piątek, 31 stycznia 2014

Bez nowego początku

Dotrzeć – gdzie?

Norman Craig

Cóż, bardziej niewinnego
niż przyjście,
obietnica nowego
początku?

Stawiamy stopę
w miejscu nieznanym,
albo w miejscu
gdzie kiedyś cierpieliśmy.

I wita nas głupia nadzieja,
mówiąc: Jaki cudny wiosenny dzień.
I uśmiecha się czarująco
Pośród opadających liści.

Przełożył Andrzej Szuba

czwartek, 30 stycznia 2014

Nie ma dla nas miejsca



Kiedy wreszcie?

Flavia Cosma

Kiedy wreszcie nałożysz sobie kaganiec,
Samotny psie,
Co wciąż ujadasz w moim sercu?
Hau! Wrr!
Ujada znowu, ujada ból:
Au-u! Au-u!
Nie ma tutaj dla nas miejsca,
Dokąd mamy pójść?
Nie znamy przecież geografii nieistnienia
I tkwimy tak,
Uwięzieni w swoim ciele,
Nawet jeżeli od czasu do czasu wymieniamy miedzy sobą
Serca, płuca, nerki,
Półprzewodniki.
Jedynie pies pozostaje wierny w każdym z nas,
Ujada i ujada,
Wściekły, z pianą na pysku.

Kiedy wreszcie nałożysz sobie kaganiec,
O, Nieśmiertelny?

Przełożyła Irena Harasimowicz-Zarzecka

środa, 29 stycznia 2014

W ogóle nie chcę swej cielesności

Przyjdź zmierzchu

Kateřina Rudčenková

Ten wieczorny dobrzmiewający prąd ludzi
słabnące światło, które cofa się z ulic
Nie chcę się zestarzeć jak kobieta przy stole obok
której zmarszczki są głębokie jak wzór na swetrze
jej partnera

nie chcę się zestarzeć jak kobieta przy drugim stole
której włosy są bardziej podobne do peruki
niż peruka jest zdolna być podobna do włosów
w ogóle nie chcę swej cielesności która mnie ściska
jak niewygodna kajuta
tyle promieniejących ludzi i wraków ja między nimi
wystawiająca ciało do słońca
a życie na przypadkowe interpretacje

Przełożył Franciszek Nastulczyk

wtorek, 28 stycznia 2014

Żałobna szata powiewa


Krawędź

Sylvia Plath

Kobieta osiągnęła doskonałość
Jej martwe

Ciało ma uśmiech dokonania,
Złuda greckiego determinizmu

Płynie w zwojach jej togi,
Jej bose

Stopy zdają się mówić;
Doszłyśmy dotąd, to już kres.

Zmarłe dzieci skręcone jak białe węże,
Każde przy małym

Dzbanie mleka już próżnym.
Ona zwija je

Z powrotem w swe ciało jak
Róża swe płatki, gdy ogród

Tężeje i zapachy uchodzą
Z głębokich świeżych krtani kwiatu nocy.

Księżyc nie musi się smucić
Patrząc z kościanego kaptura.

On przywykł do tych spraw.
Jego żałobna szata powiewa.

tłum. Teresa Truszkowska

Ten wiersz Poetka napisała na kilkanaście godzin przed samobójczą śmiercią.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Być może to ja leżę w tym grobie

Cmentarz

Dagmar Nick

Nie wiem, czy to ja,
czy to ty,
kto milczy tu, ja w twojej,
czy to ty w mojej,
martwej skórze
tkwisz -

Jakże zazębiły się
ze sobą doznania,
kręgi dwu przeszłości
nałożyły się na siebie, jakbyśmy
zamienili się czasem, i
być może to ja
leżę w tym grobie, a twoje
oblicze nad nim w tym
nieprzeniknionym niebie.

Tłumaczyła Edyta Popielarz

niedziela, 26 stycznia 2014

Wszystko zgasło

Dźwięk dzwonu

Pierre Reverdy

Wszystko zgasło
Wiatr przelatuje ze śpiewem
I drżą drzewa
Zwierzęta wymarły
Nie ma już nikogo
Spójrz
Gwiazdy się zatarły
Ziemia przestała się obracać
Pochyliła się głowa
Włosy wymiatają noc
Na ostatniej stojącej dzwonnicy
Bije północ

tłum. Julia Hartwig

piątek, 24 stycznia 2014

The Ballad of Lonely Masturbator

 Wieczorem rozważałam w sercu słowa Sørena Kierkegaarda: „Posłuchaj krzyku noworodka w chwili narodzin, przyjrzyj się zmaganiom ze śmiercią w ostatniej godzinie – a potem zdecyduj: czy można oczekiwać, że może być przyjemnością coś, co się w taki sposób zaczyna i kończy.”

Tak, posępny duński filozof się nie myli! Jakich przyjemności, uniesień czy rozkoszy może doznać iskierka boskości, eteryczna psyche zakuta w proteinowe kajdany?? Więźniarka wrażliwego na ból białkowego kokonu, którym często wstrząsa gorączka, dręczą go choroby, z którego przez tydzień w miesiącu wylewa się krew, zaś guz nowotworowy może zagnieździć się w szarych zwojach mózgu, wzniecić paroksyzmy nieustannego bólu, unicestwić nerki, podziurawić jelita lub rozerwać macicę.

W styczniu noce są wciąż bosko długie. Czuję się, oczywiście w rubieżach swoich możliwości, wcale dobrze Nie tęsknię za wiosną, lękam się raczej jej nadejścia. Wędruję jak we śnie, opadam na dno jeziora pustki, obojętności i bezsensu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pętla lęku, psychicznych napięć, nieustannego znużenia zaciska się coraz bardziej. Nie wykluczam, że sprawa dozna ostatecznego rozwiązania już za kilka miesięcy – i to bez mojego aktywnego udziału.

Wspominam mój świąteczny urlop, spokojny, udany. Bałtyckie plaże głaskał i pieścił ciepły wiatr. Nie mogłabym zamarznąć, nawet gdybym podjęła taką próbę. Przez 12-14 godzin znajdowałam azyl w krainie snu, długo oddawałam się pielęgnacji ciała. Nie zapominałam o lekturze. Trzy, cztery godziny dziennie urządzałam spacery nad morzem, najczęściej już po zmroku, gdy zapalały się światła okrętów, zaś na gładkim lustrze Bałtyku igrał blask księżyca, portowych lamp i latarni morskich.

Piłam w tawernach grzane wino, lecz pustka i obłęd nie wypuściły mnie swe swego uścisku. Otulona szczelnym płaszczem absurdu postanowiłam urządzić seans masturbacji. I to w samą Wigilię!

Tak, jako manichejskiej Doskonałej nie wolno mi oddawać się zmysłowym radościom, ale szczerze mówiąc, katarzy dawno wyginęli i jaka tam ze mnie Perfecta! Nawet nie jestem wegetarianką, bowiem na samej roślinnej diecie po kilku menstruacjach zniszczyłaby mnie anemia. Zresztą żeńskim Doskonałym zakazane były tylko erotyczne kontakty z mężczyznami. O masturbacji milczą historyczne źródła. Niektórzy katarzy podobno nauczali: „Poniżej pępka nie ma grzechu”.

Najważniejszym wszakże stał się argument, że ta osobliwa interakcja nie ma na celu osiągnięcia zmysłowej ekstazy – nigdy nie stała się ona moim udziałem. Erotyczne stymulacje na mnie nie działają. Niezależnie od okoliczności czuję się wtedy jak kłoda mocno już spróchniałego drewna.

Seans onanizmu w same radosne święta Bożego Narodzenia miał stać się manifestacją tkwiącej we mnie nicości, sposobem upokorzenia, metodą upodlenia i wymierzenia sobie kary.

W samą Wigilię jeszcze się w powstrzymałam. Ale w pierwszy dzień Świąt uległam – równie śmieszny jak żałosny akt autoerotyzmu zakończył abstynencję seksualną trwająca prawie siedem lat!!

Po nadmorskim spacerze wzięłam długi prysznic. Nad miastem zapadła już grudniowa noc, rozświetlana przez blask choinek.
Wypiłam wielkimi łykami resztki czerwonego wina Primitivo prosto z butelki.

Nałożyłam piżamkę, włączyłam radio RMF FM i wsunęłam się pod kołdrę. Przez kilka minut kontemplowałam surrealistyczną rzeczywistość, przygotowując się mentalnie do aktu. Nie zamierzałam pobudzać clitoris – byłoby to zbyt proste i łagodne. Postanowiłam posłużyć się wspomnianą butelką. Po kilku minutach wahaniach zrzuciłam z siebie kołdrę, zdjęłam spodnie od pidżamy. Sięgnęłam po butelkę, pocałowałam ulegle szyjkę – zimnego, szklanego kochanka. Potem obficie potraktowałam szkło nawilżaczem. Z niechęcią i ociąganiem rozchyliłam nogi, modelowe, pokryte bladością, jak utoczone z najszlachetniejszego marmuru. Światło zostawiłam włączone – chciałam czy też raczej zmuszona byłam przez swego wewnętrznego kata widzie wszystko.

Za pomocą nawilżacza przygotowałam do aktu subtelne płatki mojej dziewczęcości. Nie trzeba dodawać, że okazałam w najbardziej intymnym miejscu sucha jak piaski Atakamy.

Zadrżałam z lęku i wstydu, mimo to sięgnęłam po butelkę i dotknęłam końcem szyjki delikatnych płatków, osłaniających sekretne wejście. Okazały się zaciśnięte i niechętne, mimo nawilżającego żelu. Odłożyłam butelkę, rozchyliłam je ponownie – sięgnęłam po moje narzędzie rozkoszy czy też raczej tortur. Zimne szkło sprawiło, że przeniknął mnie strumień budzących najwyższą abominację dreszczy.

Mimo to stałam się swoim własnym oprawcą. Przypomniałam sobie wiersz Anne Sexton; „The Ballad of Lonely Masturbator”:

The end of the affair is always death.
She’s my workshop. Slippery eye,
out of the tribe of myself my breath
finds you gone. I horrify
those who stand by. I am fed.
At night, alone, I marry the bed.

Finger to finger, now she’s mine.
She’s not too far. She’s my encounter.
I beat her like a bell. I recline
in the bower where you used to mount her.
You borrowed me on the flowered spread.
At night, alone, I marry the bed.

Zebrałam siły, przepędziłam napominającego mnie surowo anioła wstydu, zacisnęłam wargi i włożyłam w siebie szyjkę od butelki.

Od dawna nie jestem nietknięta, co przepełnia mnie bezbrzeżnym smutkiem. Moje niegdysiejsze pławienie się i taplanie w erotycznym bagnie sprawiły, że w przesmyku dziewczęcości z pewnością nie jestem wąska. Ale długi czas celibatu nie pozostał bez następstw. Wejście okazało się niezwykle ciasne. Przeszyło mnie ostrze szklanego bólu, i to mimo umiejętnego zastosowania żelu nawilżającego. Wydałam z siebie ciche westchnienie protestu i rezygnacji. Przez umysł jak meteor przemknęła mi myśl, że zamiast urządzać masturbacyjny teatr powinnam przeciąć sobie tętnicę udową.

Ale zaczęłam tylko wykonywać określone ruchy – wsuwałam i wysuwałam szklany instrument udręki raz za razem, raz za razem…

Wtedy z radia popłynęły dźwięki majestatycznej kolędy:

Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi…

Uświadomiłam sobie z masochistyczną satysfakcją, że w swoim jak najbardziej nagannym i godnym najwyższego ubolewania upadku osiągnęłam kolejne dno. Oto w pierwszy dzień Świąt, gdy ludzie biesiadują przy światłach choinki w radosnym towarzystwie swoich bliskich i cieszą się prezentami, Kornelia leży samotna, rozciągnięta na łóżku w pokoju pustego zimowego hotelu i wbija w siebie butelkę, czując tylko wstyd, ból upodlenie i ani śladu rozkoszy…

Kontynuując tę dehumanizującą czynność powtarzałam sobie kolejne strofy wiersza Anne Sexton:

Take for instance this night, my love,
that every single couple puts together
with a joint overturning, beneath, above,
the abundant two on sponge and feather,
kneeling and pushing, head to head.
At night alone, I marry the bed.

I break out of my body this way,
an annoying miracle. Could I
put the dream market on display?
I am spread out. I crucify.
My little plum is what you said.
At night, alone, I marry the bed.

Then my black-eyed rival came.
The lady of water, rising on the beach,
a piano at her fingertips, shame
on her lips and a flute’s speech.
And I was the knock-kneed broom instead.
At night, alone, I marry the bed.

She took you the way a woman takes
a bargain dress off the rack
and I broke the way a stone breaks.
I give back your books and fishing tack.
Today’s paper says that you are wed.
At night, alone, I marry the bed.

The boys and girls are one tonight.
They unbutton blouses. They unzip flies.
They take off shoes. They turn off the light.
The glimmering creatures are full of lies.
They are eating each other. They are overfed.
At night, alone, I marry the bed.

Ból złagodniał i odszedł, ale nie zastąpił go nawet marny cień ekstazy.

Po mniej więcej 15 minutach omdlały mi ramiona. Perwersyjny akt dobiegł końca, lecz dopełniłam miarę upokorzenia, leżąc z włożoną w siebie butelką po winie Primitivo jeszcze prawie dwie godziny.