Cisza
Antonis Kolivas
Nie mówcie nic.
Wasze głosy wywołują przerażenie.
Cisza.
Dzisiaj wypełniłam swój obowiązek.
Zabiłam swoje sny.
Postąpiłam zgodnie z poleceniem.
Jak co dzień.
Teraz cisza.
Nie mówcie nic.
Wasze głosy przeszkadzają mi w płaczu.
Bez łez.
Jak co noc.
Przełożył Nikos Chadzinikolau
wtorek, 31 marca 2015
poniedziałek, 23 marca 2015
Kornelia zaczyna cuchnąć
Metamorfoza
Slavko Mihalić
Chciałbym wiedzieć, skąd
nadchodzi ta pustka, która
zamienia mnie w jakieś przejrzyste jezioro, gdzie
ujrzeć można dno, ale bez ryb.
Także bez małży, raków, bez
roślin podwodnych, które mają przynajmniej
jakieś nazwy, podczas gdy ja jestem
dzisiaj bezimienny, właściwie powoli znikam.
Tak więc, mówiąc o pustce, poruszam
wodę w jeziorze, a ona
rozrzuca piasek i jakieś drobne cząsteczki leżące
na dnie. Robi mi się niedobrze.
Chodzę ulicami ze zwieszoną głową jak
jakieś ciemne i zatrute jezioro;
przy tym nie mówimy o tych
obrzydliwych żyjątkach, które pełzają na dnie i którymi
teraz sam zaczynam cuchnąć.
Przełożył z chorwackiego Julian Kornhauser
Komentarz Kornelii: Aj, cudowny wiersz. Jak napisałam na samym początku, nie ma sensu, żebym siliła się na jakieś próby poetyckie – wszystko zostało napisane, także o mnie. A ten utwór niemal perfekcyjnie do mnie pasuje – chodzę ze zwieszoną głową, jestem pustką, bezimienną nicością, właściwie już zniknęłam (pustka skonsumowała wczoraj sushi za prawie 70 zł, aby ukoić irytację z powodu bezlitosnego słońca, ale nic jej to nie pomogło). Jestem ciemnym, zatrutym jeziorem, bez dobrego życia – tylko na dnie kryją się, wiją ohydne larwy braku empatii, nienawiści i złych uczynków i bez wątpienia mocno cuchnę. I też robi mi się niedobrze. Ciekawe skąd chorwacki minstrel mógł o mnie wiedzieć?
Dziwię się, że ludzie nie czują mojego odrażającego aromatu. Może trochę po mnie widać, że nie kroczę ścieżką normalności – blada cera, nerwowe ruchy, lęk w oczach. Ale przynajmniej nie cuchnę . Ale po śmierci wszystkie moje obrzydliwe żyjątka staną się doskonale widoczne. Aj, będzie to coś okropnego – sytuacja, w której nic już nie można ukryć. Larwy wypełzną i się pokażą w całej swej szpetocie. „Ustawią tam ekrany…”
Z pewnością nie ja jedna. Ale czy to będzie jakimś usprawiedliwieniem? Z drugiej strony czy to moja wina, że zmaterializowałam się w tym wstrętnym świecie, i do tego taka zatruta? Liczę gorąco na całkowite wygaśnięcie świadomości, nicość jak przed narodzeniem. Mam również nadzieję, że zanim przekroczę ostateczny horyzont, spożyję jeszcze trochę małży, raków i owoców morza. I do tego japońskie wino śliwkowe.
Slavko Mihalić
Chciałbym wiedzieć, skąd
nadchodzi ta pustka, która
zamienia mnie w jakieś przejrzyste jezioro, gdzie
ujrzeć można dno, ale bez ryb.
Także bez małży, raków, bez
roślin podwodnych, które mają przynajmniej
jakieś nazwy, podczas gdy ja jestem
dzisiaj bezimienny, właściwie powoli znikam.
Tak więc, mówiąc o pustce, poruszam
wodę w jeziorze, a ona
rozrzuca piasek i jakieś drobne cząsteczki leżące
na dnie. Robi mi się niedobrze.
Chodzę ulicami ze zwieszoną głową jak
jakieś ciemne i zatrute jezioro;
przy tym nie mówimy o tych
obrzydliwych żyjątkach, które pełzają na dnie i którymi
teraz sam zaczynam cuchnąć.
Przełożył z chorwackiego Julian Kornhauser
Komentarz Kornelii: Aj, cudowny wiersz. Jak napisałam na samym początku, nie ma sensu, żebym siliła się na jakieś próby poetyckie – wszystko zostało napisane, także o mnie. A ten utwór niemal perfekcyjnie do mnie pasuje – chodzę ze zwieszoną głową, jestem pustką, bezimienną nicością, właściwie już zniknęłam (pustka skonsumowała wczoraj sushi za prawie 70 zł, aby ukoić irytację z powodu bezlitosnego słońca, ale nic jej to nie pomogło). Jestem ciemnym, zatrutym jeziorem, bez dobrego życia – tylko na dnie kryją się, wiją ohydne larwy braku empatii, nienawiści i złych uczynków i bez wątpienia mocno cuchnę. I też robi mi się niedobrze. Ciekawe skąd chorwacki minstrel mógł o mnie wiedzieć?
Dziwię się, że ludzie nie czują mojego odrażającego aromatu. Może trochę po mnie widać, że nie kroczę ścieżką normalności – blada cera, nerwowe ruchy, lęk w oczach. Ale przynajmniej nie cuchnę . Ale po śmierci wszystkie moje obrzydliwe żyjątka staną się doskonale widoczne. Aj, będzie to coś okropnego – sytuacja, w której nic już nie można ukryć. Larwy wypełzną i się pokażą w całej swej szpetocie. „Ustawią tam ekrany…”
Z pewnością nie ja jedna. Ale czy to będzie jakimś usprawiedliwieniem? Z drugiej strony czy to moja wina, że zmaterializowałam się w tym wstrętnym świecie, i do tego taka zatruta? Liczę gorąco na całkowite wygaśnięcie świadomości, nicość jak przed narodzeniem. Mam również nadzieję, że zanim przekroczę ostateczny horyzont, spożyję jeszcze trochę małży, raków i owoców morza. I do tego japońskie wino śliwkowe.
niedziela, 22 marca 2015
Kornelia w otchłani II
Ivan Blatný
Znasz otchłań? Ja ją znam. Mam język przylepiony
do sufitu czarnego od much. Tkwię w ohydzie.
W powietrzu gęstym jak smoła i niewzruszonym
czyjś chichot. Pies zaszczekał. Kobieta wolno idzie.
Idzie kołysząc się, a białe jej kolana,
jej kolana i uda ściskają nasze mózgi.
Znasz otchłań? Ja ją znam. Przemiana, przemiana.
Deszcz zdarł kolory plakatów. Zostały gruzy.
Z okna mam widok na podwórze browarniane.
Na dnie tajemnych pieczar stoją beczki w rzędzie.
Ktoś zmiata martwe ćmy, zgasłe latarnie. Ranek.
Znasz otchłań? Ja ją znam. Jest ze mną zawsze. Wszędzie.
Przełożył z czeskiego Zbigniew Machej
Znasz otchłań? Ja ją znam. Mam język przylepiony
do sufitu czarnego od much. Tkwię w ohydzie.
W powietrzu gęstym jak smoła i niewzruszonym
czyjś chichot. Pies zaszczekał. Kobieta wolno idzie.
Idzie kołysząc się, a białe jej kolana,
jej kolana i uda ściskają nasze mózgi.
Znasz otchłań? Ja ją znam. Przemiana, przemiana.
Deszcz zdarł kolory plakatów. Zostały gruzy.
Z okna mam widok na podwórze browarniane.
Na dnie tajemnych pieczar stoją beczki w rzędzie.
Ktoś zmiata martwe ćmy, zgasłe latarnie. Ranek.
Znasz otchłań? Ja ją znam. Jest ze mną zawsze. Wszędzie.
Przełożył z czeskiego Zbigniew Machej
sobota, 21 marca 2015
Na wszystko jest już za późno
Czas. Czas
Elisabeth Borchers
Muszę wreszcie zrozumieć
że mam czas.
Czas dla ptaka na parapecie
który ze mną rozmawia, na zlecenie.
Czas dla podstawy lampy
w której odbija się światło ziemi.
Czas dla kota na błękitnym jedwabiu
w najmniejszym formacie na ścianie
którego namalował Almut, gdy obaj jeszcze żyli.
Także dla owcy z czarnymi uszami
zezowatymi oczami, krzywym pyskiem
i spragnionymi ustami. Po indiańsku, bardzo prosto, instruktywnie.
W nadchodzącym stuleciu tego będzie mi brakowało.
Nie zamieniłam jeszcze pełnego ciszy słowa
z zasuszoną różą, bowiem jak i kiedy.
A kalendarz w czarnej skórze
ze złotymi cyframi roku
otwiera się elegancko, aby mnie wpuścić i wypuścić.
Nauczyć się mieć czas.
Nauczyć się, że jest za późno.
Przełożyła kora-kora-kora
Zeit. Zeit
Elisabeth Borchers
Ich muß endlich begreifen
daß ich Zeit habe.
Zeit für den Vogel auf der Brüstung
der mit mir redet, im Auftrag.
Zeit für den Lampenfuß
in dem sich das Erdenlicht spiegelt.
Zeit für die Katze auf blauem Samt
in kleinstem Format an der Wand
von Almut gemalt, als beide noch lebten.
Auch für das Schaf mit den schwarzen Ohren
den schielenden Augen, dem schiefen Maul und dem
durstigen Mund. Indianisch, ganz einfach, instruktiv.
Vermissen werde ich’s im kommenden Jahrhundert.
Ich habe noch nicht ein stillschweigendes Wort
mit der getrockneten Rose gewechselt, woher und wohin denn.
Und das Kalenderbuch in schwarzem Leder
mit der goldenen Jahreszahl
klafft elegant auseinander, um mich ein- und auszulassen.
Lernen, Zeit zu haben.
Lernen, daß es zu spät ist.
****
Komentarz Korneliii: Mocno melancholijny wiersz poetki i tłumaczki z Niemiec (1926-2013). Elisabeth Borchers opublikowała ten utwór w roku swych 80-tych urodzin. Wiersz często drukowany, recytowany, zwłaszcza w kołach seniorów. Nic dziwnego, przecież to posępny utwór o nieuchronnym przemijaniu. Kot i przyjaciel bohaterki już nie żyją. Pozostała po nich tylko miniatura na jedwabiu. Coraz szybciej zmieniają się kalendarze. W życiu, wśród pospiechu i obowiązków, nie było czasu na czerpanie przyjemności z piękna, przyrody, rzeczy, pogodnych i śmiesznych. Kiedy u schyłku życia pojawia się ten czas, właściwie już wszystko jest za późno.
Niewiele mogę tu dodać. Nie mam 80 lat, ale kilku bliskich mi ludzi jest już po drugiej stronie. Próbuję się odprężyć, chwytać chwile, byłam w tym tygodniu w kinie, w teatrze, spaceruję po lesie. Może wyjadę na dwa miesiące nad morze, może napiję się dziś cydru. Ale nie potrafię uwolnić się od ołowianego płaszcza smutku. Ze względu na totalnie wadliwą konstrukcję Kory nie ma ocalenia i zawsze było za późno.
Elisabeth Borchers
Muszę wreszcie zrozumieć
że mam czas.
Czas dla ptaka na parapecie
który ze mną rozmawia, na zlecenie.
Czas dla podstawy lampy
w której odbija się światło ziemi.
Czas dla kota na błękitnym jedwabiu
w najmniejszym formacie na ścianie
którego namalował Almut, gdy obaj jeszcze żyli.
Także dla owcy z czarnymi uszami
zezowatymi oczami, krzywym pyskiem
i spragnionymi ustami. Po indiańsku, bardzo prosto, instruktywnie.
W nadchodzącym stuleciu tego będzie mi brakowało.
Nie zamieniłam jeszcze pełnego ciszy słowa
z zasuszoną różą, bowiem jak i kiedy.
A kalendarz w czarnej skórze
ze złotymi cyframi roku
otwiera się elegancko, aby mnie wpuścić i wypuścić.
Nauczyć się mieć czas.
Nauczyć się, że jest za późno.
Przełożyła kora-kora-kora
Zeit. Zeit
Elisabeth Borchers
Ich muß endlich begreifen
daß ich Zeit habe.
Zeit für den Vogel auf der Brüstung
der mit mir redet, im Auftrag.
Zeit für den Lampenfuß
in dem sich das Erdenlicht spiegelt.
Zeit für die Katze auf blauem Samt
in kleinstem Format an der Wand
von Almut gemalt, als beide noch lebten.
Auch für das Schaf mit den schwarzen Ohren
den schielenden Augen, dem schiefen Maul und dem
durstigen Mund. Indianisch, ganz einfach, instruktiv.
Vermissen werde ich’s im kommenden Jahrhundert.
Ich habe noch nicht ein stillschweigendes Wort
mit der getrockneten Rose gewechselt, woher und wohin denn.
Und das Kalenderbuch in schwarzem Leder
mit der goldenen Jahreszahl
klafft elegant auseinander, um mich ein- und auszulassen.
Lernen, Zeit zu haben.
Lernen, daß es zu spät ist.
****
Komentarz Korneliii: Mocno melancholijny wiersz poetki i tłumaczki z Niemiec (1926-2013). Elisabeth Borchers opublikowała ten utwór w roku swych 80-tych urodzin. Wiersz często drukowany, recytowany, zwłaszcza w kołach seniorów. Nic dziwnego, przecież to posępny utwór o nieuchronnym przemijaniu. Kot i przyjaciel bohaterki już nie żyją. Pozostała po nich tylko miniatura na jedwabiu. Coraz szybciej zmieniają się kalendarze. W życiu, wśród pospiechu i obowiązków, nie było czasu na czerpanie przyjemności z piękna, przyrody, rzeczy, pogodnych i śmiesznych. Kiedy u schyłku życia pojawia się ten czas, właściwie już wszystko jest za późno.
Niewiele mogę tu dodać. Nie mam 80 lat, ale kilku bliskich mi ludzi jest już po drugiej stronie. Próbuję się odprężyć, chwytać chwile, byłam w tym tygodniu w kinie, w teatrze, spaceruję po lesie. Może wyjadę na dwa miesiące nad morze, może napiję się dziś cydru. Ale nie potrafię uwolnić się od ołowianego płaszcza smutku. Ze względu na totalnie wadliwą konstrukcję Kory nie ma ocalenia i zawsze było za późno.
piątek, 20 marca 2015
Ofiarne jagnięta doszły kresu
ciemności
Charles Bukowski
terytorium zostało podbite,
ofiarne jagnięta doszły kresu,
podczas gdy ciemności zapadną już niebawem,
gdy historia znów jest wydrapana na żółtawych ścianach,
gdy bankierzy pędzą wydrzeć przeterminowane pożyczki,
gdy młode dziewczęta malują swoje głodne usta,
gdy psy znów chwilowo śpią spokojnie,
gdy oceany pożerają ludzkie trucizny,
gdy niebo i piekło tańczą w przedpokoju,
wszystko zaczyna się od nowa:
pieczemy jabłko,
kupujemy samochód,
kosimy trawnik,
płacimy podatek,
naklejamy tapetę,
wbijamy gwoździe,
słuchamy świerszczy,
dmuchamy balony,
pijemy sok pomarańczowy,
zapominamy o przeszłości,
podajemy musztardę,
opuszczamy zasłony,
łykamy pigułki,
mierzymy temperaturę,
zapinamy rękawiczki,
dzwoni dzwon,
perła tkwi w ostrydze,
pada deszcz
podczas gdy ciemności już niebawem znowu zapadną.
Przełożyli Marcin Baran i Dobrosław Rodziewicz
Charles Bukowski
terytorium zostało podbite,
ofiarne jagnięta doszły kresu,
podczas gdy ciemności zapadną już niebawem,
gdy historia znów jest wydrapana na żółtawych ścianach,
gdy bankierzy pędzą wydrzeć przeterminowane pożyczki,
gdy młode dziewczęta malują swoje głodne usta,
gdy psy znów chwilowo śpią spokojnie,
gdy oceany pożerają ludzkie trucizny,
gdy niebo i piekło tańczą w przedpokoju,
wszystko zaczyna się od nowa:
pieczemy jabłko,
kupujemy samochód,
kosimy trawnik,
płacimy podatek,
naklejamy tapetę,
wbijamy gwoździe,
słuchamy świerszczy,
dmuchamy balony,
pijemy sok pomarańczowy,
zapominamy o przeszłości,
podajemy musztardę,
opuszczamy zasłony,
łykamy pigułki,
mierzymy temperaturę,
zapinamy rękawiczki,
dzwoni dzwon,
perła tkwi w ostrydze,
pada deszcz
podczas gdy ciemności już niebawem znowu zapadną.
Przełożyli Marcin Baran i Dobrosław Rodziewicz
czwartek, 19 marca 2015
Sparaliżowana Kornelia
Paraliż
Michael Roes
Dopiero gdy leżałem umierając
przyjąłem piłkę bawiących się dzieci
Dopiero gdy leżałem umierając
Trzymałem zamknięty parasol przeciwsłoneczny
Położyłem się nago na piasku
I po raz pierwszy pomyślałem, że ja
Nosiłem ubrania stale z konieczności
a nigdy żeby było przyjemnie
Dopiero gdy leżałem umierając potrafiłem
interpretować krwawy pot na prześcieradłach
między glinianymi murami i zrozumiałem
że ze względu na nagą
prawdę przez całe życie
zdradzałem piękno
Przełożyła kora-kora-kora
Die Lähmung
Michael Roes
Erst als ich im sterben lag nahm ich
Den ball der spielenden kinder auf
Erst als ich im sterben lag ließ ich
Den sonnenschirm zusammengefaltet
Legte mich nackt in den sand
Und dachte zum ersten mal daß ich
Die kleider stets aus notwendigkeit
Und nie aus vergnügen trug
Erst als ich im sterben lag wußte ich
Das blut auf den laken die zwischen den
Lehmmauern schwitzten zu deuten und
Verstand daß um der nackten
Wahrheit willen ich lebenslang
Die schönheit verriet
*****
Komentarz Kornelii – wart poznania utwór niemieckiego pisarza, poety i reżysera. Wątek pozornie banalny. Na łożu śmierci bohater żałuje, że traktował życie zbyt poważnie, był zbyt obowiązkowy, unikał przyjemnych doznań, nie potrafił się odprężyć, zdradzał piękno na rzecz prozy egzystencji, obdartej ze złudzeń prawdy, skrzeczącej pospolitości.
Cóż powinnam powiedzieć? Wydaje mi się, że całe życie jestem jak sparaliżowana, lękiem, poczuciem obowiązku, skuta łańcuchem przytłaczającej melancholii. Niewiele pamiętam, ale gdy próbuję odszukać jakieś chwile szczęścia, znajduję niewiele. Jakaś zabawa szkolna? Z górki na sankach wśród ośnieżonych sosen? Nie umiem grać w piłkę z dziećmi. Zapomniałam wszystko, nie ma mnie.
Mam wrażenie, że nie leżałam nago na piasku. Wstydzę się, a ponadto, jak już pisałam, nawet, jak jestem w kostiumie, ziarenka piasku wciskają się zuchwale w miejsca, w które naprawdę nie powinny, a potem muszę urządzać długą i kłopotliwą operację odpiaszczania. Jestem całe życie pod parasolem przeciwsłonecznym, nie cierpię słońca, takiego jak dziś. Jutro ma być zaćmienie, może słoneczny dysk zniknie na zawsze?
Czy będę żałować podczas ostatnich chwil? Raczej będę się śmiertelnie bała, jeśli nie oszołomię się cydrem. Taka jestem, alienka, nie mogę inaczej. To co się stało, musiało się stać. Żałuję tylko, że się urodziłam. Budząca trwogę pomyłka. Nie wiem, dlaczego padło właśnie na mnie.
Michael Roes
Dopiero gdy leżałem umierając
przyjąłem piłkę bawiących się dzieci
Dopiero gdy leżałem umierając
Trzymałem zamknięty parasol przeciwsłoneczny
Położyłem się nago na piasku
I po raz pierwszy pomyślałem, że ja
Nosiłem ubrania stale z konieczności
a nigdy żeby było przyjemnie
Dopiero gdy leżałem umierając potrafiłem
interpretować krwawy pot na prześcieradłach
między glinianymi murami i zrozumiałem
że ze względu na nagą
prawdę przez całe życie
zdradzałem piękno
Przełożyła kora-kora-kora
Die Lähmung
Michael Roes
Erst als ich im sterben lag nahm ich
Den ball der spielenden kinder auf
Erst als ich im sterben lag ließ ich
Den sonnenschirm zusammengefaltet
Legte mich nackt in den sand
Und dachte zum ersten mal daß ich
Die kleider stets aus notwendigkeit
Und nie aus vergnügen trug
Erst als ich im sterben lag wußte ich
Das blut auf den laken die zwischen den
Lehmmauern schwitzten zu deuten und
Verstand daß um der nackten
Wahrheit willen ich lebenslang
Die schönheit verriet
*****
Komentarz Kornelii – wart poznania utwór niemieckiego pisarza, poety i reżysera. Wątek pozornie banalny. Na łożu śmierci bohater żałuje, że traktował życie zbyt poważnie, był zbyt obowiązkowy, unikał przyjemnych doznań, nie potrafił się odprężyć, zdradzał piękno na rzecz prozy egzystencji, obdartej ze złudzeń prawdy, skrzeczącej pospolitości.
Cóż powinnam powiedzieć? Wydaje mi się, że całe życie jestem jak sparaliżowana, lękiem, poczuciem obowiązku, skuta łańcuchem przytłaczającej melancholii. Niewiele pamiętam, ale gdy próbuję odszukać jakieś chwile szczęścia, znajduję niewiele. Jakaś zabawa szkolna? Z górki na sankach wśród ośnieżonych sosen? Nie umiem grać w piłkę z dziećmi. Zapomniałam wszystko, nie ma mnie.
Mam wrażenie, że nie leżałam nago na piasku. Wstydzę się, a ponadto, jak już pisałam, nawet, jak jestem w kostiumie, ziarenka piasku wciskają się zuchwale w miejsca, w które naprawdę nie powinny, a potem muszę urządzać długą i kłopotliwą operację odpiaszczania. Jestem całe życie pod parasolem przeciwsłonecznym, nie cierpię słońca, takiego jak dziś. Jutro ma być zaćmienie, może słoneczny dysk zniknie na zawsze?
Czy będę żałować podczas ostatnich chwil? Raczej będę się śmiertelnie bała, jeśli nie oszołomię się cydrem. Taka jestem, alienka, nie mogę inaczej. To co się stało, musiało się stać. Żałuję tylko, że się urodziłam. Budząca trwogę pomyłka. Nie wiem, dlaczego padło właśnie na mnie.
środa, 18 marca 2015
Szepty do ziemi
Raz na zawsze
Rolf Haufs
Wybij sobie miłość z głowy
Nic z tego nie będzie
Chora fantazja
Omega
Leży tu jeszcze nieotwarty list
Sztuczne kwiaty
zwieszają głowy. W szufladzie
miś, który wieczorem zdejmuje ci buty.
Rób tak dalej
Żywi szepczą cię do ziemi
Przełożyła kora-kora-kora
Ein für allemal
Rolf Haufs
Schlag dir die Liebe aus dem Kopf
Das wird nichts mehr
Die kranke Phantasie
Das Omega
Da liegt noch ein ungeöffneter Brief
Die künstlichen Blumen lassen
Die Köpfe hängen. In der Schublade
Ein Bär, der dir abends die Schuhe auszieht
Mach weiter so
Die Lebenden flüstern dich in die Erde
*****
Komentarz Kornelii: Zagadkowy wiersz wybornego niemieckiego poety (1935-2013), piszącego, zdaniem krytyków, nieco w stylu Franza Kafki. Utwór w Niemczech popularny. Interpretowany jest jako ostateczne wyrzeczenie się miłości. Pozostaje brak komunikacji (nieotwarty list), beznadziejność plastikowych kwiatów, samotność – towarzystwa dotrzymuje tylko miś.
Nie zamieszczam u siebie żadnych wierszy o miłości. Nie czuję tego, uważam nawet za absurd, miłość nie pasuje do mojej wizji absolutnie szarego, upadłego świata, cierpienia sercowe mnie nie wzruszają. Dlaczego przetłumaczyłam? Krytyków zdumiewa ostatni wers, określają go jako irytujący, nie potrafią wyjaśnić. Dla mnie ostatni wers określa całą wymowę. Jest to wiersz nie o utracie miłości, ale życia, to relacja o śmierci. Raz na zawsze została zakończona nie tylko miłość, ale wszystko. Pozostają przedmioty, listy, których adresat już nie przeczyta, sztuczne kwiaty wieńca pogrzebowego. Żywi mogą tylko bezsilnie szeptać nad grobem. Nie chciałabym, żeby ktoś nade mną szeptał. Ale z pewnością nikt nie przyjdzie.
Rolf Haufs
Wybij sobie miłość z głowy
Nic z tego nie będzie
Chora fantazja
Omega
Leży tu jeszcze nieotwarty list
Sztuczne kwiaty
zwieszają głowy. W szufladzie
miś, który wieczorem zdejmuje ci buty.
Rób tak dalej
Żywi szepczą cię do ziemi
Przełożyła kora-kora-kora
Ein für allemal
Rolf Haufs
Schlag dir die Liebe aus dem Kopf
Das wird nichts mehr
Die kranke Phantasie
Das Omega
Da liegt noch ein ungeöffneter Brief
Die künstlichen Blumen lassen
Die Köpfe hängen. In der Schublade
Ein Bär, der dir abends die Schuhe auszieht
Mach weiter so
Die Lebenden flüstern dich in die Erde
*****
Komentarz Kornelii: Zagadkowy wiersz wybornego niemieckiego poety (1935-2013), piszącego, zdaniem krytyków, nieco w stylu Franza Kafki. Utwór w Niemczech popularny. Interpretowany jest jako ostateczne wyrzeczenie się miłości. Pozostaje brak komunikacji (nieotwarty list), beznadziejność plastikowych kwiatów, samotność – towarzystwa dotrzymuje tylko miś.
Nie zamieszczam u siebie żadnych wierszy o miłości. Nie czuję tego, uważam nawet za absurd, miłość nie pasuje do mojej wizji absolutnie szarego, upadłego świata, cierpienia sercowe mnie nie wzruszają. Dlaczego przetłumaczyłam? Krytyków zdumiewa ostatni wers, określają go jako irytujący, nie potrafią wyjaśnić. Dla mnie ostatni wers określa całą wymowę. Jest to wiersz nie o utracie miłości, ale życia, to relacja o śmierci. Raz na zawsze została zakończona nie tylko miłość, ale wszystko. Pozostają przedmioty, listy, których adresat już nie przeczyta, sztuczne kwiaty wieńca pogrzebowego. Żywi mogą tylko bezsilnie szeptać nad grobem. Nie chciałabym, żeby ktoś nade mną szeptał. Ale z pewnością nikt nie przyjdzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)