niedziela, 23 sierpnia 2015

Asfalt cały w cykucie

Po katastrofie

Louis MacNeice

Kiedy doszedł do siebie wiedział
Że czas musiał minąć ponieważ
Asfalt był cały w cykucie
Przez którą pełzł do swego
Kasku co przypominał kask nie bardziej
Niż jego pomarszczona ręka jego rękę.

A jednak życie jakby toczyło się dalej:
Słyszał sygnały odbijające się
Od księżyca i kury
Wystrzeliwujące się na czarno w bateriach
I milczenie małych ślepych kotów
Debatujących nad tym czy skoczyć.

Potem podniósł wzrok i zauważył
Ogromną wagę w niebie,
Na lewej szali martwa pustka,
I na prawej szali martwa pustka
I wiedział w tym śmiertelnym chłodzie, śmiertelnym chłodzie,
Że jest za późno żeby umrzeć.

Przełożył Bohdan Zadura

*****



Komentarz Kornelii: Równie znakomity, co piołunowogorzki wiersz wybitnego irlandzkiego poety. Brzmi jak zapis katastrofy motocyklowej, ale dla mnie jest to alegoria traumy po wielkiej życiowej tragedii. Asfalt jest pokryty trującą cykutą – to znak, że wprawdzie ocalałeś, ale twoje życie będzie jednym wielkim pasmem bólu i cierpienia. Strzaskany kask nie zapewni ochrony.

Kury znoszą czarne jaja – po przyszłości nie można oczekiwać niczego dobrego.

Koty są ślepe, to symbole twoich życiowych występków, które nakłaniają cię do samobójstwa. („Debatujących nad tym czy skoczyć”.)

Ogromna waga na niebie – Według wierzeń chrześcijańskich, archanioł Michał podczas Sądu Ostatecznego będzie ważyć dusze – duszę lżejszą czeka potępienie. Tu jednak na obu szalach jest pustka – nie ma zbawienia ani piekła – jest tylko martwa bezuczuciowość i śmiertelny chłód. I jest za późno, aby umrzeć.

Cóż, ta pustka na obu szalach wagi bardzo mi się podoba. Przynajmniej nie będzie infernalnych tortur. Od dawna jestem pustką i niczego nie czuję. Też przeżyłam katastrofę i od dawna pełznę po kałużach cykuty, nawet, jak przebywam 12 tygodni nad morzem, to i tak pełznę. Za późno, aby umrzeć. Komu teraz pomogłaby moja śmierć? A rodzinie to nawet może zrobiłoby się smutno. Zresztą, przede wszystkim powodowana lękiem, będę odwlekać przeprawę przez Styks do ostatniego momentu. Kupiłam los, który wyciągnęła papuga; „Będziesz żyła 81 lat”. Myślałam, że 88, ale 81 też dobrze, zostało jeszcze czasu. Mam 38 lat.
Wróciłam do rodziców i wiele czasu spędzam w pozycji kołdrowo-embrionalnej. Jest w miarę dobrze, aczkolwiek wciąż za wiele słońca, za dużo zieleni i dnie wciąż za długie.

sobota, 22 sierpnia 2015

Pies rzuca się na mnie

Obłęd

Nuala Ní Dhomhnail

Starucha spod wiatraka
pierze w rzece zakrwawione koszule,
łypie na mnie spode łba
niepokojąco często.
A pies szczeka i szczeka
zza węgła.
Ucichły kościelne dzwony,
zakapturzony kruk leci wprost na mnie,
Muszę się stąd wynosić.

W wiosce
wilkiem na mnie patrzą;
spuszczają głowy,
boją się jak zarazy.
Od wiatru jeżą się włosy
na karkach wzgórz;
deszcz tarabani o ziemię,
zrywa się śnieżna zawieja.
Z trzaskiem zamykam im drzwi
przed nosem.

… i budzę się w środku nocy
pośród siarczanych świateł
gdy sufit powoli jaśnieje
cieknącym kroplami porankiem,
drzwi otwierają się same,
pies przez nie wpada
rzuca się na mnie w tej właśnie chwili,
oczy ma jak talerze -
nie, większe, to koła u wozu,
nie, dużo większe – skrzydła
wirującego wiatraka..

(według przekładu Dereka Mahona)

Przełożył Jerzy Jarniewicz

Komentarz Kornelii: Przerażające studium obłędu i wyobcowania pióra irlandzkiej poetki. Bohaterka jest inna, pełna strachu, społeczność jej nie akceptuje. Boi się psów, podobnie jak ja. Szczekanie wioskowego kundla jest symbolem zagrożenia, lęku, który atakuje o świcie. „Oczy ma jak talerze” – czy to nie nawiązanie do baśni Andersena?
Cóż, w jakimś sensie mogę się z tą nieszczęśnicą identyfikować. U kresu nocy, gdy pewne jest, że kojący sen minął i wkrótce będzie trzeba będzie wstać, wejść w ten obrzydliwy świat, paraliżuje mnie lęk, strach wielkooki. Panuję nad sobą, ładnie się ubieram, ale myślę, że niektórzy uważają mnie tu za wariatkę. Niekiedy mówię sama do siebie, śpiewam, zawsze jestem sama. Nie mogę już znieść tej trwogi. Wczasowałam się nad morzem za długo. Owszem, poprzez intensywne rowerowanie zdobyłam wspaniałą kondycję fizyczną, jakiej nigdy wcześniej nie miałam, ale strach coraz silniej uderza mnie w twarz. Może piłam za dużo? Może to z samotności? Jutro przed świtem wracam – strasznie boję się podróży tym nowym, ciasnym pociągiem Pendolino. Na pewno ktoś mnie dotknie. Jak szczęśliwie dojadę, zakwateruję się u rodziców. Za bardzo się boję wrócić do mieszkania. Może przez kilka tygodni jakoś się uspokoję, wtedy przejadę do siebie. U rodziców mam wszystko podane pod nos, zainstaluję się w łóżku, zwinę w kłębek, nasunę kołdrę na głowę. I tak chciałabym zostać. Nie będę już tu pisać.

piątek, 21 sierpnia 2015

Krzyczała prawie bezgłośnie

Lalka

Vera Żybul

Gdy po raz pierwszy
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Bardzo mnie to zabolało,
Więc i krzyczałam niemało.
Gdy po raz drugi
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Nie bolało już tak nieznośnie.
Krzyczałam prawie bezgłośnie.

Gdy po raz trzeci
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Już mnie wcale nie bolało
Jak gdyby kręcili za mało,
Jakby gilgotali tylko.
Zaśmiałam się przez chwilkę.

Gdy po raz czwarty
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Już mi się wszyscy wielce znudzili!
Wiec powiedziałam, by się odczepili.
Co było dalej – nie pamiętam…

Gdy po raz enty
Nóż we mnie wbili
I ze trzy razy go przekręcili,
Zrozumiałam: to kluczyk
A oni ode mnie czego chcą.
Lecz ja przecież nic nie czułam.
Ktoś, słyszałam, powiedział,
Że się chyba zepsułam.

Myślałam, że mnie zniszczą,
Że urwą mi głowę,
Lub przepołowią na połowę.
A oni mnie po prostu poznali z piwnicą
I w niej teraz żyję sobie.

Przełożyła z białoruskiego Katarzyna Kwiatkowska

środa, 19 sierpnia 2015

Wszystko jest maską pośmiertną

Umbra vitae

Georg Heym

Wszystko jest puste, jest maską pośmiertną,
Która się tłucze i nic nie ma w środku.
Ni tchu, ni krwi, czerepy tylko dźwięczą.
I wielki pająk przędzie nić stokrotną.

Głuche jak lochy biegną korytarze,
Wędrowiec próżno szuka zbawczej lampy,
I tylko z góry zamajaczy czasem
W ponurej ciszy promyk światła blady.

I coraz ciemniej miasta napierają,
Pełne izb niskich i komórek ciasnych.
I nieba śmierci pochmurną nawałą
Wiszą wokoło krańców ulic martwych.

Głuchy i stojąc w zbutwiałym powietrzu
Kurczy się świat, co grobów już nie mieści,
Wsparte o groby leżą ciemne wieńce
Od tych, co przyszli tu pełni boleści.

Tutaj na klombie były kiedyś kwiaty,
Co zwiędły potem, bo ich czas pomarniał.
Za nimi pola, gdzie poschnęły trawy,
I wiatry na nich uwiły swe gniazda.

Opustoszałe mosty widać w dali
I rzeka płynie do późnego kresu.
Rybak sieć ciągnie w kierunku przystani,
Co dawno stoi na umarłym brzegu.

Przełożył Andrzej Lam

wtorek, 18 sierpnia 2015

Nadzieja na koniec świata

Katalog zaginionych miast

Lavinia Greenlaw

Zaczęło się od polarnych czap lodowych.
Niezauważalny wzrost temperatury, i już było
po ciszy. Australijski obszar Antarktydy
sunął po norweskim terytorium zależnym.
Fragmenty gór płynęły chybotliwie,
jęcząc jak pokład z mahoniowych desek.

A potem zaczęły dryfować kontynenty:
Ameryka nacierała ze wszystkich stron.
Cieplejszy klimat sprowadził epidemie i rewolucje.
Narody poznikały, albo zmieniły nazwy,
kiedy granice przesuwały się, to w te, to we w te,
z uporem morskiego przypływu i tak samo groźnie.

Kartografowie zajęli się pocztówkami.
Niewykorzystane płyty drukarskie ostatniego wydania atlasu
skierowano od razu do archiwum. Nieistotne już
kontury, pokryte kurzem, zamknięto w skarbcu,
żeby chronić społeczność przed minioną epoką
i ryzykiem obrania błędnego kierunku.

Morze wzbierało cal po calu, niweczyło linię brzegową,
rozlewało się po dolinach, oblizywało podnóża gór,
gdzie gromadzili się ludzie na wspólne wypominki:
Kalkuta, Tokio, San Francisco,
Wenecja, Amsterdam, Baku,
Aleksandria, Santo Domingo…

Przełożył Jerzy Jarniewicz

***

Komentarz Kornelii: Apokaliptyczny wiersz urodzonej w 1962 roku brytyjskiej poetki. Daję bez kategorii, ponieważ mnie nie zasmucił. Oczywiście jako sceptyczka w globalne ocieplenie nie wierzę. Zamieściłam, albowiem chciałam pokazać, jakie to lęki trapią współczesne twórczynie Albionu, a także, ponieważ, jak wielokrotnie już tu pisałam, pomarzyć zawsze wolno. Marzenia najczęściej kończą się rozczarowaniem. W 2012 roku nadaremnie czekałam na koniec świata, zapisany w kalendarzu Majów. Wygląda na to, że na atomówki niemrawego Putina liczyć nie można. Asteroidy jakoś omijają tę obrzydliwą planetę. Ospałe superwulkany nie chcą wybuchać. Wirus Ebola grasuje tylko w Afryce. Oczywiście każdy może powiedzieć: „Powieś się, Kornelio, i przestań wreszcie marudzić”, tylko, że nie mam odwagi.

Kilka tygodni temu wybitny amerykański klimatolog James Hansen, profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, wieszczył, że w czasie najbliższych 50 lat poziom mórz i oceanów podniesie się o co najmniej 3 metry, przy czym zalane zostanie także polskie wybrzeże. Cóż, oto motywacja, żeby te pół wieku jeszcze potrwać i zobaczyć. Niestety, mam wrażenie, że profesor Hansen opowiada bajki, klimat Ziemi jest nieprzewidywalny, niektórzy zapowiadają nawet nową epokę lodowcową. Ale cóż, moja bujna imaginacja kreuje następującą scenę zagłady: Siedzę sobie w plażowej tawernie i sączę trzecią, nie, może lepiej czwartą, szklankę cydru. Jestem kontenta, ponieważ udało mi się dostać do toalety i nikt mi w tym czasie nie zajął stolika. Piękny, słoneczny dzień, ludzie się opalają za kolorowymi parawanami. Nagle kassandryczna przepowiednia Jamesa Hansena błyskawicznie zaczyna się spełniać. Niebo ciemnieje, zrywa się wichura, na horyzoncie pojawia się czarna ściana wody, która z ogłuszającym rykiem nieubłaganie sunie w stronę lądu. Plażowicze przez chwilę patrzą z niedowierzaniem, po czym, wśród wrzasków i dzikiej paniki, rzucają się do daremnej już ucieczki. Ja po raz ostatni sięgam po szklankę z chłodnym cydrem i zanoszę się srebrnym śmiechem.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Zdmuchnięta żądza życia

Marie Lundquist

Pokaż mi swoją twarz
jak wyglądała
zanim śmierć
uszlachetniła rysy
zdmuchując
żądzę życia
mały niebieski płomień
który ogrzał
ziarno pszenicy
wypełnił ci usta
pocałunkami i chlebem
widziałam
białość
której nie da się dotknąć
miękki opór
ścianę chmur
przez którą przejdziesz
aby spać
na łożu ze snów.

Przełożył Zbigniew Kruszyński

czwartek, 13 sierpnia 2015

Kora zdradzona przez noc

Oda do bogini porannego zmęczenia

Lars Gustafsson

Oczywiście, że jest.
Gdyby „tej” nie było – jakaż inna byłaby bogini?

W pradawnej rzeźbie
z taniego wapienia
albo drogiego zielonego malachitu

jest okrągła, prawie kula
zwinięta do wnętrza
trochę jak wystraszony jeż.

Jej wąskie oczy dopuszczają
tylko groźny promień światła,
który mówi jej, że noc,

jej jedyny przyjaciel,
także on ją zdradził.

Przełożył Zbigniew Kruszyński

***

Komentarz Kornelii – Wspaniały wiersz skandynawskiego poety. Bogini jest potężna – czyż poranne zmęczenie nie jest udziałem milionów ludzi? W zasadzie jestem solipsystką, wyznaję, że poza moją osobą nic nie istnieje, a może także mnie nie ma. Niekiedy wszakże otrząsam się z tego solipsyzmu – tak jak w tej chwili – i myślę o sobie, a także o tych miriadach innych, którzy po nocy, z trwogi przed nadchodzącym dniem, zwijają się w kłębek jak wystraszony jeż. Noc nas zdradziła, bowiem minęła tak szybko. Światło jest groźne, nieprzyjazne, zmusza do zwleczenia się z pościeli. Noce wydłużyły się trochę, ale wciąż są bezlitośnie krótkie, poranne znużenie mnie dręczy, nie mogę spać. Ile razy jeszcze trzeba będzie tak bezsilnie, wśród bólu, żalu i lęku, zwlekać z łóżka? Zmęczenie o świcie jest jak potworna, sina zmora. Budząc się, marzę, że to już zapada noc. Przecież to jakaś powtarzająca się nieustannie tortura. Nie mogę wprost uwierzyć, że jutro znów będzie tak samo.