poniedziałek, 30 września 2013

Jak zostałam zdeflorowana V

Dziś wczesnym świtem szary, niemal nocny jeszcze świat otuliła mgła. Zasnute mgielnymi pasmami drzewa wyglądały jak błędne widma. Domy w gęstych obłokach straciły swą zwyczajność, stały się fantomami z przedziwnego snu, w których znalazły schronienie umarłe dusze. Postanowiłam, że wejdę w mgłę, rozproszę się wraz z nią, zagubię w mlecznej poświacie i nikt mnie więcej nie zobaczy. Ale bezlitosne słońce szybko uniosło się wysoko i wypaliło mgielny całun. Kornelia stworzona z mocniejszej, mniej subtelnej substancji okazała się odporna na promienie.





Wczoraj przeczytałam do końca Dzienniki Katherine Mansfield. Zapisały mi się w pamięci te słowa (bez daty): „Nie ma granic ludzkiego cierpienia. Gdy ktoś pomyśli: „Osiągnąłem dno morza – nie zatonę już głębiej”, tonie dalej. I tak jest zawsze”.



K.M. utrwaliła też wiele pogodnych impresji, uczuć i wrażeń. Ja zbieram te najbardziej mroczne.



Może dzięki wejściu we mgłę poczułam się dziś lepiej. Czas więc na następną część defloracyjnej opowieści.





Grzechy zostały zapisane, a długi muszą być spłacone.



**



W jednej chwili oblałam się karminem wstydu. Paląca czerwień z policzków spłynęła na szyję, sparzyła żarem piersi, wydało mi się, że nawet moje stopy płoną. Jak spłoszona łania wskoczyłam do łóżka i zasłoniłam kołdrą aż po oczy.



Sebastian włączył muzykę. Zamierzałam wcześniej go poprosić, aby dokonał defloracji przy dźwiękach jazzu czy może „Czterech pór roku” Vivaldiego. Nie zdobyłam się wszakże na to, uznałam, że muzyka poważna może odebrać mojemu junakowi męską krzepę, bowiem zapewne nigdy przedtem nie słyszał czegoś takiego.



Obecnie jestem zdania, że mojemu rozstaniu z hymenem powinno towarzyszyć Requiem Mozarta. Defloracja wprawiła przecież w ruch lawinę wszystkich moich nieszczęść.



Powinnam była też okazać się bardziej asertywna. Jurny deflorator zgodziłby się na wszystko, bylebym tylko okazała się gotowa mu ulec.



Nowoczesny Sebastian włączył jakieś techno. Pokój wypełniło łomotanie jak z fabryki traktorów nad Kamą, której pracownicy, zagrożeni wysyłką do łagru, mozolą się, by wykonać plan. Przemknęło mi przez umysł, że to stosowne do mojego położenia pseudomuzyczne hałasy. Defloracja ma wiele wspólnego z łomotaniem, młotkowaniem, walcowaniem, trasowaniem, wierceniem, zaś jeśli nie uda mi się powstrzymać westchnień, skarg i narzekań, spowodowanych przez ból penetracji, bębny i wrzaski z głośnika zagłuszą je nader skutecznie.



Ale mimo tej tragikomicznej sytuacji zachowałam resztki godności i dumy. Głosem brzmiącym jak z sarkofagu, tym niemniej stanowczym, przypomniałam pośpiesznie zrzucającemu przyodziewek „partnerowi”, że umówiliśmy się tylko na inwazję waginalną. Gdyby podjął próbę defloracji także moich ust, z całą pewnością w obronie posłużę się zębami. Nie miałam jednak pojęcia, co uczynię, gdyby mój żwawy pitekantrop oszalał i spróbował sforsować także analny pasaż.



Lubieżny niewolnik zmysłów Sebastian ściągnął bokserki i stanął w całej swojej glorii. Jestem pewna, że umyślnie zajął pozycję w świetle lampki, żebym mogła podziwiać i drżeć w oczekiwaniu na cud spełnienia. Męską chwałę nieco minimalizował fakt, że deflorator nie zdjął jednej ze skarpetek.



Podczas przygotowań do dziewczęcego rytuału przejścia przezornie obejrzałam nieco zdjęć i kilka filmów pornograficznych, tak, że mniej więcej wiedziałam, co mnie oczekuje. Mimo to widok, który ujrzałam, wprawił mnie w wielkie osłupienie. Męskość Sebastiana prężyła się, butna i groźna, opleciona żyłami, w których pulsowały zwierzęce moce. Penis zwiastował rozdzieranie, przebijanie i ból, mimo to wydawał mi się groteskowy, pretensjonalny i śmieszny.

Hymenofobia ustąpiła, miałam ochotę wybuchnąć perlistym śmiechem.



Zamiast tego powtórzyłam w umyśle teorie pryncypialnych feministek, zgodnie z którymi penis ukształtowany jest jak broń, przeznaczona do krzywdzenia i maltretowania kobiety, zaś prawdziwa wyznawczyni feministycznej ideologii powinna uprawiać lesbizm. Wyszeptałam zza kołdry głosem przepojonym rezygnacją:



NAJPIERW ZAŁÓŻ GUMKĘ!





Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że dzięki „szczęściu”, które tak wiernie towarzyszy mi w życiu, mogę nie tylko stracić kwiat dziewictwa, ale także otrzymać w darze jakże zjadliwe wirusy HIV lub podobne destrukcyjne drobnoustroje. Wybrałam defloratora czystego i zadbanego, ale w końcu któż to może wiedzieć? Sebastian z pewnością nie był adeptem cnót czystości i umiarkowania.



Równie złowieszczą alternatywą było to, że podczas erotycznej inicjacji zajdę w ciążę – w mojej macicy zagnieździ się wygłodniały embrion. Macica rozedmie się jak balon, będę wymiotować i walczyć z dręczącymi atakami mdłości przez całe dziewięć miesięcy oczekiwania na radości macierzyństwa. Nie potrzeba dodawać, że nie dopuściłabym do tego – wolałabym umrzeć, niż wydać na świat kolejnego niewolnika materii.





Sebastian okazał się pod tym względem człowiekiem godnym zaufania, chociaż jemu od virgo intacta nie groziła złowroga infekcja. Zręcznie nałożył prezerwatywę, cały czas spoglądając na mnie jak lew na konającą ze strachu gazelę.

Prezerwatywa miała znakomicie odzwierciedlający moją sytuację kolor żółty – żółty to barwa zdrady i hańby…





Młodzieniec stał tak, z naprężoną i ogumioną męskością, w jednej skarpetce, jak inkarnacja absurdu. Twarz jego przybrała barwę dobrze ugotowanego buraka, Z kącika ust pociekł mu strumyczek śliny (Może tylko sobie to wyobrażałam, ale jestem gotowa przysiąc, że tak było!). Spostrzegłam w mojej imaginacji, jak szare komórki, inteligencja, umysł, intelekt Sebastiana błyskawicznie wypłynęły z jego mózgu, zostawiając pustą skorupę – wszystkie skupiły się w penisie. Czy powinnam tu powtórzyć banalną prawdę, że w niektórych sytuacjach mężczyzna myśli organem seksualnym?



Ze szczerym żalem muszę wyznać, że deflorator zapewne nigdy nie słyszał o męskiej depilacji czy chociażby kosmetycznych postrzyżynach. Muskularne nogi, klatkę piersiową, a nawet górną część stóp, o miejscu intymnym nie wspomnę, pokrywała mu gęsta szczecina. Mój chwat byłby dumą każdej farmy zwierząt futerkowych. Przypominał pełnego seksualnego zapału szympansa, którym w 97 procentach genetycznie w rzeczy samej był. Jeszcze chwila, a zacznie uderzać się pięściami w piersi i rzuci mi gestem dominującego samca kiść dorodnych bananów…

niedziela, 29 września 2013

Cummings

Dziś będzie prawdziwy wieczór poezji…..

***

Jeśli nie możesz jeść…

Jeśli nie możesz jeść powinnaś

zapalić ale nie mamy
nic do palenia: kochanie
pora już spać
jeśli nie możesz palić powinnaś
Zaśpiewać ale nie mamy
o czy śpiewać: kochanie
pora już spać
jeśli nie możesz śpiewać powinnaś
umrzeć ale nie mamy
Żadnych umierań:

kochanie
pora już spać
jeśli nie możesz umrzeć powinnaś
marzyć ale nie mamy
już o czym marzyć (kochanie
Pora już spać)

*** E.E.Cummings, tłum. Artur Międzyrzecki

Samobójstwo

Z przyczyn, których nie potrafię rozpoznać, nie czuję się dziś dobrze. Nie doświadczam bólu, ale jakiś słony smutek nie pozwala zaczerpnąć oddechu. Zapewne wysokie fale złej energii wznoszą się irracjonalnie.Wyszłam na spacer, ale w ogóle nie miałam siły dostrzec tego, co się wokół mnie dzieje.

Zamieszczę tylko wiersz, który mi się podoba. Kolejną część opowieści defloracyjnej napiszę może wieczorem, albo najpewniej jutro, jak mi będzie lepiej. A oto wiersz:

**

Stewart Conn

Samobójstwo

Mogła rzucić się
Pod pociąg
Na najbliższej stacji, i mógł ją zdjąć
Z toru “człowiek z żelazną sztabą”.

Do wyboru miała gaz,
Zbyt dużą dawkę, nóż
Wbity w żyłę w przypływie pasji.
Zamiast tego samotnie przyleciała

Samolotem, kupiła bilet
Na wyspę i wyruszyła
Na spacer po karłowatym wrzosie
W kierunku Rackwick. Gdzie nagie

Skały najbardziej strome, przekroczyła je.
Znaleziono ją: wszystkie kości
Połamane, miednica wbita w ramiona.
Po co tyle zachodu

Jeśli inne sposoby wydają się prostsze?
Skąd ten nieludzki spokój?
Czy nieuchronnie musiała się tu
Znaleźć czy też, jak u Kareniny, było to sprawą

Nakładania się błędu na błąd
Aż po kres męczarni -
Błaganiem, kiedy spadała,
By można jej było wybaczyć?

sobota, 28 września 2013

Ćwiczę się w umieraniu II

Spacerowałam po jesiennym parku. Miałam na sobie czarne nowe rajstopy, śliczne czarne botki, czarny płaszczyk i czapeczkę w tym samym kolorze. Czarne rajstopy sympatycznie otulały moją bladą skórę. Co chwila zza chmur przedzierało się słońce. Ale byłam bezpieczna. Mam dobry okulary fotochromatyczne, które po dotknięciu promieni słonecznych natychmiast się zaciemniają.



Patrzyłam na drzewa – niektóre już ozłocił wrzesień – inne stały jeszcze w zieleni, leczy była to zieleń ciemniejąca już i sucha, gotowa do umierania. Z niektórych gałęzi opadały liście, jak strącone przez los marzenia.



Przypomniałam sobie słowa Haliny Poświatowskiej:



„„Drzewa umierają inaczej niż ludzie. Drzewa wyglądają tak, jak gdyby cieszyły się własną śmiercią. Wprawdzie potem będzie wiosna i one odkwitną znowu, ale ty wiesz, że nigdy nie można mieć pewności. No i skąd mogą o tym wiedzieć drzewa? Dla nich na pewno każda jesień jest ostatnia…”





Oczywiście widziałam rzeczywistość jak przez taflę wody zamkniętą w szybach akwarium. Jako nierealną, niepoznawalną, tajemniczą. Przez akwarium nie przenikają uczucia.



Ale nie miałam zawrotów głowy, kłopotów z utrzymaniem równowagi i tego uczucia unoszenia się w powietrzu. Kiedy skończyłam 25 lat, przebadano mnie tomografem. Dokonano też punkcji. Obawiałam się, że mam guza mózgu, ale nic nie wykryto. Może mój cichy obłęd i zanik empatii to wynik zaburzeń w chemii mózgu, blokad i błędnych drogowskazów na szlakach neuronów.



W parku szła młoda dziewczyna z pieskiem – była w niebieskich dżinsach, tak mocno pociętych, że spostrzegłam rozległe fragmenty nóg. Zastanawiałam się, jakie ma stopki, starannie ukryte jak przedziwne sekrety w bucikach i skarpetkach.



Wieczorem spokojna, sama  w mieszkaniu. Virginia Woolf pisała, że kobieta jest tylko wtedy wyzwolona, jeśli ma własny pokój. Pokój to symbol własnej przestrzeni do działania i tworzenia. Ja mam własne mieszkanie składające się z jednego pokoju, kuchni i łazienki. To królestwo Kornelii, kupione na kredyt we frankach.

Zamówiłam potężne antywłamaniowe drzwi, stalowe, z łańcuchem, nikt nich nie sforsuje.

Na oknach żaluzje tak gęste, że mogę w każdej chwili zmienić nasycony słońcem dzień w środek grudniowej nocy. Zaczekałam jeszcze, aż zajdzie słońce. Zmęczona nieco pracą, ale rada z bezbólowego dnia, wzięłam długą kąpiel. Po moich okrągłych, prześlicznych kolanach, które wznosiły się z odmętów piany jak czarodziejskie wyspy, spływała kropla po kropli.



Potem skok w pidżamkę i do łóżeczka. Dziś również zamierzałam  ćwiczyć się w umieraniu. Pidżama zakrywa całe ciało, ale nałożyłam też skarpety, aby impulsy odbierane przez gołe stopy nie odbierały mi koncentracji.



Przygotowałam się bardzo starannie – muzyka relaksacyjna – morskie fale. Wprawiłam się w odpowiedni nastrój. Przeczytałam fragment Dzienników K.M.

W 1920 (bez dokładnej daty) autorka „In the German Pension” napisała: …zobaczyłam tęczę. Pociemniała, przejrzała się w morzu, zbladła i znikła. Drobny, przyjemny deszczyk padał po tamtej stronie świata – słaby – słabiutki. Czułam, że życie nie jest niczym więcej”.             

 

Potem przywołałam w myślach krótkie wiersze japońskich poetów o śmierci:



SAIKAKU (1660-1730)

Pożyczę sobie promyk księżyca

na tę podróż

tysiąca mil



SHUSKIKI (1668-1725)

Budzę się i widzę

kolorowy irys

z mego snu





Przemądry Platon nawoływał do ćwiczeń intelektualno-duchowych, mających przygotować człowieka do śmierci. Nauczał, że uprawianie filozofii to tylko troska o to, „aby umrzeć i nie żyć”. Śmierć bowiem jest wyzwoleniem duszy z okowów ciała, śmierć pozwoli nam wreszcie zobaczyć idealne powszechniki i wszelkie rzeczy takimi, jakie naprawdę są. Według Tołstoja, śmierć jest przebudzeniem, które zniszczy egoizm i unicestwi automistyfikację. Ale czy zniszczy także mój bezgraniczny egoizm i przypominający chorobę solipsyzm? Chciałabym, aby tak było. Właściwie już nie chcę żyć.



Moje ćwiczenia w umieraniu są skromniejsze, niż trudy, które w tej materii podjęli filozofowie. Szkolę się tylko w spokojnym, bezbolesnym gaszeniu strumienia świadomości, z jednoczesną absolutną pewnością, że więcej jej nie odzyskam. Nie zobaczę blasku jutrzni, nie umyję więcej zębów i nie usiądę w toalecie, czekając, aż opróżni się pęcherz nabrzmiały zgromadzonym w nocy płynem.



Wyłączyłam światło i muzykę, zagrzebana pod kołdrą, zaczęłam zawężać potok myśli, umiejętnie i stopniowo. Wyobraziłam sobie, jak unoszę się w zielonej wodzie morza, widzę biały piasek plaży i pas niskiego lasu – sosen, których gałęzie fantastycznie poskręcał wiatr. Taki krajobraz, jak na Helu, między miastem Hel a Jastarnią, tylko bardziej bajeczny i nieziemski. Seledynowa woda kołysała mnie do snu, pod chmurą przemknęła mewa, łagodnie szumiały fale. Coraz ciszej i ciszej… I nagle światła zgasły.

Mimo tak wyrafinowanej metody obudziłam się jednak w sobotni poranek i musiałam podążyć do łazienki… 

czwartek, 26 września 2013

Biegnąca narzeczona


Artist: Odd Nerdrum

Style: Neo-baroque

Jak zostałam zdeflorowana IV

Ból złagodniał i odpłynął. Kojący dzień pełen chmur. Jest spokojnie i dobrze. Jaką to inwokację wzniósł do Boga Juliusz Słowacki?





Zapal przynajmniej na śmierć naszą – słońce!



Niechaj dzień wyjdzie z jasnéj niebios bramy,



Niechaj nas przecie widzą – gdy konamy!



**



Ja bym ujęła to inaczej:



Ześlij przynajmniej na śmierć moją – burzę!

Niech ciemna mgła wypłynie z mrocznych niebios bram

Niech nikt nie widzi, jak sama umieram!

Wszystko jedno, w którym mam stąd odejść roku

Chcę skonać samotnie w ciemnych chmur obłoku!!



**

Na początku 1914 roku Katherine Mansfield zapisała: „Wydaje mi się, że gdyby Bóg, otworzywszy dłoń, pozwolił nam na niej trochę potańczyć, a potem zacisnął ją mocno, tak mocno, że nikt nie zdążył nawet krzyknąć…”



**

Wypada przyznać, że K.M. wcześnie została ściśnięta i nie wirowała w tańcu zbyt długo. Zastanawiające, kiedy mnie to spotka. Czekać na zacisk Dłoni czy zeskoczyć z własnej inicjatywy?



**



Nic to! Nieugięta Kornelia przedstawi kolejny odcinek defloracyjnej opowieści.



***

Czułam się, jakby tamponowano mi pochwę kwasem siarkowym. Powietrze wypełnił zapach smażącego się mięsa połączony z dławiącym odorem męskiego potu i taniego wina. Przez ułamek sekundy mój torturowany impulsami udręki mózg wysyłał groteskową myśl: Jak to dobrze, że jestem tak starannie zdepilowana, w przeciwnym razie kwas siarkowy z pewnością wypaliłby mi także włosy.



Zapach mięsa (ale nie potu!!), a także sam żrący związek chemiczny okazały tylko wynikiem mojej napędzanej lękiem imaginacji, lecz koszmarny paroksyzm cierpienia, którzy przeszywał mnie wciąż i wciąż od stóp do głów, był prawdziwy. Rozciągnięta na łóżku daremnie usiłowałam się miotać i wypchnąć z siebie niosącego męczarnie intruza. Deflorator Sebastian przytłaczał jak bezlitosny głaz. Opadał wciąż i wciąż, miażdżył, uderzał, bezlitośnie przygniatał, jak użyty do egzekucji młot pneumatyczny. Za każdym razem fala udręki narastała. Delikatny, nietknięty do tej pory pasaż waginy, brutalnie rozpychany, przewiercany, kaleczony, jakby traktowany kwasem zmienił się w ognisko niewysłowionego bólu.



Próbowałam zrzucić mężczyznę, ból zwielokrotnił moje siły, lecz równie dobrze mogłabym zrzucić hipopotama, ogarniętego szałem rui. Nogi miałam ohydnie rozsunięte tak szeroko, że słyszałam, jak trzeszczą stawy.



Kilka chwil wcześniej mój jurny młodzieniec wciągnął mnie do pokoju. Spostrzegłam przygotowane do umówionej operacji łóżko. Pod nim oczekiwały prania niedbale ukryte bokserki, przypuszczałam, że niezbyt świeże. Na ścianie wisiał plakat Madonny: Just like a Virgin. Pojęłam, że jeśli deflorator okaże krzepę i siłę przebicia, za kilka mrugnięć powieką, po kilku westchnieniach, ja również będę mogła tylko udawać dziewicę.

Kolejna absurdalna myśl jak błyskawice rozświetliła mój umysł: Dlaczego moje imiona nie brzmią KORNELIA WIRGINIA??!





W tym momencie strużki potu przedarły mi się przez majtki i spływały po udach aż do miękkich zgięć za kolanami. Pomyślałam, że konieczna okaże się ucieczka do łazienki. Zamknięta w toalecie, umieszczę jeszcze w mojej drżącej leciutko od trwogi dziewczęcości nieco nawilżacza. A może też wezmę prysznic, aby spłukać pokrywające mnie jeziora potu. Ale wypadki potoczyły się zbyt szybko.



Zgodnie z umową Sebastian przygotował szampana, abym mogła się rozluźnić i łatwiej otworzyć przed jego szturmującą zuchwale męskością. Kieliszki znalazł odpowiednie, szerokie. Poczułam wdzięczność, że nie nalał perlistego trunku do szklanek do piwa czy też nie do końca czystych musztardówek. Skosztowałam i poziom wdzięczności wyraźnie się obniżył. Byłam niemal pewna, że moje pożegnanie z niewinnością ma uczcić Sowietskoje Igristoje z marketu za jakieś godne szacunku 10 zł.



Wychyliłabym zresztą duszkiem nawet wino owocowe, ale nie było mi dane oszołomić się alkoholem. Deflorator tak się śpieszył, aby zobaczyć mą niewinną krew, że wyrwał mi kieliszek z dłoni, zanim naprawdę zdążyłam skosztować. Próbował postawić kieliszek na stole, lecz szkło przewróciło się z brzękiem.





Sowietskoje Igristoje szeroko jak Amazonka rozlało się po szarym obrusie, lecz na nim nie pozostało. Krople wina, które miało ułatwić mi gorzki rytuał przejścia, kapały jak łzy na drewnopodobny panel podłogi.



Sebastian sięgnął po mnie. Zaczął mnie rozbierać. W obawie o całość ubrania nie mogłam na to pozwolić. Chciałam uczynić to sama. W ten sposób oszczędzę sobie obłapiania, dotykania, szczypania, kontaktów z żywą męską materią, których i tak już za chwilę będę miała aż zanadto.



Jestem Kornelia, Pani Lodowców. Na mgnienie oka wyzwoliłam się ze szponów obezwładniającego paraliżu. Odepchnęłam próbujące zrywać ze mnie biały strój ramiona – niestety, wcześniej na podłogę potoczyło się kilka guzików. Rzekłam hardo mniej więcej takie słowa: „Zostaw! Rozbiorę się sama! I natychmiast wyłącz światło, chłopaku! Umawialiśmy się tylko na deflorację, nie na jakiś obłędny striptease!”



Pokazałam heroiczną odwagę, lecz moje wzburzone lękiem serce

kołatało się jak szalone. Piersi skurczyły mi się ze strachu niemal do rozmiaru zerowego, co bynajmniej mnie nie speszyło, albowiem nigdy nie chciałam mieć biustu.



Rozumiałam, że tryskający animalną energią młodzieniec ma przewagę fizyczną. Jeśli zechce się ze mną szarpać i użyje przemocy, będę zdana na jego łaskę. Nie ośmielę się wydać krzyku.



Opiekuńcze duchy dziewic ostatni raz okazały się przychylne. Sebastianek zawahał się, zabrał ręce. Wyłączył główne światła, mruknął z niechęcią coś w rodzaju: „Lampkę zostawię włączoną. Nie mogę, k…, rozdziewiczać takiej przejrzałej dziewczyny po ciemku”.



Na mgnienie oka poraziły mnie jak piorun te obrzydliwe słowa. Sprawnie jednak zrzuciłam buciki, rajstopki, wilgotne w wielu miejscach od potu i żelu, który miał ułatwić penisowi wejście. Rozbierałam się pośpiesznie, żeby deflorator nie miał czasu udzielenia mi w tym pomócy. Po chwili nie miałam już nic, a nic, na sobie. Pierwszy raz życiu stałam obnażona przed mężczyzną.

Ja, prawie 30-latka!



Wcześniej przez wiele lat udało mi się uniknąć tej sytuacji, krępującej, absurdalnej, oznaczającej dla Kory skrajne upokorzenie. Korzystałam wyłącznie z pomocy ginekolożek, a i to bardzo rzadko. Po wyłączeniu światła w pokoju na szczęście panował półmrok, lecz i tak zadrżałam, przejęta palącym jak ogień piekła wstydem…

środa, 25 września 2013

Hochhuth wiedział

bez pracy

bez uczucia

bez siły

bez odwagi

bez potrzeb

bez nadziei

bez woli

bez pragnień

bez marzeń

bez litości

bez oddechu

bez radości

*** Rolf Hochhuth, Śmierć myśliwego

****

Pracę mam, poza tym wszystko się zgadza.