiersz urodzonego w 1939 w Nebrasce amerykańskiego poety w wybornym przekładzie naszego noblisty. Wymowa piesni druzgocząco pesymistyczna.
Odjeżdżający pociąg towarowy to symbol przemijającego życia i straconych złudzeń.
ręka kołysząca latarnię
to pożegnanie z nadzieją. Pozostaje tylko zimno święcąca żarówka w więzieniu.
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych ciał, czasu, w który zostaliśmy rzuceni, więźniami zazwyczaj szarych, często druzgoczących okoliczności. Zimne światło oznacza, że na mamy co liczyć na pocieszenie lub ratunek.
Kobieta w mroku z latarką i kotami to alegoria samotności. Zejście do klozetu to także zstąpienie do krainy śmierci lub nawet cuchnącego piekła. Czerwone oczy kotów przypominają o popełnionych przez nas złych uczynkach. Nie ma blasku, nie ma ocalenia.
Cóż, wcześniejszych moich lat nie pamiętam. Wydaje mi się, że byłam spokojniejsza, w przeciwnym wypadku bym pamiętała. Ale teraz jestem uwięziona w mrocznym mieście własnych fobii, lęków, uczuciowego lodu. Światło, jeśli jakieś jaśniało, odjechało w bezkres już dawno. Pozostaje tylko powolne, ale nieustanne, schodzenie do klozetu, czyli do śmierci, a może nawet do miejsca zasłużonej kary. Nie mogę uwierzyć, że przeżyłam i uczyniłam to wszystko. To przecież nie byłam ja. Nie chciałam tego. Nie chciałam.
Wiosna bezlitosna, na szczęście w miarę chłodno. Całą mocą mojej skołatanej duszy przyzywam chmury.
Ted Kooser
Na końcu towarowego pociągu, który odjechał,
ręka kołysząca latarnię.
Jedyne światła zostawione w miasteczku
to zimno świecąca żarówka w więzieniu
i wysoko w jednym domu
latarka elektryczna na pięć baterii
ciągnąca w dół starą kobietę schodami do klozetu
pośród czerwonych oczu jej kotów.
Przełożył Czesław Miłosz
****
Komentarz Kornelii: Równie krótki jak smętny wiersz urodzonego w 1939 w Nebrasce amerykańskiego poety w wybornym przekładzie naszego noblisty. Wymowa piesni druzgocząco pesymistyczna.
Odjeżdżający pociąg towarowy to symbol przemijającego życia i straconych złudzeń.
ręka kołysząca latarnię
to pożegnanie z nadzieją. Pozostaje tylko zimno święcąca żarówka w więzieniu.
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych ciał, czasu, w który zostaliśmy rzuceni, więźniami zazwyczaj szarych, często druzgoczących okoliczności. Zimne światło oznacza, że na mamy co liczyć na pocieszenie lub ratunek.
Kobieta w mroku z latarką i kotami to alegoria samotności. Zejście do klozetu to także zstąpienie do krainy śmierci lub nawet cuchnącego piekła. Czerwone oczy kotów przypominają o popełnionych przez nas złych uczynkach. Nie ma blasku, nie ma ocalenia.
Cóż, wcześniejszych moich lat nie pamiętam. Wydaje mi się, że byłam spokojniejsza, w przeciwnym wypadku bym pamiętała. Ale teraz jestem uwięziona w mrocznym mieście własnych fobii, lęków, uczuciowego lodu. Światło, jeśli jakieś jaśniało, odjechało w bezkres już dawno. Pozostaje tylko powolne, ale nieustanne, schodzenie do klozetu, czyli do śmierci, a może nawet do miejsca zasłużonej kary. Nie mogę uwierzyć, że przeżyłam i uczyniłam to wszystko. To przecież nie byłam ja. Nie chciałam tego. Nie chciałam.
Wiosna bezlitosna, na szczęście w miarę chłodno. Całą mocą mojej skołatanej duszy przyzywam chmury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)