Elegia dla Jane
mojej studentki, zmarłej
po zrzuceniu z siodła przez konia
Theodore Roethke
Pamiętam pierścionki włosów na karku, wilgotne i miękkie jak pędy powoju;
I jej szybkie spojrzenie, szczupaczo skośny uśmiech;
I jak, gdy już ją się wyrwało z zamyślenia do odpowiedzi,
Balansowała na skocznych sylabach, ciesząc się własnym myśleniem,
Strzyżyk, radosny, z ogonkiem pod wiatr,
Piosenką wprawiający w drżenie gałązki i witki.
Cień śpiewał wraz z nią;
Szepty liści stawały się pocałunkami;
W bielonych dołkach pod krzakami róż śpiewała pleśń.
Och, kiedy było jej smutno, rzucała się w tak doskonałe głębiny,
że nie mógłby jej znaleźć nawet ktoś jak ojciec,
Gdy ocierała policzek o źdźbło,
Mąciła najprzejrzystszą wodę.
Wróbelku, nie ma cię,
Nie czekasz już jak paproć, z jej kolczastym kręgosłupem cienia.
I nie są mi pociechą powierzchnie mokrych głazów
Ani zraniony resztką światła mech.
Gdybym ja tylko mógł wytrącić cię z tego snu,
Okaleczony skarbie, trzepoczący się nad wodą gołębiu.
Nad tym wilgotnym grobem mówię słowa, które są wyznaniem
Miłości: ja, bez prawa do niej,
Ani ojciec, ani kochanek.
Przełożył Stanisław Barańczak
Komentarz Kornelii: Theodore Roethke, klasyk amerykańskiej poezji XX wieku, miał skłonności do mocnych trunków i depresji. Podkochiwał się w swoich studentkach, wreszcie poślubił jedną z nich. W tej niezwykłej Elegii oddał hołd innej swej studentce, Jane Bannick, która poniosła śmierć, zrzucona przez konia. Podobno poeta znał Jane słabo, studiowała u niego tylko kilka miesięcy. W wierszu opowiada nie tyle o nieszczęsnej dziewczynie, co oddaje stan swoich uczuć, głęboko poruszony zgonem młodej osoby, tak brutalnie wyrwanej z życia. Opiewa Jane jako należącą do świata przyrody, jako strzyżyka, wróbelka, jako paproć. Tylko, że przyroda odradza się wiosną, zaś studentka nigdy już nie wstanie z wilgotnego grobu.
Roethke pragnie bardziej okazywać swą rozpacz- ale społeczne konwenanse nie pozwalają na to – nie był przecież ojcem ani kochankiem panny Bannick – tym ostatnim zapewne być pragnął…
Cóż mogę powiedzieć….Śmierć młodych osób, śmierć przedwczesna, zawsze wzbudza gwałtowne uczucia – smutek, melancholię, nawet grozę Nie przeszły przecież naturalnych etapów życia – dorosłości, małżeństwa, rodzicielstwa, wieku podeszłego. Ale trzeba się śpieszyć. Nawet, jakbym umarła teraz, na co się nie zanosi, moje 37 lat na tablicy grobowej nie sprawią już na nikim wrażenia. Jane z pewnością nie chciała umierać – tyle jej, że pozostanie zawsze młoda i poeta ją unieśmiertelnił. Ja się boję wszelkich zwierząt, tylko koty lubię. Dziś w lesie musiałam omijać jakieś 60 ujadających wściekle ohydnych czworonogów. Za perskie skarby nie wsiadłabym na konia, zazwyczaj okropnie pachnącego. Dlatego będę żyła jeszcze długo i mało szczęśliwie. Aj, czeka mnie jeszcze wstrętne pasmo gorzkich dni… No chyba, że wjadę w długą smycz jakiegoś kundla i złamię kark, co oby się stało…
sobota, 28 lutego 2015
piątek, 27 lutego 2015
Ostrze wchodziło we mnie
Krzyczałem w nocy
Tadeusz Różewicz
Krzyczałem w nocy
Umarli stali
W moich oczach
Cicho uśmiechnięci
Ostrze ciemności
Wchodziło we mnie
Zimne martwe
Otwarło
Moje wnętrzności
******
Komentarz Kornelii: Nawet nie ma po co komentować. Poeta miał prawo krzyczeć w nocy po krwawym wojennym koszmarze. Ale wiersz także o mnie. Nie chciałam, żeby to się stało. Niczego nie pamiętam. To nie byłam ja. Nie ma mnie. Jak długo jeszcze to ma trwać?
Wiersz z gatunku, jak je nazywam „balkonowych”.
Po lekturze nic, tylko wyjść na balkon i wyć do księżyca. I scena balkonowa:
Kora na balkonie: Auuuuu! Auuuuuu!!
Księżyc: (milczy).
Sąsiad: Cicho tam! Dzieci śpią!!
****
Chyba pójdę wyć do lasu.
Tadeusz Różewicz
Krzyczałem w nocy
Umarli stali
W moich oczach
Cicho uśmiechnięci
Ostrze ciemności
Wchodziło we mnie
Zimne martwe
Otwarło
Moje wnętrzności
******
Komentarz Kornelii: Nawet nie ma po co komentować. Poeta miał prawo krzyczeć w nocy po krwawym wojennym koszmarze. Ale wiersz także o mnie. Nie chciałam, żeby to się stało. Niczego nie pamiętam. To nie byłam ja. Nie ma mnie. Jak długo jeszcze to ma trwać?
Wiersz z gatunku, jak je nazywam „balkonowych”.
Po lekturze nic, tylko wyjść na balkon i wyć do księżyca. I scena balkonowa:
Kora na balkonie: Auuuuu! Auuuuuu!!
Księżyc: (milczy).
Sąsiad: Cicho tam! Dzieci śpią!!
****
Chyba pójdę wyć do lasu.
czwartek, 26 lutego 2015
Całą zimę kraczą kruki.
Cisza
Niels Hav
Mowa jest srebrem
a milczenie strachem:
Żyjemy i umieramy z zaciśniętymi zębami,
rzeczy niewypowiedziane zostają w niebycie.
On stoi u szczytu domu i rozmyśla
jak wariat, gdy światło zmienia się
z porami roku. Nagle wraca
jednak po swą myśliwską strzelbę.
Jej sucha skóra pęka, od teraz
ma ochotę tylko oglądać Koło fortuny
i zagapić się na śmierć.
Całą zimę kraczą kruki.
Milczący parkuje samochód na skraju lasu;
cisza.
Przełożył z duńskiego Paweł Kaźmierczak
Komentarz Kornelii: Absolutnie mroczny wiersz współczesnego duńskiego poety. Odczytuję utwór jako opowieść o lęku, depresji, braku nadziei, wiecznej ciemności umysłu, niemożliwości komunikacji między ludźmi. Żyjemy z zaciśniętymi zębami, nie potrafimy, nie chcemy rozmawiać.
Kraczące kruki zapowiadają zgubę. Kraczą długo, nie ma widoków na ocalenie. On przez lata marzy o samobójstwie, pragnie rzucić się z wysokości, w końcu wraca po strzelbę. Jedzie do zimowego lasu, aby położyć kres swemu życiu.
Ona (żona, partnerka, sąsiadka?) popada w szaleństwo – pęka sucha skóra, czyli maska do tej pory zapewniająca pewną równowagę, trwanie. Kobieta porzuca wszelką aktywność, pragnie tylko bezmyślnie gapić się w ekran, i tak umrzeć.
Zazwyczaj nie zamieszczam utworów na temat relacji żeńsko-męskich, które są poza zasięgiem mego pojmowania i empatii. Powyższy wiersz jest wszakże wyjątkowo smutny, w moim klimacie, ponadto nie możemy mieć pewności, czy obie postacie pozostawały ze sobą w związku.
Cóż, ja prawie z nikim nie rozmawiam. Nie zabiję się. Po co zresztą, skoro od dawna nie żyję? Kruki kraczą, absurdalny świat napawa mnie trwogą, odbiera mi powietrze…
Niels Hav
Mowa jest srebrem
a milczenie strachem:
Żyjemy i umieramy z zaciśniętymi zębami,
rzeczy niewypowiedziane zostają w niebycie.
On stoi u szczytu domu i rozmyśla
jak wariat, gdy światło zmienia się
z porami roku. Nagle wraca
jednak po swą myśliwską strzelbę.
Jej sucha skóra pęka, od teraz
ma ochotę tylko oglądać Koło fortuny
i zagapić się na śmierć.
Całą zimę kraczą kruki.
Milczący parkuje samochód na skraju lasu;
cisza.
Przełożył z duńskiego Paweł Kaźmierczak
Komentarz Kornelii: Absolutnie mroczny wiersz współczesnego duńskiego poety. Odczytuję utwór jako opowieść o lęku, depresji, braku nadziei, wiecznej ciemności umysłu, niemożliwości komunikacji między ludźmi. Żyjemy z zaciśniętymi zębami, nie potrafimy, nie chcemy rozmawiać.
Kraczące kruki zapowiadają zgubę. Kraczą długo, nie ma widoków na ocalenie. On przez lata marzy o samobójstwie, pragnie rzucić się z wysokości, w końcu wraca po strzelbę. Jedzie do zimowego lasu, aby położyć kres swemu życiu.
Ona (żona, partnerka, sąsiadka?) popada w szaleństwo – pęka sucha skóra, czyli maska do tej pory zapewniająca pewną równowagę, trwanie. Kobieta porzuca wszelką aktywność, pragnie tylko bezmyślnie gapić się w ekran, i tak umrzeć.
Zazwyczaj nie zamieszczam utworów na temat relacji żeńsko-męskich, które są poza zasięgiem mego pojmowania i empatii. Powyższy wiersz jest wszakże wyjątkowo smutny, w moim klimacie, ponadto nie możemy mieć pewności, czy obie postacie pozostawały ze sobą w związku.
Cóż, ja prawie z nikim nie rozmawiam. Nie zabiję się. Po co zresztą, skoro od dawna nie żyję? Kruki kraczą, absurdalny świat napawa mnie trwogą, odbiera mi powietrze…
środa, 25 lutego 2015
Kornelia zirytowana w Narodowym
Oglądałam spektakl „Tango” w Teatrze Narodowym, przedstawienie uznane za wybitne. Sztuka jest grana od 2009 roku już ponad 150 razy. Niestety,po tej kąpieli w morzu kultury za powodującą palpitacje serca cenę biletu w wysokości 90 zł mój entuzjazm do dzieła Melpomeny w znacznym stopniu rozwiał się, zniknął i ulotnił. Wyszłam z teatru bardziej neurotyczna i zmęczona, niż weszłam.
Zapewne miałam zły wieczór, nie tego się spodziewałam, wydaje się jednak, że mojej melancholii, lęku i totalnej nadwrażliwości nie uda się przezwyciężyć nawet sztuką sceniczną. Lepiej zostać w domu i spać albo książki czytać.
A mam jeszcze bilety na jakieś 6 przedstawień, będę musiała jakoś to przemęczyć.
Wszystko zapowiadało się znakomicie – przejechałam bez biletu i problemów z niskim poziomem lęku, wiedziałam już, gdzie są toalety, więc wiadome czynności spełniłam spokojnie i bez żenujących incydentów. Pozwoliłam sobie nawet na małą kawę, sama przy czteroosobowym stoliku. Wiedziałam, że będzie przerwa i w razie konieczności sobie poradzę.
Ale potem los pokazał swe gniewne oblicze. Nie cierpię teatrów, które wpuszczają późno na widownię. Pragnę zająć miejsce co najmniej 10 minut przed początkiem spektaklu, żeby odprężyć się i skupić.
Niestety, w Narodowym czekają do ostatniej minuty. Dobrze wiedzą, że w tym teatrze wypada się pokazać, Warszawka szturmuje kasy, zawsze jest nadkomplet, toteż być może z tej przyczyny mają widzów za nic.
O godzinie 19 na wejście czekał już tłum, otoczona ludźmi przelękłam się, zatopiły mnie fale paniki i poczułam, że staję się mokra. Na domiar złego pani wyjaśniła, że miejsca numerowane obowiązują tylko w II akcie, w I każdy siada tam, gdzie chce (czytaj; gdzie może, oznacza to wyścig do miejsc). Ludzie zaczęli się irytować i ja też uniosłam się gniewem. Nie po to kupiłam bilet dwa miesiące wcześnie i zapłaciłam 90 zł, żeby teraz się tłoczyć. Chcę moje miejsce w pierwszym rzędzie, żeby wszystko widzieć!
Pani tłumaczyła, że to nie jej pomysł, tylko reżysera, a ponadto jest tylko jeden krąg krzeseł dookoła sceny, tak więc każdy siedzi w pierwszym rzędzie i wszyscy są zadowoleni.
Kiedy zaczęto wreszcie wpuszczać, ścisk się zrobił jeszcze większy, jako, że widzowie ścigali się do miejsc. Myślałam, że zacznę krzyczeć. Życzyłam gorąco reżyserowi Jarockiemu, żeby przewrócił się na skórce od banana i przestał reżyserować spektakle przynajmniej na miesiąc.
Na szczęście przytomnie spostrzegłam, że otwierają drugie drzwi, wyrwałam się z ciżby do i dostałam na mroczną salę z drugiej strony. Dookoła wielkiej sceny stały staroświeckie krzesła i kanapy. Zainstalowałam się na białym krześle – okazało się nieprzyjemnie twarde. Na szczęście miałam po obu stronach panie, nie rozprzestrzeniające się bezwstydnie (niestety, jedna głośnym z kaszlem).
Ach, oświetlenie okazało się beznadziejnie słabe! Na scenie było stanowczo za ciemne, co utrudniało kontemplowanie gry aktorów. Scenografia z katafalkiem i obdrapanym stołem przypominała wielką rupieciarnię, pełnej smętku i pajęczyny.
Także scena stanowczo za wielka, tak, że aktorzy biegali i przemieszczali się na znacznej przestrzeni – oglądanie wszystkich komediantów naraz czy też niektórych scen okazało się niemożliwe. Niektórzy widzowie w pewnym momencie musieli spoglądać na plecy naszych gwiazd. Bardzo mi się podobała Eleonora (Katarzyna Gniewkowska) w podartych dżinsach, ukazujących kuszące fragmenty skory, i bosa – miała śliczne białe stopki z pomalowanymi bordo paznokciami i niebieskimi żyłkami. Zasmuciło mnie wszakże, że do mojego miejsca zbliżała się rzadko, a na drugiej stronie sceny nie mogłam jej właściwie dostrzec. Raz tylko usiadła przede mną na krześle i położyła stopki na drugim krześle, poruszała paluszkami – widok wprost bajeczny.
Za to częściej zbliżał się do mnie Stomil (Jan Frycz), rozchełstany, z obnażonym brzuchem tak wielkim, jakby już 9 miesiąc nosił pod sercem dziecię.
Miałem wykupiony bilet w pierwszym rzędzie, oczekiwałam zatem, że aktorzy będą grali tuż przede mną, dlatego widząc (a raczej nie widząc lub słabo widząc) obecną niedoświetloną inscenizację nie mogłam opanować gniewu i trudno mi było skoncentrować się na akcji.
Czekałam niecierpliwie na przerwę. Kiedy tylko się rozpoczęła, wyrwałam się z sali jak armatni pocisk i jako pierwsza żwawo pobiegłam do baru. Wychyliłam kieliszek podłego wina cabernet za 12 zł, żywiąc gorącą nadzieję, że dzięki temu się opanuję i drugi akt przyniesie mi więcej satysfakcji.
W drugim akcie rzędy stały już normalnie, zgodnie zresztą z treścią sztuki – Artur (Marcin Hycnar) zaprowadził wreszcie w swej rodzinie „porządek”.
Niestety, krzesła okazały się wąskie i twarde. Spostrzegłam się stłoczoną między dwoma panami, z których prawy jednoznacznie naruszał moją przestrzeń życiową. Rozkładał nogi niemal pornograficznie. Wstyd wyznać, ale taka ze mnie mimoza, że jak ktoś mnie dotknie, to niekiedy dotknięty mięsień dosłownie dostaje drgawek. Czasem nachodzi mnie myśl, że wszelkie problemy ludzkości rozwiązałaby z pewnością powszechna kastracja (aczkolwiek także wielu paniom by się to nie podobało, albowiem jak żyć bez…).
Mimo tego okropnego sąsiedztwa drugi akt okazał się zdecydowanie lepszy. Wreszcie udało się scenę oświetlić. Marcin Hycnar egzaltował się dynamicznie metr przede mną – nawet przystojny młodzieniec, gdyby tylko usunął zarost. W drugim akcie wszyscy mieli już konserwatywne stroje, tak, że stopki Eleonory były ukryte w botkach, co głęboko mnie zasmuciło. Ala (Kamila Baar) przywdziała śliczną suknię ślubną, ale wyglądała na śmiertelnie znużoną, jak po długiej podróży pociągiem. Nawet podwiązki nie dodały jej urody. Jan Englert jako wuj Eugeniusz popisał się aktorskim kunsztem na najwyższym poziomie. Edek (Grzegorz Małecki) od początku wydał mi się pozbawionym skrupułów, złowieszczym typem.
Nie będę opowiadać treści, tym bardziej, że, o ile identyfikowałam się z bohaterkami „Bez wyjścia” czy „Kotki na blaszanym dachu”, o tyle „Tango” pozostawiło mnie obojętną. W studenckich czasach lubiłam Mrożka, oglądałam „Emigrantów”, „Ambasadora”, ale jego twórczość powoli się starzeje. Tango powstało ponad 50 lat temu. Od tego czasu dawni szukający wolności zmienili się w zamożnych bankierów czy innych posiadaczy. Ogólnie sztuka o rozpadzie struktur, upadku wartości, braku oparcia w życiu. Niektórzy interpretują ją jako obraz apokalipsy. Wolność i anarchia okazują się złudzeniami, powrót do konserwatyzmu i Boga nie jest już możliwy. Intelektualista Artur marzy o totalitaryzmie, ale brakuje mu sił. Załamuje się na wieść, że narzeczona zdradziła go z Edkiem. Triumfuje nieokrzesany lokaj Edek, pozbawiony skrupułów barbarzyńca i cham, który zatłucze bezradnego Artura i przejmie władzę. Scena tłuczenia zresztą niezwykle przejmująca, pod ciosami pałki pęka ogromne lustro.
Cóż, upadek wartości i triumf prymitywnego chamstwa to dla mnie nic nowego. Nie jestem częścią tego świata, nie sprzeciwiam się złu, uciekam, chcę tylko spać…
A Teatr Narodowy od marca znów podwyższył ceny biletów – o pięć zł. Warszawka zawsze przyjdzie. Dziś mam kolejne przedstawienie w tym właśnie przybytku wysokiej muzy. Zastanawiam się, czy poszukać ocalenia w dwóch kieliszkach cierpkiego wina cabernet.
*********
Narodziny i zmierzch Boga
„Tango” – reż. Jerzy Jarocki – Teatr Narodowy w Warszawie
„Dziecko, tchórz! Impotent!” – tymi słowami podsumowuje Artura mająca go poślubić Ala. Młody buntownik, zwracający się przeciwko „porozpinanemu” światu bez zasad, tuli się bezradnie do piersi matki. Jakże odmienny wydaje się być ten skrzywdzony chłopiec od Artura z pierwszej części spektaklu, Artura-Demiurga, chcącego w sposób bezkompromisowy przywrócić tradycyjne normy i ład
Starał się konsekwentnie i z uporem wydobywać na wierzch ciemne strony inteligenckiego rozpasania i awangardowej moralności, boską ręką porządkując chaos. Wcielający się w jego rolę Marcin Hycnar wkrada się cichaczem do Teatralnego Panteonu, udowadniając, że jest równorzędnym partnerem dla takich scenicznych wybitności, jak Frycz, Englert czy Szapołowska. Teatr Narodowy staje się świadkiem nie tylko narodzin Boga-Artura, ale i młodego adepta sztuki teatralnej – Boga-Hycnara.
„Tango” rodzi się na oczach widzów, którzy pospiesznie zajmują miejsca na nowo zaaranżowanej przestrzeni dla widowni. Po chwili sceniczne partytury poszczególnych postaci przerodzą się w groteskową grę w karty między Eugeniuszem, Eugenią i Edkiem. Przerwie ją wejście Artura, który zaznaczy swoją obecność głośnym upuszczeniem kilku książek na podłogę. Młody student trzech fakultetów jest chodzącym przykładem wszelkich konwencji. Schludny garnitur, nienagannie pozapinany, krawat, włosy przyczesane z przedziałkiem. Swoim wyglądem i sposobem bycia stara się wpisać w ramy etykiety, norm i tradycji. Nie wzbudza sympatii. Przypomina skrupulatnego urzędnika, nie ma w nim ani krztyny młodzieńczości i spontaniczności. Musi minąć 20 minut spektaklu, by Hycnar rozpiął marynarkę; krawat poluzuje dopiero po zaręczynach z Alą. Nawet w chwilach złości, gdy biega za Eugenią, chcąc przymusić ją do pójścia na katafalk, nie traci zimnej krwi. Co prawda jego ruchom towarzyszy coraz większa ekspresja, jednak niezmiennie są to ruchy kalkulowane, zimny obłęd, zimne spojrzenie, „urzędnicza furia”.
Bunt Artura wynika z bezradności, trudności interpretacji świata. Przeżywając upadek starych norm społecznych, marzy o przywróceniu dawnych form. Nie może zgodzić się na rozluźnienie obyczajów, wszechogarniający bałagan, chaos, obecność Edka, który sypia z jego matką oraz milczące przyzwolenie Stomila, głoszącego frazesy o absolutnej wolności. To właśnie jego teatralny eksperyment staje się dla Artura wskazówką, każącą mu stworzyć świat od nowa. Ideą porządkującą ma być ślub, jednak piękny idealizm młodzieńca bardzo łatwo przeradza się w ideologię. Skupiając się na zasadach, zapomina o ludziach. W drugiej części spektaklu pijany, rozdygotany Artur wykrzykuje spazmatycznie frazesy o swojej pomyłce i obwieszcza, że ślubu nie będzie, bo przestał wierzyć w odtwarzanie rytuałów. Poszukuje teraz nowej formy.
Nieoczekiwanie przychodzi mu z pomocą Eugenia, ogłaszająca zebranym, że umiera. Jej spokój i pokora, „ludzka substancja”, wyraźnie kontrastują z sięgającym zenitu szaleństwem i niezdrowym podnieceniem Artura. Śmierć babki nie budzi w młodzieńcu żadnych ludzkich uczuć, staje się jedynie impulsem do posłużenia się ideą władzy jako czystej przemocy. Hycnar rozpoczyna swoją partyturę dźwiękową; chce oprzeć się ręką o stół, jednak przypadkowo ręka mu się obsuwa. Powstaje z tego rytmizacja, z początku marszowa, potem słychać wyraźnie tango. Aktor spektakularnie zaczyna walić o stół talerzami, po czym wskakuje na niego i wystukuje rytm nogami. Jego obłęd nabiera tempa. Artur chwyta za kołek i zaczyna uderzać w krzesło. Tango powstaje w jego głowie, a dopiero potem, po śmierci Artura, przejmie je Edek i powtórzy w finale.
Artur chciał posłużyć się przemocą, ale to Ala zadaje mu obezwładniający cios. Jej wyznanie o zdradzie przeradza niedawnego dyktatora, który zapomniał o miłości, w żałosnego nieudacznika. Chwilę słabości młodzieńca wykorzystuje niepozorny Edek, brutalnie go zabijając i zajmując puste miejsce po nim. Tak kończą idealiści, gdy ich idealizm zaczyna graniczyć z fanatyzmem. Demiurg kona.
Ewa Uniejewska
Teatrakcje
15 stycznia 2011
Zapewne miałam zły wieczór, nie tego się spodziewałam, wydaje się jednak, że mojej melancholii, lęku i totalnej nadwrażliwości nie uda się przezwyciężyć nawet sztuką sceniczną. Lepiej zostać w domu i spać albo książki czytać.
A mam jeszcze bilety na jakieś 6 przedstawień, będę musiała jakoś to przemęczyć.
Wszystko zapowiadało się znakomicie – przejechałam bez biletu i problemów z niskim poziomem lęku, wiedziałam już, gdzie są toalety, więc wiadome czynności spełniłam spokojnie i bez żenujących incydentów. Pozwoliłam sobie nawet na małą kawę, sama przy czteroosobowym stoliku. Wiedziałam, że będzie przerwa i w razie konieczności sobie poradzę.
Ale potem los pokazał swe gniewne oblicze. Nie cierpię teatrów, które wpuszczają późno na widownię. Pragnę zająć miejsce co najmniej 10 minut przed początkiem spektaklu, żeby odprężyć się i skupić.
Niestety, w Narodowym czekają do ostatniej minuty. Dobrze wiedzą, że w tym teatrze wypada się pokazać, Warszawka szturmuje kasy, zawsze jest nadkomplet, toteż być może z tej przyczyny mają widzów za nic.
O godzinie 19 na wejście czekał już tłum, otoczona ludźmi przelękłam się, zatopiły mnie fale paniki i poczułam, że staję się mokra. Na domiar złego pani wyjaśniła, że miejsca numerowane obowiązują tylko w II akcie, w I każdy siada tam, gdzie chce (czytaj; gdzie może, oznacza to wyścig do miejsc). Ludzie zaczęli się irytować i ja też uniosłam się gniewem. Nie po to kupiłam bilet dwa miesiące wcześnie i zapłaciłam 90 zł, żeby teraz się tłoczyć. Chcę moje miejsce w pierwszym rzędzie, żeby wszystko widzieć!
Pani tłumaczyła, że to nie jej pomysł, tylko reżysera, a ponadto jest tylko jeden krąg krzeseł dookoła sceny, tak więc każdy siedzi w pierwszym rzędzie i wszyscy są zadowoleni.
Kiedy zaczęto wreszcie wpuszczać, ścisk się zrobił jeszcze większy, jako, że widzowie ścigali się do miejsc. Myślałam, że zacznę krzyczeć. Życzyłam gorąco reżyserowi Jarockiemu, żeby przewrócił się na skórce od banana i przestał reżyserować spektakle przynajmniej na miesiąc.
Na szczęście przytomnie spostrzegłam, że otwierają drugie drzwi, wyrwałam się z ciżby do i dostałam na mroczną salę z drugiej strony. Dookoła wielkiej sceny stały staroświeckie krzesła i kanapy. Zainstalowałam się na białym krześle – okazało się nieprzyjemnie twarde. Na szczęście miałam po obu stronach panie, nie rozprzestrzeniające się bezwstydnie (niestety, jedna głośnym z kaszlem).
Ach, oświetlenie okazało się beznadziejnie słabe! Na scenie było stanowczo za ciemne, co utrudniało kontemplowanie gry aktorów. Scenografia z katafalkiem i obdrapanym stołem przypominała wielką rupieciarnię, pełnej smętku i pajęczyny.
Także scena stanowczo za wielka, tak, że aktorzy biegali i przemieszczali się na znacznej przestrzeni – oglądanie wszystkich komediantów naraz czy też niektórych scen okazało się niemożliwe. Niektórzy widzowie w pewnym momencie musieli spoglądać na plecy naszych gwiazd. Bardzo mi się podobała Eleonora (Katarzyna Gniewkowska) w podartych dżinsach, ukazujących kuszące fragmenty skory, i bosa – miała śliczne białe stopki z pomalowanymi bordo paznokciami i niebieskimi żyłkami. Zasmuciło mnie wszakże, że do mojego miejsca zbliżała się rzadko, a na drugiej stronie sceny nie mogłam jej właściwie dostrzec. Raz tylko usiadła przede mną na krześle i położyła stopki na drugim krześle, poruszała paluszkami – widok wprost bajeczny.
Za to częściej zbliżał się do mnie Stomil (Jan Frycz), rozchełstany, z obnażonym brzuchem tak wielkim, jakby już 9 miesiąc nosił pod sercem dziecię.
Miałem wykupiony bilet w pierwszym rzędzie, oczekiwałam zatem, że aktorzy będą grali tuż przede mną, dlatego widząc (a raczej nie widząc lub słabo widząc) obecną niedoświetloną inscenizację nie mogłam opanować gniewu i trudno mi było skoncentrować się na akcji.
Czekałam niecierpliwie na przerwę. Kiedy tylko się rozpoczęła, wyrwałam się z sali jak armatni pocisk i jako pierwsza żwawo pobiegłam do baru. Wychyliłam kieliszek podłego wina cabernet za 12 zł, żywiąc gorącą nadzieję, że dzięki temu się opanuję i drugi akt przyniesie mi więcej satysfakcji.
W drugim akcie rzędy stały już normalnie, zgodnie zresztą z treścią sztuki – Artur (Marcin Hycnar) zaprowadził wreszcie w swej rodzinie „porządek”.
Niestety, krzesła okazały się wąskie i twarde. Spostrzegłam się stłoczoną między dwoma panami, z których prawy jednoznacznie naruszał moją przestrzeń życiową. Rozkładał nogi niemal pornograficznie. Wstyd wyznać, ale taka ze mnie mimoza, że jak ktoś mnie dotknie, to niekiedy dotknięty mięsień dosłownie dostaje drgawek. Czasem nachodzi mnie myśl, że wszelkie problemy ludzkości rozwiązałaby z pewnością powszechna kastracja (aczkolwiek także wielu paniom by się to nie podobało, albowiem jak żyć bez…).
Mimo tego okropnego sąsiedztwa drugi akt okazał się zdecydowanie lepszy. Wreszcie udało się scenę oświetlić. Marcin Hycnar egzaltował się dynamicznie metr przede mną – nawet przystojny młodzieniec, gdyby tylko usunął zarost. W drugim akcie wszyscy mieli już konserwatywne stroje, tak, że stopki Eleonory były ukryte w botkach, co głęboko mnie zasmuciło. Ala (Kamila Baar) przywdziała śliczną suknię ślubną, ale wyglądała na śmiertelnie znużoną, jak po długiej podróży pociągiem. Nawet podwiązki nie dodały jej urody. Jan Englert jako wuj Eugeniusz popisał się aktorskim kunsztem na najwyższym poziomie. Edek (Grzegorz Małecki) od początku wydał mi się pozbawionym skrupułów, złowieszczym typem.
Nie będę opowiadać treści, tym bardziej, że, o ile identyfikowałam się z bohaterkami „Bez wyjścia” czy „Kotki na blaszanym dachu”, o tyle „Tango” pozostawiło mnie obojętną. W studenckich czasach lubiłam Mrożka, oglądałam „Emigrantów”, „Ambasadora”, ale jego twórczość powoli się starzeje. Tango powstało ponad 50 lat temu. Od tego czasu dawni szukający wolności zmienili się w zamożnych bankierów czy innych posiadaczy. Ogólnie sztuka o rozpadzie struktur, upadku wartości, braku oparcia w życiu. Niektórzy interpretują ją jako obraz apokalipsy. Wolność i anarchia okazują się złudzeniami, powrót do konserwatyzmu i Boga nie jest już możliwy. Intelektualista Artur marzy o totalitaryzmie, ale brakuje mu sił. Załamuje się na wieść, że narzeczona zdradziła go z Edkiem. Triumfuje nieokrzesany lokaj Edek, pozbawiony skrupułów barbarzyńca i cham, który zatłucze bezradnego Artura i przejmie władzę. Scena tłuczenia zresztą niezwykle przejmująca, pod ciosami pałki pęka ogromne lustro.
Cóż, upadek wartości i triumf prymitywnego chamstwa to dla mnie nic nowego. Nie jestem częścią tego świata, nie sprzeciwiam się złu, uciekam, chcę tylko spać…
A Teatr Narodowy od marca znów podwyższył ceny biletów – o pięć zł. Warszawka zawsze przyjdzie. Dziś mam kolejne przedstawienie w tym właśnie przybytku wysokiej muzy. Zastanawiam się, czy poszukać ocalenia w dwóch kieliszkach cierpkiego wina cabernet.
*********
Narodziny i zmierzch Boga
„Tango” – reż. Jerzy Jarocki – Teatr Narodowy w Warszawie
„Dziecko, tchórz! Impotent!” – tymi słowami podsumowuje Artura mająca go poślubić Ala. Młody buntownik, zwracający się przeciwko „porozpinanemu” światu bez zasad, tuli się bezradnie do piersi matki. Jakże odmienny wydaje się być ten skrzywdzony chłopiec od Artura z pierwszej części spektaklu, Artura-Demiurga, chcącego w sposób bezkompromisowy przywrócić tradycyjne normy i ład
Starał się konsekwentnie i z uporem wydobywać na wierzch ciemne strony inteligenckiego rozpasania i awangardowej moralności, boską ręką porządkując chaos. Wcielający się w jego rolę Marcin Hycnar wkrada się cichaczem do Teatralnego Panteonu, udowadniając, że jest równorzędnym partnerem dla takich scenicznych wybitności, jak Frycz, Englert czy Szapołowska. Teatr Narodowy staje się świadkiem nie tylko narodzin Boga-Artura, ale i młodego adepta sztuki teatralnej – Boga-Hycnara.
„Tango” rodzi się na oczach widzów, którzy pospiesznie zajmują miejsca na nowo zaaranżowanej przestrzeni dla widowni. Po chwili sceniczne partytury poszczególnych postaci przerodzą się w groteskową grę w karty między Eugeniuszem, Eugenią i Edkiem. Przerwie ją wejście Artura, który zaznaczy swoją obecność głośnym upuszczeniem kilku książek na podłogę. Młody student trzech fakultetów jest chodzącym przykładem wszelkich konwencji. Schludny garnitur, nienagannie pozapinany, krawat, włosy przyczesane z przedziałkiem. Swoim wyglądem i sposobem bycia stara się wpisać w ramy etykiety, norm i tradycji. Nie wzbudza sympatii. Przypomina skrupulatnego urzędnika, nie ma w nim ani krztyny młodzieńczości i spontaniczności. Musi minąć 20 minut spektaklu, by Hycnar rozpiął marynarkę; krawat poluzuje dopiero po zaręczynach z Alą. Nawet w chwilach złości, gdy biega za Eugenią, chcąc przymusić ją do pójścia na katafalk, nie traci zimnej krwi. Co prawda jego ruchom towarzyszy coraz większa ekspresja, jednak niezmiennie są to ruchy kalkulowane, zimny obłęd, zimne spojrzenie, „urzędnicza furia”.
Bunt Artura wynika z bezradności, trudności interpretacji świata. Przeżywając upadek starych norm społecznych, marzy o przywróceniu dawnych form. Nie może zgodzić się na rozluźnienie obyczajów, wszechogarniający bałagan, chaos, obecność Edka, który sypia z jego matką oraz milczące przyzwolenie Stomila, głoszącego frazesy o absolutnej wolności. To właśnie jego teatralny eksperyment staje się dla Artura wskazówką, każącą mu stworzyć świat od nowa. Ideą porządkującą ma być ślub, jednak piękny idealizm młodzieńca bardzo łatwo przeradza się w ideologię. Skupiając się na zasadach, zapomina o ludziach. W drugiej części spektaklu pijany, rozdygotany Artur wykrzykuje spazmatycznie frazesy o swojej pomyłce i obwieszcza, że ślubu nie będzie, bo przestał wierzyć w odtwarzanie rytuałów. Poszukuje teraz nowej formy.
Nieoczekiwanie przychodzi mu z pomocą Eugenia, ogłaszająca zebranym, że umiera. Jej spokój i pokora, „ludzka substancja”, wyraźnie kontrastują z sięgającym zenitu szaleństwem i niezdrowym podnieceniem Artura. Śmierć babki nie budzi w młodzieńcu żadnych ludzkich uczuć, staje się jedynie impulsem do posłużenia się ideą władzy jako czystej przemocy. Hycnar rozpoczyna swoją partyturę dźwiękową; chce oprzeć się ręką o stół, jednak przypadkowo ręka mu się obsuwa. Powstaje z tego rytmizacja, z początku marszowa, potem słychać wyraźnie tango. Aktor spektakularnie zaczyna walić o stół talerzami, po czym wskakuje na niego i wystukuje rytm nogami. Jego obłęd nabiera tempa. Artur chwyta za kołek i zaczyna uderzać w krzesło. Tango powstaje w jego głowie, a dopiero potem, po śmierci Artura, przejmie je Edek i powtórzy w finale.
Artur chciał posłużyć się przemocą, ale to Ala zadaje mu obezwładniający cios. Jej wyznanie o zdradzie przeradza niedawnego dyktatora, który zapomniał o miłości, w żałosnego nieudacznika. Chwilę słabości młodzieńca wykorzystuje niepozorny Edek, brutalnie go zabijając i zajmując puste miejsce po nim. Tak kończą idealiści, gdy ich idealizm zaczyna graniczyć z fanatyzmem. Demiurg kona.
Ewa Uniejewska
Teatrakcje
15 stycznia 2011
poniedziałek, 23 lutego 2015
Pierwsze zwierzęce łzy
Życie
Ishigaki Rin
Nie potrafię żyć bez jedzenia.
Ryż,
jarzyny,
mięso,
powietrze,
światło,
wodę,
rodziców,
braci,
nauczycieli,
pieniądze i uczucia
musiałam ładować w siebie, aby przeżyć.
Gdy podtrzymując rękami napęczniały brzuch
wycieram sobie usta,
dookoła leżą rozrzucone po kuchni
ogonki od marchwi,
kurze kosteczki,
jelita ojca…
U schyłku moich czterdziestu lat
Pojawiają się w mych oczach pierwsze zwierzęce łzy.
Przełożyli Adachi Kazuko, Wiesław Kotański, Tadeusz Śliwiak
*******
Komentarz Kornelii: Piołunowy, pełen goryczy wiersz może najznakomitszej japońskiej poetki XX stulecia. Ishigaki Rin (1920-2004), była praktyczną, ciężko pracującą kobietą (mozoliła się w banku). Nigdy nie wyszła za mąż, wspomagała finansowo rodziców. W tamtych czasach samodzielna niewiasta w Japonii uchodziła za postać dziwaczną. Nazywano ją „pracownicą banku-poetką”, przy czym wykonywany zawód wydawał się ważniejszy.
Utwór nasycony beznadziejnością. Odczytuję wiersz jako protest przeciw prozie, szarzyźnie życia, przeciw podłej materii, nawet przeciw ciału, które domaga się pożywienia. Pozywienie to zresztą symbol materii. Po pewnym czasie wrażliwa osobowość nie jest w stanie przyjmować w siebie bez wstrętu pokarmów, ale także wody, światła, a tak naprawdę całej rzeczywistości. Bilans jest druzgoczący pozostają jelita ojca, czyli urazy po wszelkich konfliktach, kłótniach z rodziną, kości, czyli odpady po przeżytym, umysł obciążony także bolesnymi wspomnieniami, dobrej przyszłości nie będzie, w oczach stają łzy…
Och, nie wiem, co napisać. Odczuwam podobnie. Już u schyłku moich 30 lat jest mi do płaczu. Kuchni też nie posprzątam.
Ishigaki Rin
Nie potrafię żyć bez jedzenia.
Ryż,
jarzyny,
mięso,
powietrze,
światło,
wodę,
rodziców,
braci,
nauczycieli,
pieniądze i uczucia
musiałam ładować w siebie, aby przeżyć.
Gdy podtrzymując rękami napęczniały brzuch
wycieram sobie usta,
dookoła leżą rozrzucone po kuchni
ogonki od marchwi,
kurze kosteczki,
jelita ojca…
U schyłku moich czterdziestu lat
Pojawiają się w mych oczach pierwsze zwierzęce łzy.
Przełożyli Adachi Kazuko, Wiesław Kotański, Tadeusz Śliwiak
*******
Komentarz Kornelii: Piołunowy, pełen goryczy wiersz może najznakomitszej japońskiej poetki XX stulecia. Ishigaki Rin (1920-2004), była praktyczną, ciężko pracującą kobietą (mozoliła się w banku). Nigdy nie wyszła za mąż, wspomagała finansowo rodziców. W tamtych czasach samodzielna niewiasta w Japonii uchodziła za postać dziwaczną. Nazywano ją „pracownicą banku-poetką”, przy czym wykonywany zawód wydawał się ważniejszy.
Utwór nasycony beznadziejnością. Odczytuję wiersz jako protest przeciw prozie, szarzyźnie życia, przeciw podłej materii, nawet przeciw ciału, które domaga się pożywienia. Pozywienie to zresztą symbol materii. Po pewnym czasie wrażliwa osobowość nie jest w stanie przyjmować w siebie bez wstrętu pokarmów, ale także wody, światła, a tak naprawdę całej rzeczywistości. Bilans jest druzgoczący pozostają jelita ojca, czyli urazy po wszelkich konfliktach, kłótniach z rodziną, kości, czyli odpady po przeżytym, umysł obciążony także bolesnymi wspomnieniami, dobrej przyszłości nie będzie, w oczach stają łzy…
Och, nie wiem, co napisać. Odczuwam podobnie. Już u schyłku moich 30 lat jest mi do płaczu. Kuchni też nie posprzątam.
piątek, 20 lutego 2015
Umarli budzą strach
Nikt
Salvatore Quasimodo
Jestem może jak dziecko,
w którym umarli budzą strach,
ale które śmierć przyzywa,
aby je uwolniła od wszelkich stworzeń:
dzieci, drzewa, insektów;
od każdej rzeczy z sercem pełnym smutku.
Bo nie ma więcej darów,
a ulice są ciemne,
i nie ma już nikogo,
kto by sprawił, aby zapłakało
w pobliżu ciebie, Panie.
Przełożył Zbigniew Krawczyk
****
Komentarz Kornelii: Cóż, wiersz włoskiego poety dławiący i pełen beznadziejności. Zastanawiałam się, czy go zamieścić – ta końcowa inwokacja do Boga nieco rozświetla Mrok. Ale niech tam, niech będzie. W końcu umarli też budzą we mnie strach i pożądam śmierci, aby mnie uwolniła od wszystkich rzeczy – przecież nie ma już na co czekać, skoro ulice są ciemne, a dary czy życiowe beneficja. także uległy wyczerpaniu. Dzieckiem się nie czuję, raczej istotą uwolnioną od czasu, bezczasową pustką z oczami. Nie wiem, kim jestem, ani ile mam lat. Nie wiem, kto patrzy.
Wczoraj wieczorem skorzystałam z zatyczek do uszu oraz melatoniny. Otulił mnie szybko ciemny, bezdenny ocean snu, odzyskiwałam, niestety, świadomość, ale udało mi się nie wstawać i nie biegać po mieszkaniu. Miałam sny, nieco bardziej spokojne. Mam nadzieję, że ta melatonina mi nie zaszkodzi.
Salvatore Quasimodo
Jestem może jak dziecko,
w którym umarli budzą strach,
ale które śmierć przyzywa,
aby je uwolniła od wszelkich stworzeń:
dzieci, drzewa, insektów;
od każdej rzeczy z sercem pełnym smutku.
Bo nie ma więcej darów,
a ulice są ciemne,
i nie ma już nikogo,
kto by sprawił, aby zapłakało
w pobliżu ciebie, Panie.
Przełożył Zbigniew Krawczyk
****
Komentarz Kornelii: Cóż, wiersz włoskiego poety dławiący i pełen beznadziejności. Zastanawiałam się, czy go zamieścić – ta końcowa inwokacja do Boga nieco rozświetla Mrok. Ale niech tam, niech będzie. W końcu umarli też budzą we mnie strach i pożądam śmierci, aby mnie uwolniła od wszystkich rzeczy – przecież nie ma już na co czekać, skoro ulice są ciemne, a dary czy życiowe beneficja. także uległy wyczerpaniu. Dzieckiem się nie czuję, raczej istotą uwolnioną od czasu, bezczasową pustką z oczami. Nie wiem, kim jestem, ani ile mam lat. Nie wiem, kto patrzy.
Wczoraj wieczorem skorzystałam z zatyczek do uszu oraz melatoniny. Otulił mnie szybko ciemny, bezdenny ocean snu, odzyskiwałam, niestety, świadomość, ale udało mi się nie wstawać i nie biegać po mieszkaniu. Miałam sny, nieco bardziej spokojne. Mam nadzieję, że ta melatonina mi nie zaszkodzi.
czwartek, 19 lutego 2015
Upadły twoje pragnienia
Połóż się
Peter Hamm
Zaczął się czas,
w którym twoje pismo
już się nie zmienia,
Zaczął się
czas, w którym już nie zmieniają cię
inni.
Połóż się!
Leżąc jesteś inny,
niż stojąc, inny,
niż idąc.
Popatrz!
także twój lęk
się położył i położyły się
twoje pragnienia.
Spokojnie siedzą w kucki
u twoich stóp i pragną,
żebyś nie podniósł się już nigdy!
Przełożyła kora-kora-kora
Niederlegen
Peter Hamm
Die Zeit, in der deine Schrift
sich nicht mehr verändert,
hat begonnen. Begonnen hat
die Zeit, in der andere dich nicht mehr
verändern.
Leg dich nieder!
Im Liegen bist du ein anderer
als im Stehen, ein anderer
als im Gehen.
Sieh!
auch deine Angst hat sich
niedergelegt und niedergelegt
haben sich deine Wünsche.
Ruhig kauern sie
dir zu Füßen und wünschen,
dass du dich nicht mehr
erhebst!
*****
Wiersz urodzonego w 1937 roku niemieckiego poety posępny, ale tylko pozornie, dlatego zamieszczam bez kategorii. Dlaczego przetłumaczyłam? Zapewne z tego powodu, że translacja jest łatwa, ponadto utwór może pomóc osobom przeżywającym trudne chwile. Notabene Peter Hamm zdobył moje uznanie, ponieważ napisał, że to Zbigniew Herbert, a nie Wisława Szymborska, zasłużył na nagrodę Nobla, ponieważ „jego dorobek wyróżnia się większą przenikliwością i otwiera przestrzenie, które były dla Wisławy Szymborskiej niedostępne, albo nie chciała się nimi zająć”.
Ale wracajmy do wiersza – bohater jest dojrzały, znużony, bez życiowej siły. Kusi go klęska, niemal popycha ku ziemi, chciałby już położyć się, to jest porzucić znaczącą aktywność, zapomnieć o marzeniach, nie snuć już żadnych planów. Jego lęki i pragnienia wygasły, nakłaniają go, aby zaniechał walki, żeby upadł, zapewne już na zawsze.
Nie jest to wszakże łatwe – człowiek stworzony jest do działania, do zmagań ze światem. Dlatego marzenia i lęki muszą krzyczeć na bohatera, żeby już się nie podnosił. Ale żeby pozostać na ziemi, trzeba niemal wczepiać się w nią palcami. Możemy się domyślać, że nasz udręczony człowiek, nawet, jeśli się położy, to wkrótce się podniesie.
Cóż, ja położyłam się i leżę płasko w kałuży smutku. Moje pragnienia doznały upadku. Niestety, lęki mają się dobrze. Dlatego niekiedy dostaję drgawek, a nawet usiłuję się poderwać, aby zaraz powrócić do pozycji horyzontalnej. Wstaję, myję się, pracuję, czytam, chodzę do teatru, piję wino pinot z noir z Nowej Zelandii, wakacje spędzam nad morzem, roweruję po lesie, ale nie mogę wyzbyć się paraliżującego poczucia absurdu. Leżąc, idąc czy stojąc wciąż widzę nisko na niebie ten sam nasycony czarną rozpaczą napis:
KIEDY SIĘ TO WSZYSTKO WRESZCIE SKOŃCZY?
Niedobrze spałam, wstawałam o północy, o czwartej i o piątej. Nawiedził mnie sen, że chodzę z Martwą Osobą po klatkach w bloku. Noce są coraz krótsze, z jakością snu może być tylko gorzej.
Peter Hamm
Zaczął się czas,
w którym twoje pismo
już się nie zmienia,
Zaczął się
czas, w którym już nie zmieniają cię
inni.
Połóż się!
Leżąc jesteś inny,
niż stojąc, inny,
niż idąc.
Popatrz!
także twój lęk
się położył i położyły się
twoje pragnienia.
Spokojnie siedzą w kucki
u twoich stóp i pragną,
żebyś nie podniósł się już nigdy!
Przełożyła kora-kora-kora
Niederlegen
Peter Hamm
Die Zeit, in der deine Schrift
sich nicht mehr verändert,
hat begonnen. Begonnen hat
die Zeit, in der andere dich nicht mehr
verändern.
Leg dich nieder!
Im Liegen bist du ein anderer
als im Stehen, ein anderer
als im Gehen.
Sieh!
auch deine Angst hat sich
niedergelegt und niedergelegt
haben sich deine Wünsche.
Ruhig kauern sie
dir zu Füßen und wünschen,
dass du dich nicht mehr
erhebst!
*****
Wiersz urodzonego w 1937 roku niemieckiego poety posępny, ale tylko pozornie, dlatego zamieszczam bez kategorii. Dlaczego przetłumaczyłam? Zapewne z tego powodu, że translacja jest łatwa, ponadto utwór może pomóc osobom przeżywającym trudne chwile. Notabene Peter Hamm zdobył moje uznanie, ponieważ napisał, że to Zbigniew Herbert, a nie Wisława Szymborska, zasłużył na nagrodę Nobla, ponieważ „jego dorobek wyróżnia się większą przenikliwością i otwiera przestrzenie, które były dla Wisławy Szymborskiej niedostępne, albo nie chciała się nimi zająć”.
Ale wracajmy do wiersza – bohater jest dojrzały, znużony, bez życiowej siły. Kusi go klęska, niemal popycha ku ziemi, chciałby już położyć się, to jest porzucić znaczącą aktywność, zapomnieć o marzeniach, nie snuć już żadnych planów. Jego lęki i pragnienia wygasły, nakłaniają go, aby zaniechał walki, żeby upadł, zapewne już na zawsze.
Nie jest to wszakże łatwe – człowiek stworzony jest do działania, do zmagań ze światem. Dlatego marzenia i lęki muszą krzyczeć na bohatera, żeby już się nie podnosił. Ale żeby pozostać na ziemi, trzeba niemal wczepiać się w nią palcami. Możemy się domyślać, że nasz udręczony człowiek, nawet, jeśli się położy, to wkrótce się podniesie.
Cóż, ja położyłam się i leżę płasko w kałuży smutku. Moje pragnienia doznały upadku. Niestety, lęki mają się dobrze. Dlatego niekiedy dostaję drgawek, a nawet usiłuję się poderwać, aby zaraz powrócić do pozycji horyzontalnej. Wstaję, myję się, pracuję, czytam, chodzę do teatru, piję wino pinot z noir z Nowej Zelandii, wakacje spędzam nad morzem, roweruję po lesie, ale nie mogę wyzbyć się paraliżującego poczucia absurdu. Leżąc, idąc czy stojąc wciąż widzę nisko na niebie ten sam nasycony czarną rozpaczą napis:
KIEDY SIĘ TO WSZYSTKO WRESZCIE SKOŃCZY?
Niedobrze spałam, wstawałam o północy, o czwartej i o piątej. Nawiedził mnie sen, że chodzę z Martwą Osobą po klatkach w bloku. Noce są coraz krótsze, z jakością snu może być tylko gorzej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)