Diane Wakoski
Testament Jennifer
Nie było na świecie niczego bym się nie bała.
Wszystko co żywe
pożerało mnie.
Cienie rzeczywistych przedmiotów są niszczące
jak same przedmioty.
Nienawidzę ich.
Zarówno samych przedmiotów jak i udawanych przez cienie.
Pragnęłam tylko jednej rzeczy:
pięknego konia
i nie mogłam go mieć.
W kartach jest odpowiedź na wszystko,
ale odpowiedź znajdziesz wszędzie, gdzie zasięgasz rady.
Odpowiedź zawarta jest w pytaniu.
Nikt naprawdę nie chce odpowiedzi.
Jedyne o co chciałabym zapytać: czy jest na świecie ktoś taki,
kto boi się mniej ode mnie.
Jeśli jest,
dlaczego ja bałam się tak bardzo?
tłumaczyła Julia Hartwig
czwartek, 10 października 2013
środa, 9 października 2013
Egzotyczne kwiaty czyli poezja i menstruacja
Przepraszam, miałam nie pisać o torturach miesięcznego cyklu, ale nie mogę się powstrzymać. Przyrzekam, że nie będzie długo.
Skronie mi płoną, biją w nich werble i bębny. Usta zmieniają się w słoną pustynię. Tabletki toczą walkę z bólem, z góry przegraną.
Najwyższym wysiłkiem i poprzez nużące starania zachowałam swoją hermetyczność. W chwili przesilenia zamknęłam się znów i firmowej toalecie. Rozważałam, czy nie zablokować kanalizacji za pomocą nabrzmiałych krwią tampaksów, tak, aby znienawidzona korporacja musiała płacić za naprawę, ale rozsądek wziął górę. Kiedy tak przejęta chorobliwym wstrętem sprawdzałam czy dolna część bielizny mimo podjętych środków zaradczych nie zabarwiła się na czerwono, przypomniałam sobie te wersy poetki Anne Sexton:
Nie wiedziałam jaką kobietą zostanę
i że krew będzie kwitnąć we mnie
każdego miesiąca jak egzotyczny kwiat….
***
Ach, taką idealistką i koryfeuszką kobiecości nie jestem. Dla mnie to nie egzotyczny kwiat, ale chwast, oset kolczasty i cuchnący…
Nie chcę być kobietą. Istnienie w męskim ciele także wydaje się tragifarsą. W obecnych genderowych czasach można stać się uniseksem, ale ja po prostu i jednoznacznie nie chcę mieć ciała. Jako adeptka manicheizmu stanowczo wierzę, że proteinowo-wapienna powłoka wraz z wszystkimi swymi absurdalnymi przypadłościami została stworzona przez złośliwego boga lub szyderczego demona.
Czy nie powinnam zburzyć, spalić, pogrzebać więzienia mojej psyche? Trzeba, abym rozcięła proteinowy skafander, w którym tkwi iskra nieśmiertelności.
Jak to napisała Sylvia Plath w „Szklanym kloszu”:
***
Zamknęłam się w łazience, nalałam pełną wannę ciepłej wody i wzięłam do ręki żyletkę. Podobno zapytano kiedyś któregoś z rzymskich filozofów, jak pragnie zakończyć życie, na co ten odpowiedział, że przetnie sobie żyły w ciepłej kąpieli. Postanowiłam więc, że to będzie chyba i dla mnie najlepsze wyjście. Położę w wannie, popatrzę na czerwoną posokę płynącą z moich żył, aż krew pięknie zabarwi czystą wodę, a potem zasnę sobie spokojnie pod powierzchnią, falującą jak łan maków.
***
Ale tak przecież nie postąpię. Nie ma we mnie gorącej autoagresji czy nieustannego cierpienia, lecz tylko obojętność, sen i lód. Naśladowanie wzorów literackich bez psychicznej konieczności czy emocjonalnych fundamentów byłoby czystym błazeństwem. I poetką też nie jestem.
Iskierka boskości imieniem Kornelia zapewne będzie długo jeszcze kołatać się zamknięta w niedoskonałym i kruszącym się z upływem lat skafandrze, czekając na uwolnienie. Teraz herbata z jaśminu z pewnością przyniesie ulgę. Potem utonę w turkusowym jeziorze snu.
Nie wątpię, że odpowiednim na kres tego dnia będzie wiersz, który Gottfried Benn napisał także o mnie:
Skryj się
Skryj się za maskami i szminką,
mrugaj jakby ci coś do oka wpadło,
niech twe istnienie, twój upadek
nie odbija się w owalu twarzy.
W ostatnim świetle mijanie posępnych ogrodów,
z pożarów i nocy nieba rumowisko –
ukryj, zasłoń swe łzy i nieczułość,
ciało nie może wiedzieć, kto sprawił to wszystko.
Rozłupanie, rozdarcie, przemianę
ziarenka, w którym zniszczenie wzbiera
ukryj, spraw, by dalekie śpiewania
dobiegały z gondoli, którą ktoś dostrzega.
** Tłumaczył Krzysztof Karasek
Skronie mi płoną, biją w nich werble i bębny. Usta zmieniają się w słoną pustynię. Tabletki toczą walkę z bólem, z góry przegraną.
Najwyższym wysiłkiem i poprzez nużące starania zachowałam swoją hermetyczność. W chwili przesilenia zamknęłam się znów i firmowej toalecie. Rozważałam, czy nie zablokować kanalizacji za pomocą nabrzmiałych krwią tampaksów, tak, aby znienawidzona korporacja musiała płacić za naprawę, ale rozsądek wziął górę. Kiedy tak przejęta chorobliwym wstrętem sprawdzałam czy dolna część bielizny mimo podjętych środków zaradczych nie zabarwiła się na czerwono, przypomniałam sobie te wersy poetki Anne Sexton:
Nie wiedziałam jaką kobietą zostanę
i że krew będzie kwitnąć we mnie
każdego miesiąca jak egzotyczny kwiat….
***
Ach, taką idealistką i koryfeuszką kobiecości nie jestem. Dla mnie to nie egzotyczny kwiat, ale chwast, oset kolczasty i cuchnący…
Nie chcę być kobietą. Istnienie w męskim ciele także wydaje się tragifarsą. W obecnych genderowych czasach można stać się uniseksem, ale ja po prostu i jednoznacznie nie chcę mieć ciała. Jako adeptka manicheizmu stanowczo wierzę, że proteinowo-wapienna powłoka wraz z wszystkimi swymi absurdalnymi przypadłościami została stworzona przez złośliwego boga lub szyderczego demona.
Czy nie powinnam zburzyć, spalić, pogrzebać więzienia mojej psyche? Trzeba, abym rozcięła proteinowy skafander, w którym tkwi iskra nieśmiertelności.
Jak to napisała Sylvia Plath w „Szklanym kloszu”:
***
Zamknęłam się w łazience, nalałam pełną wannę ciepłej wody i wzięłam do ręki żyletkę. Podobno zapytano kiedyś któregoś z rzymskich filozofów, jak pragnie zakończyć życie, na co ten odpowiedział, że przetnie sobie żyły w ciepłej kąpieli. Postanowiłam więc, że to będzie chyba i dla mnie najlepsze wyjście. Położę w wannie, popatrzę na czerwoną posokę płynącą z moich żył, aż krew pięknie zabarwi czystą wodę, a potem zasnę sobie spokojnie pod powierzchnią, falującą jak łan maków.
***
Ale tak przecież nie postąpię. Nie ma we mnie gorącej autoagresji czy nieustannego cierpienia, lecz tylko obojętność, sen i lód. Naśladowanie wzorów literackich bez psychicznej konieczności czy emocjonalnych fundamentów byłoby czystym błazeństwem. I poetką też nie jestem.
Iskierka boskości imieniem Kornelia zapewne będzie długo jeszcze kołatać się zamknięta w niedoskonałym i kruszącym się z upływem lat skafandrze, czekając na uwolnienie. Teraz herbata z jaśminu z pewnością przyniesie ulgę. Potem utonę w turkusowym jeziorze snu.
Nie wątpię, że odpowiednim na kres tego dnia będzie wiersz, który Gottfried Benn napisał także o mnie:
Skryj się
Skryj się za maskami i szminką,
mrugaj jakby ci coś do oka wpadło,
niech twe istnienie, twój upadek
nie odbija się w owalu twarzy.
W ostatnim świetle mijanie posępnych ogrodów,
z pożarów i nocy nieba rumowisko –
ukryj, zasłoń swe łzy i nieczułość,
ciało nie może wiedzieć, kto sprawił to wszystko.
Rozłupanie, rozdarcie, przemianę
ziarenka, w którym zniszczenie wzbiera
ukryj, spraw, by dalekie śpiewania
dobiegały z gondoli, którą ktoś dostrzega.
** Tłumaczył Krzysztof Karasek
poniedziałek, 7 października 2013
Wieczór
Poniedziałek pełen chmur. Bez słońca czułam się lepiej. Pragnę być płanetniczką jadącą na czarnym obłoku lub szamanką zaklinającą deszcz.
Wieczorem czytałam Dziennik Sylvii Plath. W sierpniu 1950 roku młodziutka poetka napisała: „Nic nie jest prawdziwe oprócz teraźniejszości, a ja już czuję przytłaczającą mnie masę stuleci. Jakaś dziewczyna, sto lat temu, żyła kiedyś tak jak ja. Jest martwa. Jestem teraźniejszością, ale wiem, że też przeminę.”
Cykl płynnego absurdu trwa. Znowu mam okres. Nie będę więcej o tym pisała. Powiem tylko, że w moim podbrzuszu jakby rozkołysał się dzwon, a każde jego uderzenie niemal wyrzuca mnie w powietrze. Kto wie, może jutro odrzucę pancerz rozsądku i napiszę na lustrze firmowej łazienki antykorporacyjne hasło własną krwią.
Noc zapada nad miastem. Mam wrażenie, że dobrym zakończeniem tego dnia będzie ten krótki utwór Iana Hamiltona.
Wiersz
Ach, słuchaj teraz
gdy każdy oddech bardziej powściągliwy, bardziej uprzejmy,
bliższy śmierci.
Śpij dalej
i niech te słowa
ledwie cię dobiegną, to taki próbny alarm,
nie pozwól się obudzić.
Wieczorem czytałam Dziennik Sylvii Plath. W sierpniu 1950 roku młodziutka poetka napisała: „Nic nie jest prawdziwe oprócz teraźniejszości, a ja już czuję przytłaczającą mnie masę stuleci. Jakaś dziewczyna, sto lat temu, żyła kiedyś tak jak ja. Jest martwa. Jestem teraźniejszością, ale wiem, że też przeminę.”
Cykl płynnego absurdu trwa. Znowu mam okres. Nie będę więcej o tym pisała. Powiem tylko, że w moim podbrzuszu jakby rozkołysał się dzwon, a każde jego uderzenie niemal wyrzuca mnie w powietrze. Kto wie, może jutro odrzucę pancerz rozsądku i napiszę na lustrze firmowej łazienki antykorporacyjne hasło własną krwią.
Noc zapada nad miastem. Mam wrażenie, że dobrym zakończeniem tego dnia będzie ten krótki utwór Iana Hamiltona.
Wiersz
Ach, słuchaj teraz
gdy każdy oddech bardziej powściągliwy, bardziej uprzejmy,
bliższy śmierci.
Śpij dalej
i niech te słowa
ledwie cię dobiegną, to taki próbny alarm,
nie pozwól się obudzić.
Jak zostałam zdeflorowana VI
Infernalne łupanie, ogłuszający grzmot i hałaśliwy grzechot muzyki techno wypełniły cały pokój, stwarzając osobliwą kompozycję z duszącym zapachem męskiego potu, tęskniących do pralki bokserek i taniego podłego wina. Oto komnata, w której swe dziewczęce dni pożegna Królowa Śniegu. Pomyślałam, że aromat lawendy lub konwalii byłby mi bardziej odpowiadał.
Zamiast zasłonić oczy kołdrą nadal patrzyłam na Sebastiana jak mysz sparaliżowana wzrokiem żmii. Mój deflorator prężył się z bezgranicznym zadowoleniem. Próbowałam przemyślnie zwalczyć przenikającą mnie na wskroś abominację, wspominając te oto słowa z Pieśni nad Pieśniami:
Ręce jego jako pierścienie złote, osadzone drogim kamieniem, hiacyntem; brzuch jego jako glanc kości słoniowej, safirem osadzonej;
Golenie jego jako słupy marmurowe, postawione na podstawkach złota wybornego; oblicze jego jako Liban, wyborne jako cedry;
Usta jego nader słodkie, a wszystek jest pożądany.
Niestety, nie doznałam ulgi. Mój śmiałek kojarzył mi się raczej z jaskiniowym małpoludem lub automatyczną zgniatarką do śmieci.
Na skutek własnej wysoce nagannej nierozwagi to ja miałam zostać zgnieciona.
Sebastian wychrypiał okrzyk samczego triumfu, zerwał ze mnie kołdrę i przystąpił do dzieła. Spadł na mnie jak sęp na konające jagnię. Poczułam się zmiażdżona, sprasowana i pozbawiona oddechu. Odrzuciłam głowę lekko do tyłu i z całej siły zacisnęłam powieki. „Wesprzyj się na rękach, nie leż na mnie!” – te słowa padły tylko w mojej imaginacji, nie potrafiłam otworzyć spieczonych ust, które zamknęły się jak zaszyte. Rozchyliłam nogi na tyle, na ile uznałam za konieczne, lecz mojemu ułanowi to nie wystarczyło. Rozsunął moje nogi właściwie przemocą, zdało mi się, że rozrywają się ścięgna, trzeszczą i pękają stawy, ale leżałam w ciszy, oddychając bardzo spokojnie.
Sebastian całował mnie, zapewne w ramach predefloracyjnej gry wstępnej. Równie dobrze mógłby nawilżać ustami bryłę lodu. Obfite owłosienie „partnera” drapało moją delikatną, bladą skórę, jak druciana szczotka. Zapach, który wypełnił mi płuca, wymyka się wszelkim opisom. Wydawało mi się, że spadło na mnie gigantyczne truchło rozkładającej się wiewiórki. Jak koszmarny deszcz spadały na mnie kropelki męskiej śliny.
Gratulowałam sobie żelu nawilżającego, bowiem w źródle mojej dziewczęcości byłam naturalnie sucha jak piaski Takla Makan. A może nie do końca naturalnie sucha, bowiem zapewne rzeki słonego potu spływające z podbrzusza i ud delikatne wejście nawilżyły. Nie mogę tego obecnie powiedzieć z całą pewnością.
I wtedy przeszył mnie rozbłysk bólu, ogarnął płomień potępieńczej udręki, bowiem karykaturalny organ seksualny Sebastiana przystąpił do penetracji. Ból pochłonął mnie i ogarnął jak gorący wir. Instynktownie naprężyłam się aż po koniuszki stóp, stałam się spięta, twarda jak lita skała. Mięśnie po wewnętrznej stronie moich ud stworzyły zaporę nie do pokonania, ścianki pochwy połączyły się jak zespawane. Do dziś nie wątpię, że gdyby ktoś próbował wtedy wbijać mi w nogi ostre gwoździe, trud jego okazałby się daremny.
Mój mocarny junak wyczuł, że dzieje się coś niezwykłego. Wykrzywił twarz jaskrawoczerwoną jak świeży befsztyk, zrozumiał, że dziś nie osiągnie celu.
Zasyczał w sposób odrażający i wulgarny: „Co jest do k… nędzy?”
Uniósł rękę, byłam pewna, że mnie uderzy.
Wtedy rozświetliły mój czarny od trwogi i szoku umysł słowa z noweli Alberto Moravii:
„ROZCHYL NOGI, NIECH ROBI, CO CHCE”.
Uświadomiłam sobie, że sama zaaranżowałam dziejącą się właśnie defloracyjną tragifarsę, że przede
mną granicę tę przechodziły, nie zawsze z własnej woli, miliony dziewcząt. Dziewictwo straciły niosące pochodnie geniuszu Sylvia Plath i Anne Sexton. Kim jest jakaś tam Kornelia, korporacyjna nicość, aby czuć się od nich lepsza?
Przez cały ten absurdalny moment, który powinien stać się erupcją jeśli nie ekstazy, to przynajmniej gorących emocji, myślałam z charakterystyczną dla siebie zimnośnieżną racjonalnością.
Rozluźniłam się, odprężyłam, uspokoiłam nieco z fatalistyczną rezygnacją.
To Sebastianowi wystarczyło. Nagle całym moim jestestwem targnął paroksyzm udręki, wiertło utorowało sobie drogę, delikatne tkanki zostały rozerwane przez dłuto z diamentu i tytanu. Hymen zmienił się w krwawe strzępy, poddawaną torturom pochwę grillowały rozżarzone węgle, macicę wypełnił stężony kwas siarkowy. Pokój wypełnił się dymem i swędem spalonego mięsa.
To ostatnie wrażenia okazały się tylko wytworem mojego udręczonego mózgu, ale niewypowiedziany ból był prawdziwy. Fala cierpienia nadchodziła za falą, bowiem ogarnięty szałem Sebastian podnosił się i opadał jak stutonowy młot. Pod powiekami pojawiły mi się krwawe kręgi. Mimo złożonej sobie solennej obietnicy nie mogłam już pozostać cicha. Przez półotwarte usta kwiliłam jak zraniony ptak spadający spod chmur na suche pole. Dziś zastanawiam się, czy nie były to raczej odgłosy przypominające kwakanie zdychającej kaczki. Może kiedy „po tamtej stronie” ustawią ekrany i gdy zobaczę siebie w tym momencie upadku i hańby, powyższa kwestia zostanie wyjaśniona.
Potem wydawałam coraz głośniejsze okrzyki. Kurczyłam i prostowałam palce u nóg na świadectwo swej bezsilności. Wbiłam paznokcie w plecy Sebastiana, powodowana próżną nadzieję, że pod wpływem bólu przestanie. Ale zaraz opuściłam ramiona. Nie chciałam, by deflorator chlubił się później tymi krwawymi znakami mojego niewczesnego oporu. Moje ręce bezradnie wczepiły się w prześcieradło i ściskały je raz za razem.
Po policzkach upodlonej Kornelii spływały perliste łzy. Wydawało mi się, że szturmujący z furią penis rozerwie mi powłokę macicy i wypchnie wnętrzności przez usta.
Nagle ból nieco zelżał – groteskowy męski organ seksualny utorował sobie drogę, poszerzył wąskie przejście i przetarł dziewiczy szlak. Zmusiłam się do ciszy, oddychałam tylko pośpiesznie, wciąż gnieciona i uciskana. Stawy bezlitośnie rozszerzonych nóg słały obłoki cierpienia. Ogarnął mnie czerwonooki lęk, że popękały mi żebra, zaś łóżko już jest pełne strzępów hymenu i krwi. Dźwięki techno jak igły wbijały się w moje skronie. CDN…
Zamiast zasłonić oczy kołdrą nadal patrzyłam na Sebastiana jak mysz sparaliżowana wzrokiem żmii. Mój deflorator prężył się z bezgranicznym zadowoleniem. Próbowałam przemyślnie zwalczyć przenikającą mnie na wskroś abominację, wspominając te oto słowa z Pieśni nad Pieśniami:
Ręce jego jako pierścienie złote, osadzone drogim kamieniem, hiacyntem; brzuch jego jako glanc kości słoniowej, safirem osadzonej;
Golenie jego jako słupy marmurowe, postawione na podstawkach złota wybornego; oblicze jego jako Liban, wyborne jako cedry;
Usta jego nader słodkie, a wszystek jest pożądany.
Niestety, nie doznałam ulgi. Mój śmiałek kojarzył mi się raczej z jaskiniowym małpoludem lub automatyczną zgniatarką do śmieci.
Na skutek własnej wysoce nagannej nierozwagi to ja miałam zostać zgnieciona.
Sebastian wychrypiał okrzyk samczego triumfu, zerwał ze mnie kołdrę i przystąpił do dzieła. Spadł na mnie jak sęp na konające jagnię. Poczułam się zmiażdżona, sprasowana i pozbawiona oddechu. Odrzuciłam głowę lekko do tyłu i z całej siły zacisnęłam powieki. „Wesprzyj się na rękach, nie leż na mnie!” – te słowa padły tylko w mojej imaginacji, nie potrafiłam otworzyć spieczonych ust, które zamknęły się jak zaszyte. Rozchyliłam nogi na tyle, na ile uznałam za konieczne, lecz mojemu ułanowi to nie wystarczyło. Rozsunął moje nogi właściwie przemocą, zdało mi się, że rozrywają się ścięgna, trzeszczą i pękają stawy, ale leżałam w ciszy, oddychając bardzo spokojnie.
Sebastian całował mnie, zapewne w ramach predefloracyjnej gry wstępnej. Równie dobrze mógłby nawilżać ustami bryłę lodu. Obfite owłosienie „partnera” drapało moją delikatną, bladą skórę, jak druciana szczotka. Zapach, który wypełnił mi płuca, wymyka się wszelkim opisom. Wydawało mi się, że spadło na mnie gigantyczne truchło rozkładającej się wiewiórki. Jak koszmarny deszcz spadały na mnie kropelki męskiej śliny.
Gratulowałam sobie żelu nawilżającego, bowiem w źródle mojej dziewczęcości byłam naturalnie sucha jak piaski Takla Makan. A może nie do końca naturalnie sucha, bowiem zapewne rzeki słonego potu spływające z podbrzusza i ud delikatne wejście nawilżyły. Nie mogę tego obecnie powiedzieć z całą pewnością.
I wtedy przeszył mnie rozbłysk bólu, ogarnął płomień potępieńczej udręki, bowiem karykaturalny organ seksualny Sebastiana przystąpił do penetracji. Ból pochłonął mnie i ogarnął jak gorący wir. Instynktownie naprężyłam się aż po koniuszki stóp, stałam się spięta, twarda jak lita skała. Mięśnie po wewnętrznej stronie moich ud stworzyły zaporę nie do pokonania, ścianki pochwy połączyły się jak zespawane. Do dziś nie wątpię, że gdyby ktoś próbował wtedy wbijać mi w nogi ostre gwoździe, trud jego okazałby się daremny.
Mój mocarny junak wyczuł, że dzieje się coś niezwykłego. Wykrzywił twarz jaskrawoczerwoną jak świeży befsztyk, zrozumiał, że dziś nie osiągnie celu.
Zasyczał w sposób odrażający i wulgarny: „Co jest do k… nędzy?”
Uniósł rękę, byłam pewna, że mnie uderzy.
Wtedy rozświetliły mój czarny od trwogi i szoku umysł słowa z noweli Alberto Moravii:
„ROZCHYL NOGI, NIECH ROBI, CO CHCE”.
Uświadomiłam sobie, że sama zaaranżowałam dziejącą się właśnie defloracyjną tragifarsę, że przede
mną granicę tę przechodziły, nie zawsze z własnej woli, miliony dziewcząt. Dziewictwo straciły niosące pochodnie geniuszu Sylvia Plath i Anne Sexton. Kim jest jakaś tam Kornelia, korporacyjna nicość, aby czuć się od nich lepsza?
Przez cały ten absurdalny moment, który powinien stać się erupcją jeśli nie ekstazy, to przynajmniej gorących emocji, myślałam z charakterystyczną dla siebie zimnośnieżną racjonalnością.
Rozluźniłam się, odprężyłam, uspokoiłam nieco z fatalistyczną rezygnacją.
To Sebastianowi wystarczyło. Nagle całym moim jestestwem targnął paroksyzm udręki, wiertło utorowało sobie drogę, delikatne tkanki zostały rozerwane przez dłuto z diamentu i tytanu. Hymen zmienił się w krwawe strzępy, poddawaną torturom pochwę grillowały rozżarzone węgle, macicę wypełnił stężony kwas siarkowy. Pokój wypełnił się dymem i swędem spalonego mięsa.
To ostatnie wrażenia okazały się tylko wytworem mojego udręczonego mózgu, ale niewypowiedziany ból był prawdziwy. Fala cierpienia nadchodziła za falą, bowiem ogarnięty szałem Sebastian podnosił się i opadał jak stutonowy młot. Pod powiekami pojawiły mi się krwawe kręgi. Mimo złożonej sobie solennej obietnicy nie mogłam już pozostać cicha. Przez półotwarte usta kwiliłam jak zraniony ptak spadający spod chmur na suche pole. Dziś zastanawiam się, czy nie były to raczej odgłosy przypominające kwakanie zdychającej kaczki. Może kiedy „po tamtej stronie” ustawią ekrany i gdy zobaczę siebie w tym momencie upadku i hańby, powyższa kwestia zostanie wyjaśniona.
Potem wydawałam coraz głośniejsze okrzyki. Kurczyłam i prostowałam palce u nóg na świadectwo swej bezsilności. Wbiłam paznokcie w plecy Sebastiana, powodowana próżną nadzieję, że pod wpływem bólu przestanie. Ale zaraz opuściłam ramiona. Nie chciałam, by deflorator chlubił się później tymi krwawymi znakami mojego niewczesnego oporu. Moje ręce bezradnie wczepiły się w prześcieradło i ściskały je raz za razem.
Po policzkach upodlonej Kornelii spływały perliste łzy. Wydawało mi się, że szturmujący z furią penis rozerwie mi powłokę macicy i wypchnie wnętrzności przez usta.
Nagle ból nieco zelżał – groteskowy męski organ seksualny utorował sobie drogę, poszerzył wąskie przejście i przetarł dziewiczy szlak. Zmusiłam się do ciszy, oddychałam tylko pośpiesznie, wciąż gnieciona i uciskana. Stawy bezlitośnie rozszerzonych nóg słały obłoki cierpienia. Ogarnął mnie czerwonooki lęk, że popękały mi żebra, zaś łóżko już jest pełne strzępów hymenu i krwi. Dźwięki techno jak igły wbijały się w moje skronie. CDN…
niedziela, 6 października 2013
Dziewice westalki – interpretacja
Paul Delvaux zachwyca swymi obrazami jak z enigmatycznej sennej wizji. Dziewice westalki – w starożytnym Rzymie dziewicze kapłanki Westy, panny z najznakomitszych rodów, strzegące świętego ognia bogini. Nosiły białe szaty i welon osłaniający upięty wysoko warkocz. Najstarszą spośród nich była Virgo vestalis maxima. Mieszkały w odosobnieniu od swych rodzin w atrium vestae w pobliżu świątyni bogini. Otaczano je wielkim szacunkiem – gdy westalka wychodziła na ulice Wiecznego Miasta, ustępowali jej miejsca nawet konsulowie. Mogły wyjednać łaskę dla wleczonych przez kata na egzekucję skazańców.
Westalki podlegały obowiązkowi ścisłej czystości seksualnej. Tę, która straciła dziewictwo, wyprowadzano poza sakralne granice Rzymu i zostawiano na śmierć w specjalnie przygotowanym grobowcu, zostawiając jej lampkę i odrobinę pożywienia. Winowajcę, który zniszczył dziewictwo westalki, smagano rózgami tak długo, aż umarł (uważam, że całkowicie słusznie).
Na obrazie Paula Delvaux możemy dostrzec cztery dziewice westalki na tle magicznego krajobrazu. Mają na sobie długie, piękne skromne suknie. Osłaniają nawet stopy panien przed natarczywym wzrokiem męskich niewolników zmysłów.
Jedna z panien trzyma ręce złożone przed sobą na znak swej wstrzemięźliwości. Tym samym manifestuje, że nie przejdzie przez symboliczną bramę, o którą troszczy się inna westalka. Nie dokona rytuału przejścia, nie straci skarbu dziewictwa, zachowa czystość, pozostanie wierna przyrzeczeniu.
Westalka siedząca ma w swej pieczy lampę ze świętym ogniem bogini. Ogień symbolizuje wieczną, doskonałą ideę, dla której warto poświęcić samą siebie, odrzucając świat pokus i zmysłów, zwyciężając niskie animalne żądze.
Na deskach podłogi widać kilka kamieni. To symbol przeszkód, jakie dziewicze panny napotkały na swej drodze i lubieżnych pokus, które roztaczali przed nimi ludzie występni lub cyniczni, zaprzedani nieczystej materii.
Ale westalki przetrwały nawałnice i burze. Nie promieniują szczęściem, za to melancholijnym wzrokiem patrzą w bezkres, odporne na destrukcyjne działanie czasu, perfekcyjne i spokojne.
Od dziewic oddala się mężczyzna w eleganckim stroju. Zapewne próbował nakłonił westalkę, aby złączyła się w nim w miłości. Ale nie miał wielkich nadziei, że virgo okaże się gotowa mu ulec. Odchodzi krokiem spokojnym w stronę świątyni i morskiej toni. Samotny mężczyzna, pogrąży się w morzu, które symbolizuje wieczność, nieskończoność i kres. Rozumie, że skoro nie rozwiał otaczającej westalki enigmy, nie zazna już w materialnym świecie szczęścia.
Ja także chciałam być westalką, strzegącą świętego ognia bogini, czystą jak kropla porannej rosy, służebnicą ideału, odwracającą zgubę od skazanych na śmierć.
Ogarnięta obłędem zmarnotrawiłam swój kwiat, podarłam welon, rozplotłam warkocz, moja lampa zgasła. Czy mnie też zamurują w mrocznym grobowcu poza sakralnymi granicami Miasta Wieczności z ogarkiem świecy i kilkoma ułamkami chleba?
Jak to było w „Quo vadis?” Westalka Rubria nie oparła się chuciom Nerona. „Święty ogień Westy został splugawiony, bo Rubria była z cezarem.” A jak ze mną rzecz się miała? Upadek najbardziej żałosny. Ech, żeby to chociaż był cezar!!
Westalki podlegały obowiązkowi ścisłej czystości seksualnej. Tę, która straciła dziewictwo, wyprowadzano poza sakralne granice Rzymu i zostawiano na śmierć w specjalnie przygotowanym grobowcu, zostawiając jej lampkę i odrobinę pożywienia. Winowajcę, który zniszczył dziewictwo westalki, smagano rózgami tak długo, aż umarł (uważam, że całkowicie słusznie).
Na obrazie Paula Delvaux możemy dostrzec cztery dziewice westalki na tle magicznego krajobrazu. Mają na sobie długie, piękne skromne suknie. Osłaniają nawet stopy panien przed natarczywym wzrokiem męskich niewolników zmysłów.
Jedna z panien trzyma ręce złożone przed sobą na znak swej wstrzemięźliwości. Tym samym manifestuje, że nie przejdzie przez symboliczną bramę, o którą troszczy się inna westalka. Nie dokona rytuału przejścia, nie straci skarbu dziewictwa, zachowa czystość, pozostanie wierna przyrzeczeniu.
Westalka siedząca ma w swej pieczy lampę ze świętym ogniem bogini. Ogień symbolizuje wieczną, doskonałą ideę, dla której warto poświęcić samą siebie, odrzucając świat pokus i zmysłów, zwyciężając niskie animalne żądze.
Na deskach podłogi widać kilka kamieni. To symbol przeszkód, jakie dziewicze panny napotkały na swej drodze i lubieżnych pokus, które roztaczali przed nimi ludzie występni lub cyniczni, zaprzedani nieczystej materii.
Ale westalki przetrwały nawałnice i burze. Nie promieniują szczęściem, za to melancholijnym wzrokiem patrzą w bezkres, odporne na destrukcyjne działanie czasu, perfekcyjne i spokojne.
Od dziewic oddala się mężczyzna w eleganckim stroju. Zapewne próbował nakłonił westalkę, aby złączyła się w nim w miłości. Ale nie miał wielkich nadziei, że virgo okaże się gotowa mu ulec. Odchodzi krokiem spokojnym w stronę świątyni i morskiej toni. Samotny mężczyzna, pogrąży się w morzu, które symbolizuje wieczność, nieskończoność i kres. Rozumie, że skoro nie rozwiał otaczającej westalki enigmy, nie zazna już w materialnym świecie szczęścia.
Ja także chciałam być westalką, strzegącą świętego ognia bogini, czystą jak kropla porannej rosy, służebnicą ideału, odwracającą zgubę od skazanych na śmierć.
Ogarnięta obłędem zmarnotrawiłam swój kwiat, podarłam welon, rozplotłam warkocz, moja lampa zgasła. Czy mnie też zamurują w mrocznym grobowcu poza sakralnymi granicami Miasta Wieczności z ogarkiem świecy i kilkoma ułamkami chleba?
Jak to było w „Quo vadis?” Westalka Rubria nie oparła się chuciom Nerona. „Święty ogień Westy został splugawiony, bo Rubria była z cezarem.” A jak ze mną rzecz się miała? Upadek najbardziej żałosny. Ech, żeby to chociaż był cezar!!
sobota, 5 października 2013
Las w pażdzierniku – opis
Dziś urządziłam rowerową przejażdżkę po październikowym lesie. Miałam gorącą i pilną nadzieję, że w dzięki temu rozproszę i rozgonię jadowite miazmaty mojego chorego umysłu. Ale swoje zamysły spełniłam tylko częściowo. Wycieczka okazała się udana, lecz nie potrafiłam opanować niepokoju uczuć i zamętu myśli. Nie mogłam dostrzec otaczającego mnie świata – widziałam tylko jego strzępy i fragmenty – świadomość rozpalała się tylko na chwilę, aby zaraz zgasnąć jak wypalona świeca.
Słońce prześladowało mnie także dziś, na szczęście niekiedy na płonącym błękicie pojawiał się misterny wachlarz obłoków. Nawet tak krucha zasłona dawała ulgę – potrafię wyczuć najmniejszą zmianę intensywności światła. Na twarz nałożyłam obfitą warstwę kremu. Okulary fotochromatyczne jak zawsze były strażnikami moich oczu, strażnikami o wypróbowanej dzielności.
Przemknęłam przez zalane złotym blaskiem pola i las otulił mnie cieniem. Ale wśród baldachimu drzew przedzierały się cętki światła. Czekały na mnie niebezpieczne w swej jasności białoświetlne polany.
Zdało mi się, że znalazłam się w lesie nagle zatopionym przez ocean, że wędruję po dnie zaklętego morza. W lesie króluje jeszcze zieleń, lecz październik ozłocił już wiele drzew. Na innych igrały rdzawe cienie. Liście opadały płynnie, powoli, jak przez spokojną toń morskiej wody. Minęłam śliczne dziewczyny w toczkach, żwawe amazonki na pięknych koniach, dumne ze swojej młodości. Gałęzie drzew splatały się nad leśną drogą na podobieństwo sklepienia gotyckiej katedry.
Nie mam wiele sił, a rower jest stary. Szybko stałam się cała mokra, prawie tak, jak wtedy, podczas defloracji (dokończę jeszcze tę opowieść). Słona wilgoć rozlała się na moich plecach i udach, nasyciła bieliznę, a nawet skarpety.
Nie miałam kolizji ani upadku. Dojechałam bezpiecznie. Toksyczne mgły smutku żółtego jak siarka objęły mnie znowu jak swoją.
Dziś też nie będę ćwiczyła się w umieraniu. Wzięłam pracę do domu, nie mogę jutro cieszyć się snem do południa. Pragnę, aby ta noc już wkrótce podarowała mi oniryczne obrazy i makowe wizje. Wydaje mi się, że na pożegnanie dnia odpowiedni okaże się wiersz:
Przepaska na oczy
W tej ciemności odpoczywam,
niegotowa na światło, które wschodzi
dzień po dniu
i wzywa do współudziału.
Czarny jedwabiu, chroń mnie.
Potrzeba mi więcej nocy, nim otworzę
oczy i serce
na olśnienie. Muszę jeszcze
rosnąć w ciemności jak korzeń,
niegotowy, niegotowy na pewno.
Denise Levertov
Tłum. Czesław Miłosz
Słońce prześladowało mnie także dziś, na szczęście niekiedy na płonącym błękicie pojawiał się misterny wachlarz obłoków. Nawet tak krucha zasłona dawała ulgę – potrafię wyczuć najmniejszą zmianę intensywności światła. Na twarz nałożyłam obfitą warstwę kremu. Okulary fotochromatyczne jak zawsze były strażnikami moich oczu, strażnikami o wypróbowanej dzielności.
Przemknęłam przez zalane złotym blaskiem pola i las otulił mnie cieniem. Ale wśród baldachimu drzew przedzierały się cętki światła. Czekały na mnie niebezpieczne w swej jasności białoświetlne polany.
Zdało mi się, że znalazłam się w lesie nagle zatopionym przez ocean, że wędruję po dnie zaklętego morza. W lesie króluje jeszcze zieleń, lecz październik ozłocił już wiele drzew. Na innych igrały rdzawe cienie. Liście opadały płynnie, powoli, jak przez spokojną toń morskiej wody. Minęłam śliczne dziewczyny w toczkach, żwawe amazonki na pięknych koniach, dumne ze swojej młodości. Gałęzie drzew splatały się nad leśną drogą na podobieństwo sklepienia gotyckiej katedry.
Nie mam wiele sił, a rower jest stary. Szybko stałam się cała mokra, prawie tak, jak wtedy, podczas defloracji (dokończę jeszcze tę opowieść). Słona wilgoć rozlała się na moich plecach i udach, nasyciła bieliznę, a nawet skarpety.
Nie miałam kolizji ani upadku. Dojechałam bezpiecznie. Toksyczne mgły smutku żółtego jak siarka objęły mnie znowu jak swoją.
Dziś też nie będę ćwiczyła się w umieraniu. Wzięłam pracę do domu, nie mogę jutro cieszyć się snem do południa. Pragnę, aby ta noc już wkrótce podarowała mi oniryczne obrazy i makowe wizje. Wydaje mi się, że na pożegnanie dnia odpowiedni okaże się wiersz:
Przepaska na oczy
W tej ciemności odpoczywam,
niegotowa na światło, które wschodzi
dzień po dniu
i wzywa do współudziału.
Czarny jedwabiu, chroń mnie.
Potrzeba mi więcej nocy, nim otworzę
oczy i serce
na olśnienie. Muszę jeszcze
rosnąć w ciemności jak korzeń,
niegotowy, niegotowy na pewno.
Denise Levertov
Tłum. Czesław Miłosz
Subskrybuj:
Posty (Atom)
