Dziś nic mi nie przychodzi do głowy oprócz wiersza. Mogę najwyżej dodać, że też pragnę wyć na wrzosowisku jak niżej wymienione potępione duchy w całunach, między którymi mam znakomite widoki się znaleźć. Wesołego Halloween dla wszystkich.
**
Sylvia Plath
Listopadowe cmentarzysko
Widok utrwala się: skąpe drzewa
Zbierają zeszłoroczne liście, nie będą płakały, nosiły worów pokutnych, ani zwracały
Do elegijnych driad i twardej trawy
Straże nieczuły szmaragd ich trawnika
Jednakże górnolotny umysł może wzgardzić
Takim ubóstwem. Żaden zmarły nie płacze
Niezapominajki między kamieniami
Wyściełają tę grobową ziemię. Tu jest godziwe gnicie
rozpruwające serce, obdzierające kość
Wolną od nieistniejącej żyły. Kiedy jeden nagi szkielet
Jest naprawdę spuchnięty, głosy wszystkich świętych opadają łagodnie:
Muchy nie oczekują żadnych zmartwychwstań w świetle słońca.
W absolutny krajobraz gap się, gap
Aż twoje oczy zamienią oślepiającą wizję na wietrze:
Jakiekolwiek zagubione duchy płoną
Potępione, wyjąc w całunach na wrzosowisku
Majaczą na smyczy zagłodzonego umysłu
Które zaludniają ogołocony pokój, pustkę, niezamieszkałe powietrze.
wersja oryginalna pt. „November Graveyard ”
tłum. Gower
czwartek, 31 października 2013
środa, 30 października 2013
Sylvia Plath i trupionocne koszmary
Wczoraj wieczorem znów czytałam dzienniki Sylvii Plath. Ach, co stałoby się z tą najjaśniejszą gwiazdą poezji, gdyby nie spotkała tego niemoralnego grafomana Teda Hughesa, który wpędzał kobiety w mrok cmentarnego dołu i zestarzał się w rozpuście??
Ale Sylvia, jak sama pisała, chciała mieć geniusza, świetlistego barda, a nie księgowego nudziarza. Może niekiedy nudziarz lepszy jest od narcystycznego gwiazdora intelektu?
Owiana mroczną legendą samobójczyni nie rozczarowała mnie nigdy. Następujący fragment, wybornie pasujący do Zaduszek, wzbudził w mojej nieuleczalnie chorej psyche iluminację tanatofilnego zachwytu:
„W nocy koszmar…Chodziłam po cmentarzu, wyciągałam liną nagrobki: trupy na wózkach, gnijące, ich twarze zniekształcone i pokryte plamami. Mimo to trupy były ubrane w płaszcze, kapelusze itd. Wepchnięto nas pomiędzy te wózki i nagle groza: trupy zaczęły się ruszać. Jeden z nich, cały przegniły, uśmiechał się szeroko na wózku popychanym przez innego, równie obrzydliwego. Potem bryła ludzkiego mięsa, pozostałości karła, z powbijanymi czarnymi goździkami albo gwoździami, miał jedynie rękę, którą wystawiał po jałmużnę. Obudziłam się, krzycząc: koszmar martwych i zniekształconych żywych ludzi, jak my, jak ja, w zgniliźnie toczonego robactwem ciała”.
**
Ja też mam swoje trupy, powstające w hiacyntowym mroku nocy. Ale potrafiłam je wepchnąć z powrotem do butwiejących trumien – uczyniła to właściwie moja psychika za pomocą mechanizmu wyparcia potężnego jak zimowa burza. Proces miał siłę nuklearnej eksplozji i wyczyścił tablicę osobowości niemalże do czysta. Muszę więc niekiedy z syzyfowym wysiłkiem przypominać sobie, kim jestem, jak mam na imię, ile zim już przeżyłam w dolinie wieczystej rozpaczy. Nie mogę uwierzyć, że tak długo kołaczę się na tym wielołzawym świecie, ponieważ nie pamiętam już nic.
Czasem zdarza mi się zmylić drogę w miejscu, które dobrze znam.
Zastanawiam się, jaki mamy dzień tygodnia, a pory roku rozpoznaję po liśiach.
Ale koszmary zostały stłumione, a zmory przegnane. Rzadko przebijają się przez tytanowy mur chroniący jak niezłomny puklerz moją pokaleczoną duszę. Zniknęły nocne majaki pełne kostnic, uciętych głów, zaciśniętych z całej siły oczu i topolowych trumien.
Te inwazje strzyg i demonów, które jeszcze są moim udziałem, potrafię wytrzymać. Zazwyczaj natychmiast po przetarciu oczu wymazuję je z pamięci, zapominam jeszcze przed toaletową depresyjną celebracją. Dzisiejszy sen wszakże potrafię odtworzyć:
Moje miasto zdobyli bojownicy wrogiej armii. Stanęli kręgiem wokół przystanku naprzeciwko budynku mojego dawnego liceum. Byłam żołnierzem, wyruszyłam z dwoma innymi żołnierzami, aby stawić czoła obcym. Miałam głowę ciężką od stalowego hełmu i zielony mundur opleciony dziwną wojskową uprzężą. Zbliżyliśmy się do przystanku i zawiązała się walka. Wrogów było więcej. Otoczyli nas na ulicy. Mówili po rosyjsku. Miotali podłużne granaty ręczne, które nieskończenie długo toczyły się po asfalcie. Próbowałam uniknąć granatów, lecz powietrze wokół mnie zmieniło się w lód. Uniosłam broń, ale strzały padały za wolno.
I następny przebłysk – moi towarzysze zniknęli. Jestem ciężko ranna. Wrogowie złożyli mnie na wózku, który ciągną przez miasto, mieszkańcom na postrach. Za wózkiem pozostaje obfity ślad mojej krwi…
**
Nie, to wcale nie było takie straszne. Raczej dziwne. Cieszę się, ponieważ mój karabin przynajmniej wystrzelił. Doznawałam znacznie bardziej trupich snów.
Odwagi, hipotetyczni czytelnicy! Jeszcze tylko kilka notatek i Kornelia zaprzestanie internetowych emanacji swoich cmentarno-depresyjnych miazmatów!
Wydaje mi się, że koralowym ukoronowaniem wpisu o nocnych koszmarach powinien stać się ten wiersz:
**
Elizabeth Bishop
Sny przez nich zapomniane
Spadały martwe ptaki; skąd? — nikt nie był pewien,
nikt ich nie widział w locie. Czarne, z zamkniętymi
oczami; nikt ich nie znał, ale każdy trzymał
w dłoni, wpatrzony w nowy lej otwarty w niebie.
Spadały także czarne krople. Ich nawisły
nocą z okapów ciemny ciężar, kształt wezbrany
na suficie w sypialniach ponad ich głowami,
ciekł im teraz przez palce tak jak rosa z liści.
Gdzie widzieli jagody tak na wskroś, do głębi
czarne, tak lśniące rankiem? gdzie mroczna przynęta
tkwiła, pod jakim listkiem? Czy z myślą „Pamiętaj —
trucizna!” poniechali ich, czy skosztowali?
Jakim kwiatom w rozmiary nasion zbiec się dano?
Lecz ich sny tracą wszelki sens przed ósmą rano.
1933
przeł. Stanisław Barańczak
Ale Sylvia, jak sama pisała, chciała mieć geniusza, świetlistego barda, a nie księgowego nudziarza. Może niekiedy nudziarz lepszy jest od narcystycznego gwiazdora intelektu?
Owiana mroczną legendą samobójczyni nie rozczarowała mnie nigdy. Następujący fragment, wybornie pasujący do Zaduszek, wzbudził w mojej nieuleczalnie chorej psyche iluminację tanatofilnego zachwytu:
„W nocy koszmar…Chodziłam po cmentarzu, wyciągałam liną nagrobki: trupy na wózkach, gnijące, ich twarze zniekształcone i pokryte plamami. Mimo to trupy były ubrane w płaszcze, kapelusze itd. Wepchnięto nas pomiędzy te wózki i nagle groza: trupy zaczęły się ruszać. Jeden z nich, cały przegniły, uśmiechał się szeroko na wózku popychanym przez innego, równie obrzydliwego. Potem bryła ludzkiego mięsa, pozostałości karła, z powbijanymi czarnymi goździkami albo gwoździami, miał jedynie rękę, którą wystawiał po jałmużnę. Obudziłam się, krzycząc: koszmar martwych i zniekształconych żywych ludzi, jak my, jak ja, w zgniliźnie toczonego robactwem ciała”.
**
Ja też mam swoje trupy, powstające w hiacyntowym mroku nocy. Ale potrafiłam je wepchnąć z powrotem do butwiejących trumien – uczyniła to właściwie moja psychika za pomocą mechanizmu wyparcia potężnego jak zimowa burza. Proces miał siłę nuklearnej eksplozji i wyczyścił tablicę osobowości niemalże do czysta. Muszę więc niekiedy z syzyfowym wysiłkiem przypominać sobie, kim jestem, jak mam na imię, ile zim już przeżyłam w dolinie wieczystej rozpaczy. Nie mogę uwierzyć, że tak długo kołaczę się na tym wielołzawym świecie, ponieważ nie pamiętam już nic.
Czasem zdarza mi się zmylić drogę w miejscu, które dobrze znam.
Zastanawiam się, jaki mamy dzień tygodnia, a pory roku rozpoznaję po liśiach.
Ale koszmary zostały stłumione, a zmory przegnane. Rzadko przebijają się przez tytanowy mur chroniący jak niezłomny puklerz moją pokaleczoną duszę. Zniknęły nocne majaki pełne kostnic, uciętych głów, zaciśniętych z całej siły oczu i topolowych trumien.
Te inwazje strzyg i demonów, które jeszcze są moim udziałem, potrafię wytrzymać. Zazwyczaj natychmiast po przetarciu oczu wymazuję je z pamięci, zapominam jeszcze przed toaletową depresyjną celebracją. Dzisiejszy sen wszakże potrafię odtworzyć:
Moje miasto zdobyli bojownicy wrogiej armii. Stanęli kręgiem wokół przystanku naprzeciwko budynku mojego dawnego liceum. Byłam żołnierzem, wyruszyłam z dwoma innymi żołnierzami, aby stawić czoła obcym. Miałam głowę ciężką od stalowego hełmu i zielony mundur opleciony dziwną wojskową uprzężą. Zbliżyliśmy się do przystanku i zawiązała się walka. Wrogów było więcej. Otoczyli nas na ulicy. Mówili po rosyjsku. Miotali podłużne granaty ręczne, które nieskończenie długo toczyły się po asfalcie. Próbowałam uniknąć granatów, lecz powietrze wokół mnie zmieniło się w lód. Uniosłam broń, ale strzały padały za wolno.
I następny przebłysk – moi towarzysze zniknęli. Jestem ciężko ranna. Wrogowie złożyli mnie na wózku, który ciągną przez miasto, mieszkańcom na postrach. Za wózkiem pozostaje obfity ślad mojej krwi…
**
Nie, to wcale nie było takie straszne. Raczej dziwne. Cieszę się, ponieważ mój karabin przynajmniej wystrzelił. Doznawałam znacznie bardziej trupich snów.
Odwagi, hipotetyczni czytelnicy! Jeszcze tylko kilka notatek i Kornelia zaprzestanie internetowych emanacji swoich cmentarno-depresyjnych miazmatów!
Wydaje mi się, że koralowym ukoronowaniem wpisu o nocnych koszmarach powinien stać się ten wiersz:
**
Elizabeth Bishop
Sny przez nich zapomniane
Spadały martwe ptaki; skąd? — nikt nie był pewien,
nikt ich nie widział w locie. Czarne, z zamkniętymi
oczami; nikt ich nie znał, ale każdy trzymał
w dłoni, wpatrzony w nowy lej otwarty w niebie.
Spadały także czarne krople. Ich nawisły
nocą z okapów ciemny ciężar, kształt wezbrany
na suficie w sypialniach ponad ich głowami,
ciekł im teraz przez palce tak jak rosa z liści.
Gdzie widzieli jagody tak na wskroś, do głębi
czarne, tak lśniące rankiem? gdzie mroczna przynęta
tkwiła, pod jakim listkiem? Czy z myślą „Pamiętaj —
trucizna!” poniechali ich, czy skosztowali?
Jakim kwiatom w rozmiary nasion zbiec się dano?
Lecz ich sny tracą wszelki sens przed ósmą rano.
1933
przeł. Stanisław Barańczak
wtorek, 29 października 2013
Depresja przedzaduszkowa
Robert Bly
Depresja
Czułem, jak moje serce pracuje niczym motor wysoko w powietrzu;
Jak maszyny ustawione na kilku deskach, wysoko na rusztowaniu.
Moje ciało otaczało mnie jak stary spichlerz na zboże,
Bezpożyteczne, ociężałe i pełne sczerniałego ziarna.
Moje ciało było cierpkie, moje życie niegodne, i zapadłem w sen.
Śniłem, że podeszli do mnie z cienkimi przewodami elektrycznymi;
Czułem, jak przewody przenikają mnie niczym ogień, byli to starzy Tybetańczycy
Odziani w watowane ubrania chroniące przed zimnem.
Potem trzy robocze rękawice zwrócone do siebie palcami
I ułożone w koło zbliżyły się do mnie i wtedy się zbudziłem.
Teraz chcę wrócić do czarnych korzeni.
Teraz chcę zobaczyć, jak dzień trzepoce swoimi długimi skrzydłami.
Chcę widzieć nie więcej jak na wysokość dwóch stóp.
Nie chcę widzieć nikogo, nie chcę nic mówić.
Chcę zejść w dół i odpocząć w ciemnej ziemi milczenia.
tłum. Julia Hartwig
Depresja
Czułem, jak moje serce pracuje niczym motor wysoko w powietrzu;
Jak maszyny ustawione na kilku deskach, wysoko na rusztowaniu.
Moje ciało otaczało mnie jak stary spichlerz na zboże,
Bezpożyteczne, ociężałe i pełne sczerniałego ziarna.
Moje ciało było cierpkie, moje życie niegodne, i zapadłem w sen.
Śniłem, że podeszli do mnie z cienkimi przewodami elektrycznymi;
Czułem, jak przewody przenikają mnie niczym ogień, byli to starzy Tybetańczycy
Odziani w watowane ubrania chroniące przed zimnem.
Potem trzy robocze rękawice zwrócone do siebie palcami
I ułożone w koło zbliżyły się do mnie i wtedy się zbudziłem.
Teraz chcę wrócić do czarnych korzeni.
Teraz chcę zobaczyć, jak dzień trzepoce swoimi długimi skrzydłami.
Chcę widzieć nie więcej jak na wysokość dwóch stóp.
Nie chcę widzieć nikogo, nie chcę nic mówić.
Chcę zejść w dół i odpocząć w ciemnej ziemi milczenia.
tłum. Julia Hartwig
poniedziałek, 28 października 2013
Post czyli próbna endura
Przez pewien czas oddawałam się lekturze Dzienników Sylvii Plath. Niektóre fragmenty wzniecały we mnie perwersyjną radość i bolesnomasochistyczną aprobatę.
„Kiedy twarz Boga znika, a słońce świeci blado spoza nędznych woali zimnej mgły, wymiotuje na szare bezbarwne bezbarwności przedpiekla i szuka tych czerwonych płomieni i dymiących węży, co pożerają kończyny potępionych”.
Też czułam codziennoporanną potrzebę wymiotów, którą intensyfikuje rozpalone październikowe słońce. Kiedy nadpłyną na ratunek Kornelii masy chmur z atlantyckich niżów? W chlorobłękitnym świetle najbliższej z gwiazd jestem cierpiąca i bezbronna jak królik na wiwisekcyjnym stole.
Pomyślnie przespałam wiele weekendowych godzin, a nawet byłam aktywna, ponieważ „cudna złota jesień” (horror!!) zmusiła mnie do przejażdżki na rowerze. Stary bicykl podskakiwał ze zgrzytem na sosnowych korzeniach i urwistych ścieżkach. Przy wstrząsach w każde włókno moich mięśni wbijały się rozpalone kolce. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że już za chwilę rozerwą się zawieszenia macicy i ten surrealistyczny atrybut kobiecości po prostu ze mnie wypłynie, rozniosą go łasice i kuny.
Wróciłam mokra od wysiłku i wysokoprężnej transpiracji. Musiałam zrzucić z siebie dosłownie wszystko i się umyć. Stos ubrań spragnionych pralkowego katharsis piętrzył się w sposób wręcz przerażający. Spojrzałam na siebie w lustrze, nagą, zlaną potem, poobijaną, potarganą i żałosną. Nie mogłam wszakże oprzeć się pokusie narcystycznego kontemplowania stopek, kolan i wąskich bioder. Wyglądam z nimi bosko androgynicznie. Twarz wszakże mam kobiecą.
Zastanawiałam się, czy nie ćwiczyć się w umieraniu, pora dnia była wszakże wczesna. Doszłam więc do wniosku, że urządzę sobie próbną endurę. Decyzja przyszła mi tym łatwiej, iż w lodówce mam tylko przeterminowany jogurt i kostkę żółtego sera, pokrytą zielonkowożółtym mchem znakomicie prosperującego grzyba pleśniaka.
Endura to śmiertelny post, któremu niekiedy poddawali się manichejscy katarzy w Langwedocji – zazwyczaj wtedy, gdy w ciężkiej chorobie przyjęli consolamentum, czyli pocieszenie, katarski sakrament zapewniający aniołom zamkniętym w ciałach powrót do nieba. Endura miała sprawić, że chorzy i cierpiący nie wrócą już do świata nieczystej materii i nie utracą sakramentu. Niekiedy podejmujący się enduryprzyjmowali tylko osłodzoną wodę, co bardziej zdeterminowani unicestwiali się postem absolutnym. Nie wszyscy wytrwali do końca, ale niektórym się udało.
Wiedziałam, że nie wytrzymam bez wody, zatem przyjęłam łagodniejszy wariant. Otuchy dodawał mi fakt, że nie tylko oszczędzę na jedzeniu, ale próbna endura zmniejszy liczbę kłopotliwych wizyt w toalecie. Aczkolwiek jeśli opiję się wody,
nastąpi fenomen wręcz odwrotny. Przezornie wypiłam zatem tylko szklankę, i to bez cukru, którego zresztą nie mam w domu.
Ubrałam piżamę, założyłam skarpety, włączyłam nastrojową płytę z Requiem Jeana Gillesa, mocno przytłumiłam światła i wsunęłam się pod kołdrę. To nie miał być tanatyczny trening świadomości, lecz endura. Nie przyjęłam zatem pozycji embrionalnej, lecz spoczywałam na wznak. Nie tłumiłam strumienia świadomości, lecz starałam wprowadzić się w stan lunatycznego pół-snu, aby czas szybciej płynął. Wyobrażałam sobie, że jestem młodą Esklarmondą Clergue z Montaillou, która, złożona ciężką chorobą, odeszła po endurze trwającej niespełna dwa dni. Wprowadzałam się w nastrój, wyświetlając w umyśle japońskie wiersze o śmierci.
Masumi Kato (1726-1796)
Droga do raju
wyścielona jest jasnymi
płatkami śliwy
Namagusai Tazukuri (1786-1858)
Jesienna wierzba
wspomina
swoją wspaniałość
Nandai (1786-1817)
Tylko śmierć zna spokój
Życie jest
jak rozpuszczający się śnieg
**
Udało mi się wyrwać poza rzekę czasu i płynnym lotem przekroczyć rubież nocnego snu. Nie czułam głodu ani pragnienia. Tylko mięśnie poszkodowane podczas rowerowej wyprawy sygnalizowały jednoznaczne niezadowolenie.
Niestety, raz tylko musiałam wstać, aczkolwiek w pewnej chwili poczułam niezłomną gotowość, aby zostać w łóżku, doprowadzając do wilgotnego kataklizmu. Następnym razem może zdecyduję się na skorzystanie z pampersa.
Z tafli turkusowego jeziora snu wyrywałam się na powierzchnię tylko niekiedy, rzadko, jak nurek. W jednym z takich momentów zmotywowałam się dodatkowo przy pomocy następującego utworu:
Henri Michaux
Zabierzcie mnie
Zabierzcie mnie w karaweli,
W starej i spokojnej karaweli,
Na tramie albo może w pianie
I zgubcie mnie w oddali, w oddali.
W kolasie z dawnych czasów.
W zwodniczym aksamicie śniegu.
W ziajaniu zgrai psów.
W anemicznym stadzie zeschłych liści.
Zabierzcie mnie, nie łamiąc, wśród pocałunków,
W piersiach, które się wznoszą i oddychają.
Na kobiercach dłoni z ich uśmiechem,
W korytarzach długich kości, w załomach stawów.
Zabierzcie mnie albo raczej pogrzebcie mnie.
tłum. Julian Rogoziński
**
Spałam niemal spokojnie, ukąszenia koszmarów nie były bardziej dotkliwe, niż zwykle. Rano wstałam jak martwa, bladosina mara. Nie czułam głodu po 18-godzinnym poście. Nie śniadałam, wypiłam tylko herbatę z jaśminu. Endurę utrzymałam wszakże krótko, do wczesnych godzin dzisiejszego popołudnia. Głód bowiem w końcu wyjrzał z ciemności i zaburzał mi koncentrację. A korporacyjna niewolnica powinna przecież pracować wytrwale i wydajnie, czyż nie?
„Kiedy twarz Boga znika, a słońce świeci blado spoza nędznych woali zimnej mgły, wymiotuje na szare bezbarwne bezbarwności przedpiekla i szuka tych czerwonych płomieni i dymiących węży, co pożerają kończyny potępionych”.
Też czułam codziennoporanną potrzebę wymiotów, którą intensyfikuje rozpalone październikowe słońce. Kiedy nadpłyną na ratunek Kornelii masy chmur z atlantyckich niżów? W chlorobłękitnym świetle najbliższej z gwiazd jestem cierpiąca i bezbronna jak królik na wiwisekcyjnym stole.
Pomyślnie przespałam wiele weekendowych godzin, a nawet byłam aktywna, ponieważ „cudna złota jesień” (horror!!) zmusiła mnie do przejażdżki na rowerze. Stary bicykl podskakiwał ze zgrzytem na sosnowych korzeniach i urwistych ścieżkach. Przy wstrząsach w każde włókno moich mięśni wbijały się rozpalone kolce. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że już za chwilę rozerwą się zawieszenia macicy i ten surrealistyczny atrybut kobiecości po prostu ze mnie wypłynie, rozniosą go łasice i kuny.
Wróciłam mokra od wysiłku i wysokoprężnej transpiracji. Musiałam zrzucić z siebie dosłownie wszystko i się umyć. Stos ubrań spragnionych pralkowego katharsis piętrzył się w sposób wręcz przerażający. Spojrzałam na siebie w lustrze, nagą, zlaną potem, poobijaną, potarganą i żałosną. Nie mogłam wszakże oprzeć się pokusie narcystycznego kontemplowania stopek, kolan i wąskich bioder. Wyglądam z nimi bosko androgynicznie. Twarz wszakże mam kobiecą.
Zastanawiałam się, czy nie ćwiczyć się w umieraniu, pora dnia była wszakże wczesna. Doszłam więc do wniosku, że urządzę sobie próbną endurę. Decyzja przyszła mi tym łatwiej, iż w lodówce mam tylko przeterminowany jogurt i kostkę żółtego sera, pokrytą zielonkowożółtym mchem znakomicie prosperującego grzyba pleśniaka.
Endura to śmiertelny post, któremu niekiedy poddawali się manichejscy katarzy w Langwedocji – zazwyczaj wtedy, gdy w ciężkiej chorobie przyjęli consolamentum, czyli pocieszenie, katarski sakrament zapewniający aniołom zamkniętym w ciałach powrót do nieba. Endura miała sprawić, że chorzy i cierpiący nie wrócą już do świata nieczystej materii i nie utracą sakramentu. Niekiedy podejmujący się enduryprzyjmowali tylko osłodzoną wodę, co bardziej zdeterminowani unicestwiali się postem absolutnym. Nie wszyscy wytrwali do końca, ale niektórym się udało.
Wiedziałam, że nie wytrzymam bez wody, zatem przyjęłam łagodniejszy wariant. Otuchy dodawał mi fakt, że nie tylko oszczędzę na jedzeniu, ale próbna endura zmniejszy liczbę kłopotliwych wizyt w toalecie. Aczkolwiek jeśli opiję się wody,
nastąpi fenomen wręcz odwrotny. Przezornie wypiłam zatem tylko szklankę, i to bez cukru, którego zresztą nie mam w domu.
Ubrałam piżamę, założyłam skarpety, włączyłam nastrojową płytę z Requiem Jeana Gillesa, mocno przytłumiłam światła i wsunęłam się pod kołdrę. To nie miał być tanatyczny trening świadomości, lecz endura. Nie przyjęłam zatem pozycji embrionalnej, lecz spoczywałam na wznak. Nie tłumiłam strumienia świadomości, lecz starałam wprowadzić się w stan lunatycznego pół-snu, aby czas szybciej płynął. Wyobrażałam sobie, że jestem młodą Esklarmondą Clergue z Montaillou, która, złożona ciężką chorobą, odeszła po endurze trwającej niespełna dwa dni. Wprowadzałam się w nastrój, wyświetlając w umyśle japońskie wiersze o śmierci.
Masumi Kato (1726-1796)
Droga do raju
wyścielona jest jasnymi
płatkami śliwy
Namagusai Tazukuri (1786-1858)
Jesienna wierzba
wspomina
swoją wspaniałość
Nandai (1786-1817)
Tylko śmierć zna spokój
Życie jest
jak rozpuszczający się śnieg
**
Udało mi się wyrwać poza rzekę czasu i płynnym lotem przekroczyć rubież nocnego snu. Nie czułam głodu ani pragnienia. Tylko mięśnie poszkodowane podczas rowerowej wyprawy sygnalizowały jednoznaczne niezadowolenie.
Niestety, raz tylko musiałam wstać, aczkolwiek w pewnej chwili poczułam niezłomną gotowość, aby zostać w łóżku, doprowadzając do wilgotnego kataklizmu. Następnym razem może zdecyduję się na skorzystanie z pampersa.
Z tafli turkusowego jeziora snu wyrywałam się na powierzchnię tylko niekiedy, rzadko, jak nurek. W jednym z takich momentów zmotywowałam się dodatkowo przy pomocy następującego utworu:
Henri Michaux
Zabierzcie mnie
Zabierzcie mnie w karaweli,
W starej i spokojnej karaweli,
Na tramie albo może w pianie
I zgubcie mnie w oddali, w oddali.
W kolasie z dawnych czasów.
W zwodniczym aksamicie śniegu.
W ziajaniu zgrai psów.
W anemicznym stadzie zeschłych liści.
Zabierzcie mnie, nie łamiąc, wśród pocałunków,
W piersiach, które się wznoszą i oddychają.
Na kobiercach dłoni z ich uśmiechem,
W korytarzach długich kości, w załomach stawów.
Zabierzcie mnie albo raczej pogrzebcie mnie.
tłum. Julian Rogoziński
**
Spałam niemal spokojnie, ukąszenia koszmarów nie były bardziej dotkliwe, niż zwykle. Rano wstałam jak martwa, bladosina mara. Nie czułam głodu po 18-godzinnym poście. Nie śniadałam, wypiłam tylko herbatę z jaśminu. Endurę utrzymałam wszakże krótko, do wczesnych godzin dzisiejszego popołudnia. Głód bowiem w końcu wyjrzał z ciemności i zaburzał mi koncentrację. A korporacyjna niewolnica powinna przecież pracować wytrwale i wydajnie, czyż nie?
sobota, 26 października 2013
Poeta prawdę Ci powie
Początek wiersza
Rafał Wojaczek
Śmierć
(Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz.
Nie lepiej od razu
Się powiesić)
Rafał Wojaczek
Śmierć
(Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz.
Nie lepiej od razu
Się powiesić)
Piekło raz jeszcze
Zbigniew Herbert
PIEKŁO
Licząc od góry: komin, anteny, blaszany, pogięty dach. Przez okrągłe okno widać zaplątaną w sznury dziewczynę, która księżyc zapomniał
wciągnąć do siebie i zostawił na pastwę plotkarek i pająków.
Niżej kobieta czyta list, chłodzi twarz pudrem i znów czyta. Na pierwszym piętrze młody
człowiek chodzi tam i z powrotem i myśli: jak ja wyjdę na ulicę z tymi pogryzionymi wargami i w rozlatujących się butach?
W kawiarni na dole pusto, bo to rano.
Tylko jedna para w kącie. Trzymają się za ręce. On mówi: „Będziemy zawsze razem. Proszę pana czarną i oranżadę.” Kelner idzie szybko za
kotarę i tam dopiero wybucha śmiechem.
PIEKŁO
Licząc od góry: komin, anteny, blaszany, pogięty dach. Przez okrągłe okno widać zaplątaną w sznury dziewczynę, która księżyc zapomniał
wciągnąć do siebie i zostawił na pastwę plotkarek i pająków.
Niżej kobieta czyta list, chłodzi twarz pudrem i znów czyta. Na pierwszym piętrze młody
człowiek chodzi tam i z powrotem i myśli: jak ja wyjdę na ulicę z tymi pogryzionymi wargami i w rozlatujących się butach?
W kawiarni na dole pusto, bo to rano.
Tylko jedna para w kącie. Trzymają się za ręce. On mówi: „Będziemy zawsze razem. Proszę pana czarną i oranżadę.” Kelner idzie szybko za
kotarę i tam dopiero wybucha śmiechem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
