In Tenebris (I)
Thomas Hardy
Percussus sum sicut foenum, et aruit cor meum
Psalm 102
Mrocznieje mroźna
Noc; lecz mnie już nie dotknie
Opuszczenie: dwukrotnie
Skonać nie można.
Płatki rwie wicher;
Mnie ta zerwania scena
Już nie dręczy: wspomnienia
To cienie liche.
Ptak z trwogi słabnie:
Ja w porze zimy ciemnej
Sił nie stracę: moc ze mnie
Uszła już dawniej!
Szron liście mrozi;
Przecież nic nie oziębi
Serca, gdy w jego głębi
I tak chłód grozy.
Świst zawieruchy:
Lecz miłość burzą mroku
Nie starga znów w tym roku
Uschłej otuchy.
Noc czernią zieje:
Lecz śmierć jest znanym wątkiem,
Gdy się czeka – bez zwątpień
I bez nadziei.
Tłumaczył Stanisław Barańczak
piątek, 28 lutego 2014
czwartek, 27 lutego 2014
W bezlitosnych kleszczach lęku
Strach
Charles Simic
Strach przechodzi z człowieka na człowieka
Bezwiednie,
Jak dreszcz, co udziela się liściom
Od innych liści.
I naraz całe drzewo drży,
A nie ma ani śladu wiatru.
Tłumaczył Stanisław Barańczak
Charles Simic
Strach przechodzi z człowieka na człowieka
Bezwiednie,
Jak dreszcz, co udziela się liściom
Od innych liści.
I naraz całe drzewo drży,
A nie ma ani śladu wiatru.
Tłumaczył Stanisław Barańczak
środa, 26 lutego 2014
Przyzwyczajam się do bycia martwą
Inger Christensen
Próbowałam opowiedzieć o świecie który nie istnieje
żeby zaistniał. Powietrze zawieszone nieruchomo w powietrzu
nad polami za miastem gdzie już nie chodzę.
Radość z dystansu do którego przywykłam. Spokój
w niepokoju do którego przywykłam. Jak przy wysokiej gorączce radość że nic nie znaczę.
Próbowałam trzymać świat na dystans. Było to łatwe.
Przywykłam trzymać świat na dystans. Jestem obca.
Najlepiej czuję się jako obca. W ten sposób
zapominam świat. W ten sposób nie płaczę już i się nie
miotam. W ten sposób świat staje się biały i obojętny.
I przebywam gdziekolwiek. I stoję zupełnie nieruchoma.
W ten sposób przyzwyczajam się do bycia martwą.
To jest krytyka władzy człowieka nad językiem
bo to krytyka władzy języka nad człowiekiem.
Przełożyła Bogusława Sochańska
Próbowałam opowiedzieć o świecie który nie istnieje
żeby zaistniał. Powietrze zawieszone nieruchomo w powietrzu
nad polami za miastem gdzie już nie chodzę.
Radość z dystansu do którego przywykłam. Spokój
w niepokoju do którego przywykłam. Jak przy wysokiej gorączce radość że nic nie znaczę.
Próbowałam trzymać świat na dystans. Było to łatwe.
Przywykłam trzymać świat na dystans. Jestem obca.
Najlepiej czuję się jako obca. W ten sposób
zapominam świat. W ten sposób nie płaczę już i się nie
miotam. W ten sposób świat staje się biały i obojętny.
I przebywam gdziekolwiek. I stoję zupełnie nieruchoma.
W ten sposób przyzwyczajam się do bycia martwą.
To jest krytyka władzy człowieka nad językiem
bo to krytyka władzy języka nad człowiekiem.
Przełożyła Bogusława Sochańska
wtorek, 25 lutego 2014
Kornelia drży ze strachu
Strach
Pavel Bunčák
Kiedy zraniona dusza
biegła przez moje członki
szukała schronienia w sercu
serce w sercu serce w sercu
Ty kosmiczny spokoju
ze swoim metalowym głosem
cóż to tak gwiżdżesz z całych sił
z całej swej kulistości
że ludzkie ucho nie usłyszy
póki przytknięte do policzka
Ale i wspomnienie o tobie
twarz ma wilgotną i oczy czerwone
daremnie szukałaś na pogorzelisku
jedynego kwiatu niebieskookiego
Siło przemieniona w cierpienie
co ja z tobą pocznę
płodzę cię a nie masz ni skrzydła
Na którą gałąź siądziesz?
Przełożył Marian Grześczak
Pavel Bunčák
Kiedy zraniona dusza
biegła przez moje członki
szukała schronienia w sercu
serce w sercu serce w sercu
Ty kosmiczny spokoju
ze swoim metalowym głosem
cóż to tak gwiżdżesz z całych sił
z całej swej kulistości
że ludzkie ucho nie usłyszy
póki przytknięte do policzka
Ale i wspomnienie o tobie
twarz ma wilgotną i oczy czerwone
daremnie szukałaś na pogorzelisku
jedynego kwiatu niebieskookiego
Siło przemieniona w cierpienie
co ja z tobą pocznę
płodzę cię a nie masz ni skrzydła
Na którą gałąź siądziesz?
Przełożył Marian Grześczak
poniedziałek, 24 lutego 2014
Kornelia wciąż się boi
Lęk
Ewa Lipska
Nie pytaj o Kartagińczyków.
Zginęli z lęku.
Nie pytaj co z nim zrobić.
Gdzie go wyprowadzić.
Na jakie manowce.
Gdzie porzucić. Zgubić.
Kiedy za każdym razem
wraca jak bumerang.
Wręczałam mu najdalsze bilety
i kontynenty.
Zabijałam w ciemnych uliczkach
i na otwartych przestrzeniach.
Częstowałam trucizną.
Odwoływałam się do Boga i do policji.
Na wrzosowiskach podziwiam motyla.
Nocami karmię nietoperze.
Z wierzchołka góry
obserwuję
zachodzącą ostrygę słońca.
Wybaczcie mi to…
Ewa Lipska
Nie pytaj o Kartagińczyków.
Zginęli z lęku.
Nie pytaj co z nim zrobić.
Gdzie go wyprowadzić.
Na jakie manowce.
Gdzie porzucić. Zgubić.
Kiedy za każdym razem
wraca jak bumerang.
Wręczałam mu najdalsze bilety
i kontynenty.
Zabijałam w ciemnych uliczkach
i na otwartych przestrzeniach.
Częstowałam trucizną.
Odwoływałam się do Boga i do policji.
Na wrzosowiskach podziwiam motyla.
Nocami karmię nietoperze.
Z wierzchołka góry
obserwuję
zachodzącą ostrygę słońca.
Wybaczcie mi to…
niedziela, 23 lutego 2014
Triumfująca rzeka zagłady
Poruszyła się na posłaniu…
Tomas Segovia
Poruszyła się na posłaniu
(I jakaś sól Sahary smagnęła ją milczącą
Bo żyć jest także tępym przerażeniem)
Na dworze rozwidniało się
(I chmurne serce gradem lodu wypełniło jej żyły
Bo życie jest bestią tak nienasyconą
Że w pełnym locie pożera pragnieniu wnętrzności)
Cierpkość alkoholu kąsając dogorywała
(I mroźna i czarna gąbczasta bawełna cieni
Wyssała ciepło jej krwi
bo miłość nawet ona sama jest zatruta)
Język jej żałosny odłóg po tytoniu
(I wyśliznęła się pod stopy jej tunika os
Bo w życiu nie ma miejsca dla życia)
Zachłysnęła się własnym łkaniem
(I jej nieruchome oczy zaprzepaściły się
Bo nikogo nigdy nie spotykamy
W spustoszonych przesmykach serca)
Wyciągnęła ramię po flakonik
(I jej brzuch był spowolnionym ruchem wodospadu
Pod którym nieprzerwanie rozwiera się próżnia
Bo iść przez świat to iść przez jaskinię
Oczu zamurowanych i szalonych)
Zaczęła gryźć pastylki co były jak kamień
(I jakaś ręka nieobecności z rozczapierzonymi palcami
Przedarła się przez nią na wskroś
I wpuściła za sobą
Wielkie zasoby czarnego spokoju
Wielką triumfującą rzekę zagłady)
Bo jesteśmy tacy samotni
-Bo nie ma dłoni w którą można złożyć
Naszą daninę ze strzępów tkliwych
Z mrocznych kałuż na których tańczy błysk
Bo nie ma nikogo kto by nas wydostał na brzeg
Bo nie ma nic nie ma nic do zrobienia
Przełożył Edward Stachura
Tomas Segovia
Poruszyła się na posłaniu
(I jakaś sól Sahary smagnęła ją milczącą
Bo żyć jest także tępym przerażeniem)
Na dworze rozwidniało się
(I chmurne serce gradem lodu wypełniło jej żyły
Bo życie jest bestią tak nienasyconą
Że w pełnym locie pożera pragnieniu wnętrzności)
Cierpkość alkoholu kąsając dogorywała
(I mroźna i czarna gąbczasta bawełna cieni
Wyssała ciepło jej krwi
bo miłość nawet ona sama jest zatruta)
Język jej żałosny odłóg po tytoniu
(I wyśliznęła się pod stopy jej tunika os
Bo w życiu nie ma miejsca dla życia)
Zachłysnęła się własnym łkaniem
(I jej nieruchome oczy zaprzepaściły się
Bo nikogo nigdy nie spotykamy
W spustoszonych przesmykach serca)
Wyciągnęła ramię po flakonik
(I jej brzuch był spowolnionym ruchem wodospadu
Pod którym nieprzerwanie rozwiera się próżnia
Bo iść przez świat to iść przez jaskinię
Oczu zamurowanych i szalonych)
Zaczęła gryźć pastylki co były jak kamień
(I jakaś ręka nieobecności z rozczapierzonymi palcami
Przedarła się przez nią na wskroś
I wpuściła za sobą
Wielkie zasoby czarnego spokoju
Wielką triumfującą rzekę zagłady)
Bo jesteśmy tacy samotni
-Bo nie ma dłoni w którą można złożyć
Naszą daninę ze strzępów tkliwych
Z mrocznych kałuż na których tańczy błysk
Bo nie ma nikogo kto by nas wydostał na brzeg
Bo nie ma nic nie ma nic do zrobienia
Przełożył Edward Stachura
piątek, 21 lutego 2014
Nie ma ratunku dla Kornelii
Wołanie o pomoc
Błaga Dimitrowa
Ktoś we mnie woła nieustannie.
Jakże mu przyjść z pomocą?
Skoro zamyka się w samotności,
skoro sam się zakuwa w katorżniczy kierat
i postukuje więziennym chodakiem,
żebym go wypuściła na wolność.
A kiedy miłość moja rozkruszy mury
i nieskończonością mnie oszołomi,
on, nadłamany, cofa się jak korzeń
i zawraca ku sobie.
Ktoś nie do uratowania woła we mnie.
Przełożył Jacek Bukowski
Błaga Dimitrowa
Ktoś we mnie woła nieustannie.
Jakże mu przyjść z pomocą?
Skoro zamyka się w samotności,
skoro sam się zakuwa w katorżniczy kierat
i postukuje więziennym chodakiem,
żebym go wypuściła na wolność.
A kiedy miłość moja rozkruszy mury
i nieskończonością mnie oszołomi,
on, nadłamany, cofa się jak korzeń
i zawraca ku sobie.
Ktoś nie do uratowania woła we mnie.
Przełożył Jacek Bukowski
Subskrybuj:
Posty (Atom)